
Przy takim podejściu: http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/.../kraj_a_3.html
trudno o lepszą reakcję, towarzyszu Smętny


EDIT: A niezawodny Rybiński jak zwykle celnie:
Zamieszczone przez Rybiński w 'Rzeczpospolitej'
JESTEM, WIĘC PISZĘ
Rokita w moherowym beciku
Nauczymy PiS odpowiedzialności - powiedział Małgorzacie Subotić Donald Tusk. Pierwsza lekcja już się odbyła. Polegała na pokazaniu, że PO też stać na tanią demagogię, populizm i utworzenie moherowej koalicji z LPR i Samoobroną. Lada dzień Tusk w ramach nauk moralnych dla Kaczyńskich pojedzie z Giertychem do ojca Rydzyka i zablokuje z Lepperem sejmową mównicę. Nie wiem, czy PiS wiele skorzysta na tych naukach, ale my, obywatele i wyborcy, jeśli nie będziemy się lenili, to na pewno. Zwłaszcza że dostaliśmy też ładną lekcję od Jana Marii Rokity, który u Moniki Olejnik w Jedynce powiedział dosłownie (zapisałem): "gdyby rząd nie kupił nowych samolotów dla rządu, oszczędziłby 500 milionów. Starczyłoby na becikowe i jeszcze zostałaby górka". Gdyby rząd wyprowadził się do baraków na przedmieściach, a gmachy w centrum sprzedał na kasyna gry i agencje towarzyskie, becikowe można by wypłacić wstecznie wszystkim, którzy urodzili dzieci od roku 1989, a może nawet od 1945. Oczywiście, latanie przez członków rządu zabytkowymi i niesprawnymi samolotami jest najlepszym wyrazem troski o biednych, szczególnie że gdyby taki samolot wreszcie spadł, konieczne by były przyspieszone wybory. Wyobrażam sobie, że kiedy Rokita, który oburzał się też na limuzyny, zostanie wreszcie premierem z Krakowa, rząd będzie jeździł po kraju rowerami. Żeby było taniej, jeden minister będzie woził drugiego na ramie, a trzeciego na bagażniku. Premier Rokita będzie latał na szczyty UE tanimi liniami Ryanair, ale Komorowski poleci do NATO jeszcze taniej, bo na drzwiach od stodoły. Reszta rządu będzie chodzić do Brukseli na piechotę, z kosturem i o łaskawym chlebie. Oczywiście, wśród Polaków, w tym zacofanym i ubogim kraju, w którym samochód jest luksusem, samolot większość widziała jedynie na obrazku, a bez becikowego dzieci nie może mieć nawet baza wyborcza PO, czyli klasa średnia, taki piękny ascetyzm wzbudzi entuzjazm. Zdaje się, że już przez wszystkich bez wyjątku polityków traktowani jesteśmy jak idioci. Jak matoły, którymi można manipulować. Może pora by była się odwdzięczyć i zacząć traktować polityków tak, jak na to zasługują. To znaczy bezwzględnie.
Nie życzę Czytelnikom szczęśliwego Nowego Roku, bo to nie wiadomo, jak będzie. Życzę Wesołego Nowego Roku, bo te życzenia na pewno się spełnią.
Rokita w moherowym beciku
Nauczymy PiS odpowiedzialności - powiedział Małgorzacie Subotić Donald Tusk. Pierwsza lekcja już się odbyła. Polegała na pokazaniu, że PO też stać na tanią demagogię, populizm i utworzenie moherowej koalicji z LPR i Samoobroną. Lada dzień Tusk w ramach nauk moralnych dla Kaczyńskich pojedzie z Giertychem do ojca Rydzyka i zablokuje z Lepperem sejmową mównicę. Nie wiem, czy PiS wiele skorzysta na tych naukach, ale my, obywatele i wyborcy, jeśli nie będziemy się lenili, to na pewno. Zwłaszcza że dostaliśmy też ładną lekcję od Jana Marii Rokity, który u Moniki Olejnik w Jedynce powiedział dosłownie (zapisałem): "gdyby rząd nie kupił nowych samolotów dla rządu, oszczędziłby 500 milionów. Starczyłoby na becikowe i jeszcze zostałaby górka". Gdyby rząd wyprowadził się do baraków na przedmieściach, a gmachy w centrum sprzedał na kasyna gry i agencje towarzyskie, becikowe można by wypłacić wstecznie wszystkim, którzy urodzili dzieci od roku 1989, a może nawet od 1945. Oczywiście, latanie przez członków rządu zabytkowymi i niesprawnymi samolotami jest najlepszym wyrazem troski o biednych, szczególnie że gdyby taki samolot wreszcie spadł, konieczne by były przyspieszone wybory. Wyobrażam sobie, że kiedy Rokita, który oburzał się też na limuzyny, zostanie wreszcie premierem z Krakowa, rząd będzie jeździł po kraju rowerami. Żeby było taniej, jeden minister będzie woził drugiego na ramie, a trzeciego na bagażniku. Premier Rokita będzie latał na szczyty UE tanimi liniami Ryanair, ale Komorowski poleci do NATO jeszcze taniej, bo na drzwiach od stodoły. Reszta rządu będzie chodzić do Brukseli na piechotę, z kosturem i o łaskawym chlebie. Oczywiście, wśród Polaków, w tym zacofanym i ubogim kraju, w którym samochód jest luksusem, samolot większość widziała jedynie na obrazku, a bez becikowego dzieci nie może mieć nawet baza wyborcza PO, czyli klasa średnia, taki piękny ascetyzm wzbudzi entuzjazm. Zdaje się, że już przez wszystkich bez wyjątku polityków traktowani jesteśmy jak idioci. Jak matoły, którymi można manipulować. Może pora by była się odwdzięczyć i zacząć traktować polityków tak, jak na to zasługują. To znaczy bezwzględnie.
Nie życzę Czytelnikom szczęśliwego Nowego Roku, bo to nie wiadomo, jak będzie. Życzę Wesołego Nowego Roku, bo te życzenia na pewno się spełnią.
Zamieszczone przez Gazeta Stołeczna
Źli gospodarze miasta - prokuratura oskarża poprzednie władze Warszawy
Bogdan Wróblewski 31-12-2005 , ostatnia aktualizacja 30-12-2005 23:46
Były prezydent Warszawy Wojciech Kozak (z rekomendacji PO) i czterech jego zastępców z koalicji SLD-PO oskarżeni o karalną niegospodarność i przysporzenie miastu co najmniej 9 mln zł strat. Jeszcze nigdy prokurator nie sięgnął po tak prominentnych stołecznych polityków
Prokuratorski akt oskarżenia można nazwać prezydenckim, bo ten sam zarzut co Kozakowi stawiany jest czterem jego wiceprezydentom: Jackowi Zdrojewskiemu (były mazowiecki baron i poseł SLD), Ryszardowi Miklińskiemu (do niedawna wiceministrem kultury, SLD), Tadeuszowi Gajewskiemu (we władzach miasta z rekomendacji SLD) oraz Tomaszowi Sieradzowi (PO, dziś w zarządzie województwa mazowieckiego). Obok nich na ławie oskarżonych zasiądą odpowiedzialny za inwestycje w dawnej gminie Centrum Jerzy Guz (PO) i były dyrektor dzielnicy Wola Jacek Bobrowski (do niedawna szef warszawskiego SLD) - obaj oskarżeni o niedopełnienie obowiązków.
Rzecz dotyczy tzw. afery Sedeco, czyli transakcji miasta z belgijską spółką Madinco oraz zależną od niej spółką Miedziana. Z nimi powołano spółkę Sedeco. W listopadzie 2002 r. ratusz wniósł do spółki atrakcyjny grunt przy Złotej 72 na Woli. Rzeczoznawca działający na zlecenie Madinco wycenił działkę na mniej więcej 21 mln zł. Stała na niej szkoła przeznaczona do rozbiórki. Na jej miejscu Belgowie mieli postawić biurowiec klasy A. Ratusz zgodził się na rozbiórkę szkoły, a deweloper miał w zamian sfinansować rozbudowę sąsiedniej - przy Miedzianej. Na rozbudowę szkoły Belgowie wyłożyli - według wystawionej miastu faktury - 16 mln zł . Na taką kwotę miasto zobowiązywało się wyzbyć swoich udziałów w spółce.
Afera wybuchła na początku 2004 r., gdy specjalny zespół komisji rewizyjnej Rady Warszawy wyliczył, że miasto straciło miliony i na wycenie działki, i na zawyżonych kosztach remontu szkoły. Ekipa Lecha Kaczyńskiego złożyła doniesienie do prokuratury. W piątek śledztwo zakończyło się przesłaniem aktu oskarżenia do sądu.
Wartość strat miasta prokuratura szacuje - na podstawie opinii biegłych - na co najmniej 9 mln zł (to tylko tzw. strata wprost wynikająca z zaniżenia wartości działki). O koszty remontu między Belgami a miastem toczą się procesy, bo władze Warszawy już za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego zablokowały sprzedaż swoich udziałów. Biurowiec nie powstał do dziś.
To kolejna sprawa, w której biegły z zakresu oceny działalności przedsiębiorstw, a za nim prokuratura, zakwestionował charakterystyczną dla rządzącej Warszawą ekipy SLD-PO filozofię miejskich inwestycji, gdy grunty pod największe z nich oddawano bez przetargów. Najpierw samorząd zakładał z inwestorem spółkę i uzyskiwał w niej udziały o wartości proporcjonalnej do ceny wniesionego aportem gruntu. Za budowę płacił inwestor, a po zakończeniu inwestycji gmina odsprzedawała mu swoje udziały. Promotorem tej metody był Jerzy Guz odpowiedzialny w dawnej gminie Centrum za inwestycje. Tak powstały np. Złote Tarasy, w których sprawie Guz i inni członkowie zarządu gminy Centrum zostali oskarżeni dokładnie rok temu. Terminu procesu jeszcze nie wyznaczono.
Według prokuratury takie bezprzetargowe inwestowanie "jest dowodem braku należytej staranności gospodarza". Bo "dobry gospodarz" myśli o tym, by przysporzyć miastu korzyści, a nie strat.
Żaden z oskarżonych do zarzutów się nie przyznaje. Wojciecha Kozaka ujawnienie sprawy Sedeco kosztowało stanowisko przewodniczącego Rady Warszawy. Twierdził wówczas, że sprawa ma podtekst polityczny. W śledztwie odmówił składania wyjaśnień. Ryszard Mikliński tłumaczył, że zna się tylko na kulturze. Tadeusz Gajewski wskazał na Guza, speca od miejskich inwestycji. Wszystkim grozi do trzech lat więzienia.
Bogdan Wróblewski 31-12-2005 , ostatnia aktualizacja 30-12-2005 23:46
Były prezydent Warszawy Wojciech Kozak (z rekomendacji PO) i czterech jego zastępców z koalicji SLD-PO oskarżeni o karalną niegospodarność i przysporzenie miastu co najmniej 9 mln zł strat. Jeszcze nigdy prokurator nie sięgnął po tak prominentnych stołecznych polityków
Prokuratorski akt oskarżenia można nazwać prezydenckim, bo ten sam zarzut co Kozakowi stawiany jest czterem jego wiceprezydentom: Jackowi Zdrojewskiemu (były mazowiecki baron i poseł SLD), Ryszardowi Miklińskiemu (do niedawna wiceministrem kultury, SLD), Tadeuszowi Gajewskiemu (we władzach miasta z rekomendacji SLD) oraz Tomaszowi Sieradzowi (PO, dziś w zarządzie województwa mazowieckiego). Obok nich na ławie oskarżonych zasiądą odpowiedzialny za inwestycje w dawnej gminie Centrum Jerzy Guz (PO) i były dyrektor dzielnicy Wola Jacek Bobrowski (do niedawna szef warszawskiego SLD) - obaj oskarżeni o niedopełnienie obowiązków.
Rzecz dotyczy tzw. afery Sedeco, czyli transakcji miasta z belgijską spółką Madinco oraz zależną od niej spółką Miedziana. Z nimi powołano spółkę Sedeco. W listopadzie 2002 r. ratusz wniósł do spółki atrakcyjny grunt przy Złotej 72 na Woli. Rzeczoznawca działający na zlecenie Madinco wycenił działkę na mniej więcej 21 mln zł. Stała na niej szkoła przeznaczona do rozbiórki. Na jej miejscu Belgowie mieli postawić biurowiec klasy A. Ratusz zgodził się na rozbiórkę szkoły, a deweloper miał w zamian sfinansować rozbudowę sąsiedniej - przy Miedzianej. Na rozbudowę szkoły Belgowie wyłożyli - według wystawionej miastu faktury - 16 mln zł . Na taką kwotę miasto zobowiązywało się wyzbyć swoich udziałów w spółce.
Afera wybuchła na początku 2004 r., gdy specjalny zespół komisji rewizyjnej Rady Warszawy wyliczył, że miasto straciło miliony i na wycenie działki, i na zawyżonych kosztach remontu szkoły. Ekipa Lecha Kaczyńskiego złożyła doniesienie do prokuratury. W piątek śledztwo zakończyło się przesłaniem aktu oskarżenia do sądu.
Wartość strat miasta prokuratura szacuje - na podstawie opinii biegłych - na co najmniej 9 mln zł (to tylko tzw. strata wprost wynikająca z zaniżenia wartości działki). O koszty remontu między Belgami a miastem toczą się procesy, bo władze Warszawy już za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego zablokowały sprzedaż swoich udziałów. Biurowiec nie powstał do dziś.
To kolejna sprawa, w której biegły z zakresu oceny działalności przedsiębiorstw, a za nim prokuratura, zakwestionował charakterystyczną dla rządzącej Warszawą ekipy SLD-PO filozofię miejskich inwestycji, gdy grunty pod największe z nich oddawano bez przetargów. Najpierw samorząd zakładał z inwestorem spółkę i uzyskiwał w niej udziały o wartości proporcjonalnej do ceny wniesionego aportem gruntu. Za budowę płacił inwestor, a po zakończeniu inwestycji gmina odsprzedawała mu swoje udziały. Promotorem tej metody był Jerzy Guz odpowiedzialny w dawnej gminie Centrum za inwestycje. Tak powstały np. Złote Tarasy, w których sprawie Guz i inni członkowie zarządu gminy Centrum zostali oskarżeni dokładnie rok temu. Terminu procesu jeszcze nie wyznaczono.
Według prokuratury takie bezprzetargowe inwestowanie "jest dowodem braku należytej staranności gospodarza". Bo "dobry gospodarz" myśli o tym, by przysporzyć miastu korzyści, a nie strat.
Żaden z oskarżonych do zarzutów się nie przyznaje. Wojciecha Kozaka ujawnienie sprawy Sedeco kosztowało stanowisko przewodniczącego Rady Warszawy. Twierdził wówczas, że sprawa ma podtekst polityczny. W śledztwie odmówił składania wyjaśnień. Ryszard Mikliński tłumaczył, że zna się tylko na kulturze. Tadeusz Gajewski wskazał na Guza, speca od miejskich inwestycji. Wszystkim grozi do trzech lat więzienia.
Komentarz