Ogłoszenie

Zwiń
No announcement yet.

Polityka

Zwiń
X
 
  • Filtr
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
new posts

  • Chyba zapomniałem wstawić buźki oznaczającej ironię.
    Lubię sobie jebnąć posta.

    „Winowajcę znali wszyscy, ale każdy spowiadający się odpowiadał, że go nie zna, a na następny dzień z czystym sumieniem przystępował do komunii – bo spowiedź spowiedzią, ale charakter przede wszystkim i kapować nie wolno
    St.Grzesiuk, „Boso, ale w ostrogach”

    Komentarz


    • Zamieszczone przez TNTP Zobacz posta
      Dla mnie sprawa jest prosta
      Loterie hazardowe służyły do omijania fiskusa - społeczeństwo ze mną na czele jest na tym stratne. Nic dziwnego, że państwo puściło swoje psy gończe

      Bluzgi na stadionach nikomu nie szkodzą - nie jestem za jakimkolwiek karaniem czegoś takiego - czyli zarówno nie uznaje hipotezy, dyspozycji, ani sankcji danej normy prawnej.
      .
      Czyli prawem są te normy, które uznaję za sensowne, a jak nie jestem za karaniem czegoś, czego nie uznaję za niepożądane, to mam to prawo w dupie (czy też, mówiąc ładniej: „zarówno nie uznaje hipotezy, dyspozycji, ani sankcji danej normy prawnej.”).

      Lekko zalatuje anarchizmem
      Lubię sobie jebnąć posta.

      „Winowajcę znali wszyscy, ale każdy spowiadający się odpowiadał, że go nie zna, a na następny dzień z czystym sumieniem przystępował do komunii – bo spowiedź spowiedzią, ale charakter przede wszystkim i kapować nie wolno
      St.Grzesiuk, „Boso, ale w ostrogach”

      Komentarz


      • Wy tu debatujecie o anarchii, a tymczasem pada prawdziwy komunistyczny HIT:

        Nie pytajcie nas, czy mamy program lepszy od PiS. My mamy tolerancję i uśmiech
        Z politologicznego punktu widzenia – jakiż to może być proponowany rodzaj rządów?



        https://wpolityce.pl/polityka/441414...-lepszy-od-pis
        OLD FASHION MAN CLUB

        Komentarz


        • Hahah trafiłeś w punkt, ale z jednym ale, a właściwie dwoma.

          Nie chce jakichś rozważań dotyczących teorii i filozofii prawa tutaj toczyć, ale ponad pozytywizm prawniczy, stawiam wyżej realizm. Czyli tak mocno upraszczając bardziej interesuje mnie samo stosowanie prawa, a nie jego normy.

          I teraz, są dwa ale
          - jako osoba krytyczna wobec pozytywizmu prawniczego, przyznaję sobie pełne prawo do kontestowania systemu prawnego, wedle swojego widzimisie - bo wszak tak postępuje/my w życiu codziennym. Co jednakże nie zwalnia mnie z jego przestrzegania.
          Czyli tak bardziej życiowo uważam wiele przepisów chociażby z zakresu ruchu drogowego za mało sensowne, głośno je krytykuje, zdarza mi sie je łamać ale jak najbardziej akceptuje reakcje-ucisk ze strony państwa w postaci mandatu
          - swoje przekonania „indywidualne” w żaden sposób nie przekładam na normy społeczne. Na ten przykład, dla mnie jaranie zielska, nosy itp. itd. są jak najbardziej ok (nie w sensie że ćpie, tylko towarzysko mi to kompletnie nie przeszkadza) - niech każdy robi jak sobie chce.
          Ale już za to uważam narkomanie za duży problem społeczny i dlatego w pełni akceptuje to, że państwo z tym walczy.

          Co do tego wątku (riki, tiki narkotyki) to mam dwa zastrzeżenia
          - ten dotyczący samej sankcji i jej celu
          - po pojawieniu sie ultra scierwa jakim są dopalacze, cała antynarkotykowa polityka państwa powinna ulec przedefiniowaniu. Z rożnych względów tak sie nie dzieje.
          Ostatnio edytowany przez TNTP; [ARG:4 UNDEFINED].
          Lieber tot als rot!!

          Komentarz


          • Zamieszczone przez TNTP Zobacz posta
            Hahah trafiłeś w punkt, ale z jednym ale, a właściwie dwoma.

            Nie chce jakichś rozważań dotyczących teorii i filozofii prawa tutaj toczyć, ale ponad pozytywizm prawniczy, stawiam wyżej realizm. Czyli tak mocno upraszczając bardziej interesuje mnie samo stosowanie prawa, a nie jego normy.

            I teraz, są dwa ale
            - jako osoba krytyczna wobec pozytywizmu prawniczego, przyznaję sobie pełne prawo do kontestowania systemu prawnego, wedle swojego widzimisie - bo wszak tak postępuje/my w życiu codziennym. Co jednakże nie zwalnia mnie z jego przestrzegania.
            Czyli tak bardziej życiowo uważam wiele przepisów chociażby z zakresu ruchu drogowego za mało sensowne, głośno je krytykuje, zdarza mi sie je łamać ale jak najbardziej akceptuje reakcje-ucisk ze strony państwa w postaci mandatu
            - swoje przekonania „indywidualne” w żaden sposób nie przekładam na normy społeczne. Na ten przykład, dla mnie jaranie zielska, nosy itp. itd. są jak najbardziej ok (nie w sensie że ćpie, tylko towarzysko mi to kompletnie nie przeszkadza) - niech każdy robi jak sobie chce.
            Ale już za to uważam narkomanie za duży problem społeczny i dlatego w pełni akceptuje to, że państwo z tym walczy.

            Co do tego wątku (riki, tiki narkotyki) to mam dwa zastrzeżenia
            - ten dotyczący samej sankcji i jej celu
            - po pojawieniu sie ultra scierwa jakim są dopalacze, cała antynarkotykowa polityka państwa powinna ulec przedefiniowaniu. Z rożnych względów tak sie nie dzieje.
            TNTP, ależ ja się z tym w znaczącej części zgadzam, mam podobne poglądy na temat używek, podobne na temat KRD, i jednocześnie płacę swoje mandaty. Co zresztą na marginesie udowadnia, że wrzuty o anarchiźmie są skutkiem zarozumiałości. Natomiast nie uważam, że państwo, w związku z istnieniem procederu prania pieniędzy powinno domagać się od organizatora loterii wartej 99 zł, aż takiej kwoty.

            Nie wiem czy to tak działa, ale jeśli to ma być stała opłata za zorganizowanie loterii, to chyba sprawia tyle, że nie opłaca się robić loterii i nie prać przy tym pieniędzy, bo koszt zorganizowania loterii wzrasta o 2k. Chyba bardziej zapobiegało by oszukiwaniu fiskusa ustalenie opłaty uzależnionej od wartości nagród.

            Z czegoś ta kwota ogólnie powinna wynikać. Jakoś ją ustalono. Przecież autor nie napierdolił się w ministerstwie z kumplami i nie wpisali sobie wyniku zwycięzcy turnieju w rzutki jako kwotę. Tzn mam taką nadzieję. Więc pytam co na nią wpływa, tak jak jestem w stanie odpowiedzieć co wpływa na to, że akurat 18 lat jest lepszym wyborem na granicę pełnoletności niż 18 lat i 8 dni. Jeśli kwota jest wzięta z Instytutu Danych z Dupy to dlaczego nie ustalimy jej w wysokości 227 zł. Może też będzie zapobiegać omijaniu fiskusa. A jeśli nie, to ciekawi mnie co wpływa na to, że jest tego rzędu.

            Chłop pańszczyźniany miał na całą rodzinę odrobić 104 dni w roku. W pozostałe dni zarabiał już tylko na siebie, o żonie nie wspominam. Czyli obecny dzień wolności podatkowej wypada później niż chłopa. A spazmami raczej nazwałbym Twoje bezzwłoczne projekcje a propos anarchizmu czy tam walki z systemem po przeczytaniu wpisu jakiegoś gościa, o którym nigdy w życiu nie słyszałeś. Odbieranie posta jako "tworzącego nieuprawnioną atmosferę" i obruszanie się z tego powodu - proszę Cię.
            Nie dotykaj forum, bo cię curva zmiecie z planszy
            -------------
            Jedynie prawda jest ciekawa

            Józef Mackiewicz

            Komentarz


            • Zamieszczone przez bloniaq Zobacz posta
              TNTP, ależ ja się z tym w znaczącej części zgadzam, mam podobne poglądy na temat używek, podobne na temat KRD, i jednocześnie płacę swoje mandaty. Co zresztą na marginesie udowadnia, że wrzuty o anarchiźmie są skutkiem zarozumiałości. Natomiast nie uważam, że państwo, w związku z istnieniem procederu prania pieniędzy powinno domagać się od organizatora loterii wartej 99 zł, aż takiej kwoty.

              Nie wiem czy to tak działa, ale jeśli to ma być stała opłata za zorganizowanie loterii, to chyba sprawia tyle, że nie opłaca się robić loterii i nie prać przy tym pieniędzy, bo koszt zorganizowania loterii wzrasta o 2k. Chyba bardziej zapobiegało by oszukiwaniu fiskusa ustalenie opłaty uzależnionej od wartości nagród.

              Z czegoś ta kwota ogólnie powinna wynikać. Jakoś ją ustalono. Przecież autor nie napierdolił się w ministerstwie z kumplami i nie wpisali sobie wyniku zwycięzcy turnieju w rzutki jako kwotę. Tzn mam taką nadzieję. Więc pytam co na nią wpływa, tak jak jestem w stanie odpowiedzieć co wpływa na to, że akurat 18 lat jest lepszym wyborem na granicę pełnoletności niż 18 lat i 8 dni. Jeśli kwota jest wzięta z Instytutu Danych z Dupy to dlaczego nie ustalimy jej w wysokości 227 zł. Może też będzie zapobiegać omijaniu fiskusa. A jeśli nie, to ciekawi mnie co wpływa na to, że jest tego rzędu.

              Chłop pańszczyźniany miał na całą rodzinę odrobić 104 dni w roku. W pozostałe dni zarabiał już tylko na siebie, o żonie nie wspominam. Czyli obecny dzień wolności podatkowej wypada później niż chłopa. A spazmami raczej nazwałbym Twoje bezzwłoczne projekcje a propos anarchizmu czy tam walki z systemem po przeczytaniu wpisu jakiegoś gościa, o którym nigdy w życiu nie słyszałeś. Odbieranie posta jako "tworzącego nieuprawnioną atmosferę" i obruszanie się z tego powodu - proszę Cię.
              W części w której ze mną sie zgadzasz to wyjątkowo nie będę z Tobą polemizował
              Zaś co do reszty to

              1) Jestem praktycznie pewien, że nie masz racji co do regulacji dotyczących loterii i kwot z tym związanych - zreszta dlatego sie produkuje w tym wątku. https://poradnik.ngo.pl/loterie-fantowe
              Wydaje mi sie, że autor tego posta o sklepikarce celowo, lub nie, ale jednak zawarł w swoim tekście przekłamania odnośnie samej procedury „legalizowania” loterii
              2) To z czego sie biorą różne kwoty/terminy/szczegółowe przepisy w legislacji jest to temat rzeka. Ja nie raz gadałem z osobami, które niby zajmują sie tym zawodowo i po ilus latach rozmów mam jeden wniosek....tak te kwoty/liczby itp. itd. koniec końców to one są wpisywane „z dupy”. To znaczy są tak zwane zasady techniki prawodawczej, które ble, ble, ble sprowadzają sie do tego, że autor danej ustawy/aktu prawnego, z głowy wpisuje konkretne dane. Oczywiście osoby odpowiedzialne za ten proces zaraz mogłyby napisać, że pierdole głupoty bo opierają sie one na doświadczeniu życiowym, analizie skutków, odniesieniu do obecnie obowiązujących przepisów, czyli typowe ble, ble, ble
              Ja to zreszta przyrównuje do samego orzecznictwa sądów - na podstawie tych samych norm/przepisów Sądy wydają w analogicznych sparawach różne wyroki, baa ten sam sędzia potrafi wydawać w takiej samej sprawie, skrajnie różne orzeczenia (aczkowiek bardziej chodzi sam wymiar kary/sankcji, nizli o kwestie winy)
              Ja sie kiedyś nawet tym - orzecznictwa, problemem interesowałem i wnioski były raczej mało odkrywcze
              Także równie dobrze, może być 2783, jak i 1230 pln.
              3) Przecież my sie Bloniaq regularnie ciśniemy o te same rzeczy od x lat. I już Tobie tłumaczyłem ocb
              Tak jak Ty mi wytykasz - wszędzie są takie regulacje/nigdzie tak nie ma Czy tam toczysz krucjaty z bolszewizmem panującym w PiS, tak ja w ramach retorsji zwalaczam wszelkie odchylenia lewacko-anarchistyczne obecne, lub i nie w Twych postach
              Obstawiam, że rownie dobrze za pińćdziesiat lat dla zasady będziemy mogli sie przyjebywac, dokładnie o te same rzeczy. To już chyba sztuka, dla sztuki jest

              Zaś z tym chłopem, to przecież było bardzo różnie na przestrzeni dziejów i sam rownież uważam, że ich sytuacja w Polsce była całkiem znośna, w odniesieniu do naszych sąsiadów.
              Lecz raczej analogii z feudalnym systemem panszczyzny,a kapitalistycznym systemem podatkowym to ja bym sie nie doszukiwał (i wcale tego nie napisałeś, żeby mnie sprowokować)
              Ostatnio edytowany przez TNTP; [ARG:4 UNDEFINED].
              Lieber tot als rot!!

              Komentarz


              • Zamieszczone przez Pawełek Zobacz posta
                I o Twoje postulaty można próbować walczyć dopiero po definitywnym zwycięstwie nad POstKOmuną i ich spedalonymi sojusznikami.
                Wydaje mi się, że skutkiem ubocznym wprowadzenia takich zmian będzie dekomunizacja. Bo po wygranych wyborach PO cofnie wszystkie "reformy" PISu w kilka tygodni - po prostu wymieni ludzi.

                Tutaj trzeba zmieniać instytucje, a nie ludzi, bo będziemy się taplać w tym bagnie do śmierci - tylko nie wiadomo czyjej.

                Komentarz


                • Zamieszczone przez TNTP Zobacz posta
                  Pisałem największymi możliwymi literami, ale nawet to nie pomogło Ci dostrzec słowa REALNIE.
                  Wspaniały przykład ekonomicznej nowomowy. Trzeba być czujnym w tym socjalistycznym świecie jak ważka. Co ma słowo realny wspólnego z ilorazem dwóch wartości - nie wiem.

                  Definicja: https://sjp.pwn.pl/slowniki/realny.html

                  Lecimy dalej to, że budżety są z deficytem to nie oznacza automatycznego powiększania zadłużenia.
                  Łopatologicznie
                  Dług wynosi 1000 jednostek.
                  Budżet wydatki 1800 jednostek (w tym 1000 jednostek na obsługę zadłużenia), dochody 1600 jednostek.

                  Czyli mam budżet z deficytem 200 jednostek, a dług zmniejszył się o 800.
                  Piękny modelowy przykład - szkoda, że w ostatnim ćwierćwieczu taka sytuacja miała miejsce w Polsce 0 razy.

                  To co piszesz to typowy model laboratoryjny/idealny, który w rzeczywistości nie istnieje.

                  Realnie mieliśmy do czynienia z sytuacją następującą.

                  W 1989 roku komuna upada/komuchy się uwłaszczają/zwycięża demokracja - jak zwał, tak zwał, każdy chyba wie ocb.
                  Własności prywatnej praktycznie nie ma (mówię o gospodarce), a biznesmeni to najczęściej albo element przestępczy, albo uwłaszczona nomenklatura. Dodatkowo puści w ryj.
                  O historii należy pamiętać, a nie ją rozpamiętywać.

                  Czyli idąc Twoim tropem to albo
                  - wyprzedajemy majątek narodowy za grosze zagranicznym "inwestorom". Oczywiście nie mamy żadnej pewności co się z tymi zakładami stanie
                  - wyprzedajemy ten sam majątek, również za grosze albo wprost "komuchom" (pojęcie szerokie, w grę wchodzą zarówno aparatczycy pzpr, wojsko, służby). Albo osobom które są z ówczesną władzą zblatowane - najczęściej są to komuchy (bo oni jako jedyni mieli środki, żeby się z nią blatować)

                  W obu przypadkach realizujemy Twój plan i w obu jesteśmy w dupie.
                  A to tylko wierzchołek góry lodowej problemów z którymi się zetknęliśmy po 1989 roku.
                  Najpierw nakreślasz jakieś swoje projekcje, później wmawiasz, że to jakiś mój plan. Przecież to jest jakiś absurd.

                  Dziś jest o tyle lepiej, że niby jakiś tam kapitał jako Polacy mamy, plus oczywiście wiele pozytywnych zmian jakie zaszły w ciągu ostatnich trzech lat a tak poważnie w ostatniej ćwiartce.


                  Tylko mam do Ciebie jedno pytanie.
                  Jest kopalnia X. 1000 pracowników. Rentowność na poziomie 1mln PLN do przodu, ale bywało, że i na minusie
                  Kapitał własny, niech będzie 200 mln PLN. No i za ile byś to chciał sprzedać ??
                  W przypadku firm prywatnych wycena jest prosta, bo w grę wchodzą praktycznie tylko kwestie ekonomiczne, ale SP ma - czy powinien mieć inne podejście.
                  Jeżeli kopalnia zostałaby uznana za firmę stategiczną, bo np. energetyka kraju jest zależna od węgla to zostawiamy w rękach państwa. W przeciwnym razie wystawiamy na licytację i się dogadujemy.

                  Poza tym ja, tak samo jak Ty, nie miałem takich pieniędzy, więc nawet nie wiem jak do takiej transakcji się zabrać. Niestety niektórzy myślą, że wiedzą wszystko.

                  Komentarz


                  • Szejnfeld wydymany przez kumpli.
                    Nic tak nie cieszy, jak seria w cwela z pepeszy.
                    "Lecz przyjdą czasy, że te kutasy będą przed nami na baczność stać,
                    Ręka nie zadrży jak liść osiki, gdy będziem w głupie mordy prać.
                    Więc pijmy zdrowie szwoleżerowie niech smutki zginą w rozbitym szkle,
                    Gdy nas nie będzie nikt się nie dowie czy dobrze było nam czy źle.
                    "
                    Janusz Waluś - czekaMY!

                    Komentarz


                    • Trochę długie, ale w sumie to ciężko to jakoś podzielić, żeby nie pominąć istotnych informacji. Trudno. Może ktoś przeczyta. Moim zdaniem warto. W najgorszym razie, do najbliższych 10 postów będzie się długo scrollować.

                      https://klubjagiellonski.pl/2019/04/...zlej-polityki/

                      Zamieszczone przez Krzysztof Mazur
                      Okrągły Stół to najbardziej prozaiczny na świecie moment negocjacji w ramach elit. Każdy z liczących się aktorów chciał uzyskać dla siebie jak najlepszą pozycję startową w nowym rozdaniu. Jednym te negocjacje poszły lepiej, drugim gorzej. Jedni dostali funkcję prezydenta, drudzy „Gazetę Wyborczą”, a jeszcze inni Komisję Majątkową. Okrągły Stół jest niczym więcej jak symbolicznym początkiem współczesnej polskiej polityki. I jak polska polityka nie jest on ani biały, ani czarny, ale po prostu szary. Jeśli prawica ma kiedyś stać się sprawcza nie tylko w generowaniu mitów oraz sprawnej retoryce politycznej, ale również w realnym rządzeniu, to musi uznać III RP za własne państwo. Droga do tego wiedzie przez zaakceptowanie całej wieloznaczności Okrągłego Stołu.

                      Kolejne rocznice obrad Okrągłego Stołu coraz bardziej przypominają kłótnie rozwiedzionych rodziców. Nam przypadła rola dzieci, którzy przy każdych świętach muszą na nowo przeżywać spory sprzed 30 lat. Za oknem świat się zmienia, wnuki rosną, na co dzień w pracy robimy rzeczy, które naszym rodzicom nawet się nie śniły. A tu ciągle to samo. „No powiedz: kto był bardziej winny? Mamusia czy tatuś? Jaruzelski czy Wałęsa? Michnik czy Kaczyński?”. Pora z tym skończyć.

                      Okrągły Stół jako narzędzie politycznej hegemonii pokolenia „S” i upupienia ich dzieci

                      Nie powiem, przez lata dawałem się w to wkręcić. Czytałem z wypiekami na twarzy kolejne publikacje, które odsłaniały kulisy tamtych negocjacji. Analizowałem, kto z kim rozmawiał w Magdalence, kogo dopuszczono do stołu, a komu została przypisana tylko rola kontestatora. Rozgrywałem w myślach warianty alternatywne. Co można było zrobić lepiej? Jak ugrać więcej? Z biegiem lat mój entuzjazm do takich zabaw intelektualnych zupełnie opadł. Dziś widzę, jak bardzo spór o Okrągły Stół jest sporem personalnym, który ma jedynie legitymizować przynależność do jednego z politycznych plemion.

                      Słowa Błaszczaka, że ustawa o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa „kończy w Polsce komunizm”, budzą już tylko śmiech i politowanie. Czy gdy rok później PiS pod wpływem Brukseli wycofywał się rakiem z jej zapisów, to komunizm został reaktywowany? Żadnej wiarygodności nie ma również Tusk inicjujący Ruch 4 Czerwca. Czy już raz takiego „obywatelskiego” projektu w kolebce Solidarności nie powoływał? I w tym wypadku mit pierwszych „wolnych” wyborów nie służy niczemu innemu jak grze ze Schetyną.

                      Ustawiacie sobie Okrągły Stół jak wam wygodnie. Używacie go jako narzędzia do prowadzenia kolejnych wojenek podjazdowych. A my, z wdzięczności za dawne zasługi, mamy bezkrytycznie popierać nieudolne próby „reformy” sądownictwa albo żyrować wasze próby powrotu do polskiej polityki.

                      Na 30 lat zapewniliście sobie w ten sposób hegemonię. Dla mojego pokolenia, które gdy powstawał rząd Mazowieckiego, nie dostało tek ministerialnych, lecz pierwsze szkolne plecaki, wejście do politycznej gry musi prowadzić przez rytualne opowiedzenie się po którejś ze stron. I choć tamten podział już dawno się zdezaktualizował, to ciągle musimy odpowiadać: „kto był bardziej winny: Michnik czy Kaczyński?”. Także z powodu tego pokoleniowego „upupienia” (bardziej krewcy czytelnicy mogą w tym słowie podmienić „p” na „d”) mam już dość tego sporu.

                      Okrągły Stół nie ma w sobie nic wzniosłego

                      Paradoksalnie, im bardziej natrętnie stawiacie przed nami to pytanie, tym bardziej ujawniacie jego wyłącznie rytualny charakter. Nikt z was, politycznych graczy, już chyba nie ukrywa, że nie chodzi mu o rzetelną ocenę wydarzeń historycznych. W ten sposób, wbrew własnym intencjom, popularyzujecie najprostszą, a zarazem najprawdziwszą legendę Okrągłego Stołu.

                      Nie, nie był to napisany w Moskwie tajny plan polegający na tym, by zdrajcy z „S” sprzedali Polskę „czerwonym”. Nie, nie była to również powszechnie zaakceptowana umowa społeczna oraz wielkie zwycięstwo naszej demokracji. Był to najbardziej prozaiczny na świecie moment negocjacji w ramach elit, gdy każdy z liczących się aktorów chciał uzyskać dla siebie jak najlepszą pozycję startową w nowym rozdaniu.

                      Jednym te negocjacje poszły lepiej, drugim gorzej. Jedni dostali funkcję prezydenta, drudzy „Gazetę Wyborczą”, a jeszcze inni Komisję Majątkową. Nie ma co jednak doszukiwać się tu drugiego dna, ani tym bardziej wielkiej metafizyki tego wydarzenia. Okrągły Stół jest niczym więcej jak symbolicznym początkiem współczesnej polskiej polityki. I jak polska polityka, nie jest on ani biały, ani czarny, ale po prostu szary. Ot, odwieczna plątanina interesów, indywidualnych ambicji i ślepego losu.

                      Lewica wyklucza

                      W białej legendzie, forsowanej przez liberalną lewicę, najbardziej irytuje mnie obłuda. Lewica na sztandarach głosi hasła walki z wykluczeniem, a cała jej aktywność wokół Okrągłego Stołu polegała na maksymalnym wykluczeniu konkurentów politycznych. I przyznajmy szczerze, to był prawdziwy majstersztyk.

                      Kuroń i Michnik, uznani za „zawodowych antykomunistów”, mieli w ogóle przy stole nie zasiąść, bo taki wzbudzali lęk i nienawiść w aparacie partyjnym. Wałęsa musiał pisać specjalny list do Kiszczaka, by się o nich upomnieć, a negocjacje w tej sprawie trwały prawie trzy miesiące. Ostatecznie komuniści zmienili zdanie, a byli KOR-owcy z outsiderów nagle stali się głównymi rozgrywającymi.

                      Nikt już dzisiaj się z tym szczególnie nie kryje. W niedawno wydanej książce Psychologia Okrągłego Stołu”, którą na okładce rekomenduje sam Michnik, można już było opublikować charakterystykę tego środowiska przygotowaną przez Dyrektora Departamentu III MSW pod koniec 1988 r.: środowisko KOR-u dąży do „utrzymania wyłączności na doradztwo Wałęsie”, chce mieć decydujący głos na temat składu rozmówców oraz kontrolować tematykę rozmów. Michnik w tym czasie zamieszkał w Gdańsku, dzięki czemu mógł zbudować bliższą relację z Wałęsą. Kluczowe posunięcia dalej konsultuje z Kuroniem i Geremkiem, do których dołącza Mazowiecki.

                      Nawet jeśli w tej opinii jest pewna przesada, bo pułkownik SB chciał po prostu ostrzec Jaruzelskiego przed siłą byłych KOR-owców, to nikt nie zaprzeczy, że to ten „gabinet Wałęsy” będzie miał kluczowy głos na każdym etapie rozmów. To oni nominują Henryka Wujca na „oficera kadrowego Okrągłego Stołu”. Ten będzie decydował o składzie delegatów, podstolików i ekspertów, nominując w ten sposób nową elitę III RP. To oni staną się również największymi beneficjentami tego procesu. Dostaną w spadku nie tylko legendę pierwszego niekomunistycznego premiera, na której zbudują Unię Demokratyczną. Przede wszystkim jednak wynegocjują sobie „Gazetę Wyborczą”, która da im szansę na hegemonię kulturową aż do czasu powstania internetu. Trzeba przyznać, że było warto te kilka miesięcy pojeździć pociągiem do Gdańska i nosić za Lechem walizki.

                      Tajemnicy ich znaczenia nie trzeba jednak szukać w teoriach spiskowych czy archiwach tajnej policji. Ich kluczowa rola jest poniekąd zrozumiała. W momencie przełomu to oni stanowili najbardziej zwartą grupę o wybitnych zdolnościach analitycznych oraz rozległych znajomościach – nie tylko w opozycji, ale również w establishmencie partyjnym. Mieli odwagę myśleć ponad schematami, by zawierać zupełnie nowe sojusze. Co być może najważniejsze, choć często pomijane – mieli również świetne kontakty na Zachodzie. Ten ostatni atut okaże się mieć kluczowe znaczenie nie tylko wtedy, gdy zachodnia prasa poda informację, jeszcze przed oficjalną decyzją KC PZPR, że w Polsce odbędą się wolne wybory do Senatu, stawiając w ten sposób komunistów przed faktami dokonanymi. Zaważy zwłaszcza wtedy, gdy przyjdzie Wałęsie wskazać kandydata na premiera, którego jednym z podstawowych zadań będzie renegocjowanie kredytów z Zachodem.

                      To wszystko nie powinno nam jednak przesłonić podstawowego faktu. Dzięki swoim niewątpliwym talentom do gier zakulisowych „gabinet Wałęsy” dokonał zawłaszczenia dziedzictwa „S”. W kluczowym momencie rolę reprezentantów ruchu społecznego o wyraźnie narodowo-katolickim i antykomunistycznym etosie przejmuje mało liczne środowisko lewicy laickiej oraz „koncesjonowanych katolików”. Zdając sobie sprawę z bycia w mniejszości, dążą do zawężenia reprezentacji strony społecznej przy Okrągłym Stole, co potem powtórzą przy tworzeniu list na wybory czerwcowe.

                      Z „lotu ptaka” Okrągły Stół może wyglądać jak pojednanie ponad podziałami. Tak naprawdę było to jednak pojednanie części elit poprzez wykluczenie wielu innych grup społecznych i środowisk opozycyjnych. Lista jest rzeczywiście imponująca. W tym procesie nie znalazło się miejsce dla: Konfederacji Polski Niepodległej, Solidarności Walczącej, Unii Polityki Realnej, Grupy Roboczej Komisji Krajowej, łódzkiej grupy Grzegorza Pałki, środowiska czasopisma „Głos”, środowiska Jana Olszewskiego, grupy Anny Walentynowicz, Klubu Politycznego ’88…

                      Na jesieni 1981 r. odbyły się pierwsze demokratyczne wybory na szefa „S”. Przeciwko Wałęsie wystartowali wówczas Jan Rulewski, Marian Jurczyk i Andrzej Gwiazda. Łącznie uzyskali wówczas 45% głosów delegatów. Osiem lat później dla nikogo z nich nie znalazło się miejsce przy Okrągłym Stole.

                      Zmarginalizowany został również potencjał rewolucyjny pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz Federacji Młodzieży Walczącej, które dopiero wchodziło na scenę polityczną. Grupa Kuronia odrzuciła zatem liczne i bardzo zasłużone w latach 80. środowiska. Zręcznie rozegrano podział na dążących do dialogu „pragmatyków” i pałających rządzą rozlewu krwi „fundamentalistów”. Dzięki hegemonii „Gazety Wyborczej” taki sposób „etykietowania” stanie się zresztą metodą tego środowiska również w kolejnych latach.

                      Powiecie, że to „prawicowe gadanie”. Być może macie rację. Wcześniej jednak skonfrontujcie się z zapomnianym dziś, a symbolicznym faktem. Przy okazji tworzenia list na wybory czerwcowe pojawiła się kwestia tożsamości przyszłych posłów i senatorów. Aleksander Hall i Tadeusz Mazowiecki, których trudno było zaliczyć do „fundamentalistów”, zaproponowali, by reprezentanci strony opozycyjnej mieli możliwość w trakcie kampanii prezentowania swoich odrębnych środowisk politycznych. Miałoby to pozwolić na ujawnienie się i uznanie naturalnego pluralizmu w obrębie szerokiego ruchu społecznego. Propozycja ta nie spodobała się reszcie „gabinetu Wałęsy”, dlatego została szybko utrącona. W wyniku tego ani Hall, ani Mazowiecki nie kandydowali w wyborach 4 czerwca. Dziś wydaje się to absurdalne, bo Mazowiecki kilka tygodni później został premierem. Wcześniej jednak na własnej skórze doświadczył, co to znaczy zostać wykluczonym przez „familię”…

                      Reguły nie mają znaczenia

                      Kończąc wątek białej legendy Okrągłego Stołu jako „święta demokracji”, musimy jeszcze zmierzyć się z dwoma niewygodnymi faktami. Pierwszy z nich to oczywiście negocjacje w Magdalence. Przeszło mi już młodzieńcze oburzenie na fraternizowanie się przy wódce. Świadectwa uczestników tych rozmów pokazują, że nie było również żadnego „tajnego porozumienia”. Przyjmuję także ze zrozumieniem, że tak trudne rozmowy wymagają negocjacji w mniejszych grupach.

                      Moje zastrzeżenie do Magdalenki jest inne. Doszło tam, po raz kolejny, do oczywistego wykluczenia. Jeśli Okrągły Stół, jak twierdzi Janusz Reykowski, szef zespołu politycznego z ramienia PZPR, był jedynie forum akceptacji najważniejszych ustaleń, które wcześniej zapadały właśnie w Magdalence, to należało zapewnić pluralizm strony solidarnościowej w tych rozmowach. Tymczasem spośród siedemnastu osób biorących udział w tamtejszych spotkaniach z ramienia „S” aż dziesięć w kolejnych latach stało się politykami Unii Demokratycznej lub Unii Wolności. Te partie w demokratycznych wyborach do Sejmu nigdy nie zdobyły więcej niż 13% głosów. Tymczasem wśród negocjatorów w Magdalence stanowili 60%. Nie trzeba odwoływać się do żadnej teorii spiskowej, by dostrzec w tym uzurpację.

                      W sierpniu 1980 r. negocjacje z władzą toczyły się na oczach wszystkich, by każdy miał poczucie udziału w nich. Szeregowi stoczniowcy nagrywali je wówczas na magnetofony szpulowe. W 1989 r. zostały one zawłaszczone przez grupę Kuronia, przy wykluczeniu wielu innych środowisk. Jedynym nagrywającym ich treść był Kiszczak.

                      Wreszcie drugi niewygodny fakt z perspektywy białej legendy to zmiana ordynacji wyborczej pomiędzy I i II turą wyborów czerwcowych. Ordynacja nie przewidywała bowiem, że w I turze ponad 50% wyborców skreśli kandydatów ówczesnego establishmentu, którzy znaleźli się na tzw. liście krajowej. A tak stało się w przypadku 33 prominentnych działaczy partyjnych. Chcąc działać zgodnie z prawem, należało wówczas przyjąć, że liczba posłów zostanie pomniejszona o te 33 mandaty. Dokładnie taką wykładnię zaprezentowali prawnicy KC PZPR, którzy choć przez lata działali w służbie partii komunistycznej, to tu wydali jasną ekspertyzę. Nie zmienia się zasad w trakcie gry!

                      Kierownictwo „S” miało jednak inne zdanie na ten temat. Rękami prominentnych profesorów prawa, którzy w III RP staną się głównymi obrońcami praworządności, dokonają interpretacji „rozszerzającej”. Wyślą w ten sposób jasny sygnał, że prawo jest wtórne wobec interesów politycznych. Można je dość elastycznie interpretować, w zależności od kontekstu. Jak napisze Antoni Dudek: „zgoda na manipulowanie ordynacją dowiodła, że przywódcy Komitetu Obywatelskiego skłonni są dla realizacji swoich planów politycznych instrumentalnie traktować wolę większości społeczeństwa. Dla wielu Polaków oznaczało to zdradę ideowych fundamentów, na których zbudowana została Solidarność, i początek epoki moralnego relatywizmu, który w następnych latach niepodzielnie zapanował w polskim życiu publicznym”.

                      Jeśli do dziś mamy problem z praworządnością, to jednym z prapoczątków tego kryzysu była właśnie zmiana ordynacji wyborczej. Liberalno-lewicowi politycy oraz dziennikarze słusznie dziś krytykujący prawicę za spór z TK i reformę sądownictwa powinni pamiętać o tym grzechu pierworodnym obciążającym ich sumienia.

                      Z tych wszystkich powodów nigdy nie kupię białej legendy Okrągłego Stołu. Nie było to „święto demokracji”, bo nie tak wyobrażam sobie demokrację. Demokracja powinna być inkluzywna i dawać równe szanse różnym środowiskom, by wyrażały swoje poglądy i interesy. Musi opierać się również na jasnych zasadach, których nie można zmieniać w trakcie gry. „Drużyna Wałęsy” przy Okrągłym Stole zachowywała się odwrotnie. Kluczowi doradcy Lecha rozumieli, że ich siłą są zakulisowe gry oraz znakomite kontakty po obu stronach historycznego sporu. Zarazem, jako środowisko typowo inteligenckie, wiedzieli, że bardzo trudno będzie im wygrać w demokratycznych wyborach. Dlatego przez wiele miesięcy nie parli do wolnych wyborów, tylko konserwowali porozumienie z komunistami, nawet gdy można już było od niego odstąpić. Ba, gdy oczekiwała tego znaczna większość Polaków! To jednak nie miało dla nich szczególnego znaczenia, bo to nie wola ludzi, ale historyczna rola inteligencji dawała im mandat do działania.

                      Na „obrotowej scenie historii” – powie Michnik jeszcze w 1989 r. w rozmowie z Jackiem Żakowskim – to nie zdeprawowane komunizmem społeczeństwo, ale elity mające autorytet intelektualny i moralny mają do odegrania główną rolę. W świetle tych słów Okrągły Stół to nie żadne „święto demokracji”, ale porozumienie części elit. Dodajmy, elit mających do społeczeństwa bardzo protekcjonalny stosunek.

                      Jaruzelski oszukał partię

                      Pod białą legendę chcieli podpiąć się również komuniści. To oni mieli być drugą stroną historycznego porozumienia, która wyrzekła się swojej dotychczasowej władzy dla dobra Polski. Szkoda tylko, że to również bajeczka dla grzecznych dzieci. W rzeczywistości nie mieli oni innego wyjścia. Pod koniec 1988 r. zadłużenie kraju wynosiło 39,3 miliardów dolarów. Stosunek tego zadłużenia do dochodu narodowego wynosił 62,5%. Do tego dochodziła bardzo niska konkurencyjność przemysłu. Materiało- i energochłonność naszej gospodarki była prawie dwukrotnie wyższa niż w RFN czy we Francji. Polska potrzebowała radykalnej modernizacji, zastrzyku kapitału w zachodnich walutach oraz umorzenia choć części zagranicznego długu. Dopiero wtedy można było myśleć o jakiejkolwiek stabilizacji.

                      John Davis, ambasador USA w Polsce, nie pozostawiał wątpliwości. Zachód pomoże, o ile rząd rozpocznie negocjacje z opozycją, wprowadzony zostanie pluralizm polityczny, na nowo zalegalizowana zostanie „S”, zostanie jej zaproponowany jakiś udział w rządzeniu, wreszcie pojawi się perspektywa wolnych wyborów.

                      Komuniści nie zdecydowali się na Okrągły Stół, bo nagle nawrócili się na demokrację. Komuniści zdecydowali się na Okrągły Stół, bo potrzebowali dolarów. A bez otwarcia się na opozycję nigdy by ich nie otrzymali.

                      Nie byli jednak w ciemię bici. Za długo bawili się w politykę, by teraz tanio oddać skórę. Dlatego bardzo starannie się do tego procesu przygotowali. Już na początku 1986 r. powołali „Grupę Trzech” złożoną z gen. Władysława Pożogi (zastępcy Kiszczaka, szefa wywiadu i kontrwywiadu), Stanisława Cioska (sekretarza KC) oraz Jerzego Urbana (dziennikarza, a potem rzecznika rządu). To był trzyosobowy think-tank z prawdziwego zdarzenia! Człowiek służb, człowiek partii i człowiek mediów. Świetnie poinformowani, diabelnie inteligentni, odważni w swoich diagnozach. Przez kolejne trzy lata przygotują dla Jaruzelskiego kilkanaście tajnych raportów, które potem zostaną wcielone w życie. Od przystąpienia do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i nawiązania relacji z Zachodem, przez uwłaszczenie nomenklatury i zapewnienie wpływu na media i banki w nowym systemie, po amnestię polityczną, otwarcie się na strategiczną współpracę z Kościołem, manewr kooptacji opozycji „ugodowej” przy jednoczesnym wykluczeniu opozycji „radykalnej”. Okrągły Stół nie był wielką improwizacją ze strony komunistów. W swoich kluczowych założeniach został wcześniej przemyślany i zaproponowany przez „Grupę Trzech”.

                      W kalkulacjach komunistów chodziło o to, by podzielić się z „S” odpowiedzialnością, bez dopuszczenia jej przedstawicieli do realnej władzy. Działacze opozycyjni byli potrzebni, by pozyskać przychylność Zachodu i społeczeństwa. Ale nic poza tym. Mieli zostać wrobieni we „współwinę” za trudne reformy, bez przesadnego dzielenia się z nimi łupami. To zresztą rodziło dość zabawne nieporozumienia.

                      Siadając do negocjacji, strona opozycyjna miała dwa priorytety: legalizację „S” oraz reaktywowanie „Tygodnika Solidarność”. To komuniści wyszli z propozycją, że może jednak coś jeszcze, na przykład częściowe wybory do Sejmu. Musieli stronę społeczną do tego dość usilnie namawiać! Tamta bowiem nie kwapiła się, by sięgnąć po władzę. Zarazem komuniści proponowali jedynie „pakiet mniejszościowy”, zapewniając sobie zarówno stabilną większość w Sejmie kontraktowym, jak i 6-letnią kadencję prezydenta Jaruzelskiego. W tak zabetonowanym systemie nikomu nie miała prawa stać się krzywda.

                      Nie przewidzieli jednego. Że społeczeństwo w wyborach 4 czerwca jednoznacznie odrzuci ich hegemonię, co uruchomiło zupełnie nową dynamikę. A gdy Jarosław Kaczyński wywrócił stolik, przeciągając na stronę „S” satelickie partie PZPR-u, droga do rządu Mazowieckiego została otwarta. Takiego biegu spraw nie przewidziała nawet „Grupa Trzech”.

                      Realizowana przez komunistów strategia nie pasuje zatem do białej legendy. Ubieranie ich w buty nagle nawróconych na demokrację skruszonych despotów jest śmieszne. Jeśli kogoś przytoczone dotąd argumenty nie przekonały, to niech uświadomi sobie, że Okrągły Stół był tak naprawdę gwałtem dokonanym przez elity PZPR-u na aktywie tej partii.

                      Na jesieni 1988 r. 39 (z 49) komitetów wojewódzkich wysłało do Komitetu Centralnego listy protestacyjne przeciwko wstępnym spotkaniom Kiszczaka i Wałęsy. Jeszcze bardziej dramatyczny przebieg miało plenarne posiedzenie KC w styczniu 1989 r. Premier Rakowski rekomendował wówczas, by partia otworzyła się na rozmowy z „S”, wspólnie wypracowując plan reform. Spotkało się to z niezwykle ostrą krytyką „dołów”. W tej sytuacji Jaruzelski, Siwicki (minister obrony narodowej), Rakowski (premier) i Kiszczak (minister spraw wewnętrznych) powiadomili zebranych, że wobec braku akceptacji dla ich polityki podają się do dymisji. Ten oczywisty szantaż przyniósł spodziewany efekt. Po przerwie doszło do zmiany stanowiska i ostatecznie KC poparło „politykę porozumienia”. Ceną tej decyzji było odłączenie się kierownictwa partii od szeregowych członków. Jak celnie spointował to Kwaśniewski: „Jaruzelski oszukał aparat partyjny, a nie przekonał go do reform”.

                      Nie powinniśmy się jednak dziwić oporowi zasłużonych działaczy PZPR. Wielu z nich czuło przez skórę, że zmiany oznaczają koniec ich kariery politycznej. Mieli rację.

                      Po Okrągłym Stole sztandar postkomunistycznej lewicy przejął niespełna czterdziestoletni Kwaśniewski i ciut starszy od niego Miller. Będą oni czuli pokoleniową wspólnotę raczej z zasiadającymi po drugiej stronie stołu rówieśnikami z KOR-u, niż z „leśnymi dziadkami” z dołów swojej partii.

                      Okrągły Stół z perspektywy komunistów nie był zatem żadnym „świętem demokracji”, ale nowym rozdaniem w ramach elit. Mieli zatem dokładnie takie samo nastawienie jak „gabinet Wałęsy”.

                      Prawica delegitymizuje państwo

                      Wiele obłudy jest również w czarnej legendzie forsowanej przez prawicę. Choć na sztandarach głosi ona hasło „tylko prawda jest ciekawa”, to i jej pamięć o Okrągłym Stole jest szalenie wybiórcza. Prawda w tym wypadku jest bowiem niewygodna: jeśli miałaby to być „zdrada elit”, to dokonała się ona również rękami ikon prawicy.

                      Prezydent Lech Kaczyński w wydanym już po jego śmierci Ostatnim wywiadzie nie pozostawił cienia wątpliwości: „Nie było żadnego spisku w Magdalence! Każdy, kto uważa, że powołanie rządu Mazowieckiego było rezultatem jakichś tajnych uzgodnień, kompletnie się myli. Mogę o tym mówić z całkowitą pewnością, ponieważ w Magdalence byłem na każdym posiedzeniu”.

                      Z kolei Jarosław Kaczyński kilka tygodni temu zaskoczył wielu, gdy pozytywnie wypowiedział się o pomyśle pomnika dla Mazowieckiego. Zdziwiło mnie to zdziwienie. Tak jakbyśmy zapomnieli, że to właśnie Kaczyński „przyłożył rękę, jeżeli nie obie ręce”, by ten rząd powstał. Jako debiutant w dużej polityce ograł wówczas legendarnego Geremka bardzo liczącego na to, że Historia pozwoli mu odegrać rolę pierwszego niekomunistycznego premiera. „Salon” tej brawurowej akcji debiutanta przeciwko zasłużonemu profesorowi nigdy nie zapomniał.

                      Nie ma zatem żadnych wątpliwości, że Kaczyńscy byli ważną częścią elit, gdy ta miała dokonać rzekomej „zdrady”. I nie jest prawdą, że zrobili to tylko taktycznie, by zaraz zerwać z „logiką Okrągłego Stołu”.

                      Oczywiście, byli zwolennikami „przyśpieszenia”. Wiele razy artykułowali chęć mocniejszego odcięcia się od dziedzictwa PRL-u. Na przykład wtedy, gdy zastanawiano się nad zmianą ordynacji między I a II turą. Kaczyńscy zaproponowali wówczas na spotkaniu Komitetu Obywatelskiego, by w zamian domagać się od komunistów wolnych wyborów samorządowych. Ale nie zaproponowali veta wobec pomysłu zmiany reguł w trakcie gry! Ten obrazek dobrze pokazuje ich rolę. Nawet jeśli byli za przyspieszeniem, to działali w ramach logiki systemu.

                      Przecież nazwa ich pierwszej partii – Porozumienie Centrum – nie wzięła się znikąd. Startując na senatorów z Elbląga i Gdańska, tworząc gabinet prezydenta Wałęsy, zostając wiceprzewodniczącym „S” (Lech) czy stając na czele reaktywowanego „Tygodnika Solidarność” (Jarosław), bracia Kaczyńscy byli w centrum ówczesnego establishmentu. Nawet po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, po sławetnej „nocy teczek”, Jarosław Kaczyński był gotów do rozmów z Unią Demokratyczną na temat nowej koalicji rządowej. Późniejszy prezes PiS-u nie kontestował Okrągłego Stołu, tylko starał się na nim ugrać tyle, ile zdołał.

                      Jego krytycy mogliby powiedzieć więcej. Przetrwanie środowiska PC w trudnej drugiej połowie lat 90., gdy zostali zupełnie zepchnięci na margines, było możliwe tylko dlatego, że wcześniej zdecydowali się uwłaszczyć na państwowym majątku. Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa – Książka – Ruch” była zapleczem wydawniczym partii komunistycznej od 1947 r. Pod koniec PRL-u była największym koncernem wydawniczo-kolportażowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Imperium obejmowało nie tylko wiele tytułów prasowych, ale również ogromną bazę poligraficzną oraz ogólnopolską sieć kiosków. W Porozumieniach Okrągłego Stołu znajdziemy konstatację, że droga do „nowego ładu informacyjnego” wiedzie przez ograniczenie dominacji tego koncernu.

                      Dlatego Sejm w marcu 1990 r. przyjął ustawę o likwidacji RSW. Na jej mocy, co dziś wydaje się niewyobrażalne, część tytułów prasowych miała zostać zakupiona przez ówczesne partie polityczne jako „forma dopuszczenia opozycji do prasy”. Porozumieniu Centrum przypadł w udziale „Express Wieczorny”, a oficjalne poparcie dla takiej decyzji Komisji Likwidacyjnej wyraził nie kto inny jak sam Wałęsa, ówczesny przewodniczący „S”.

                      „Express Wieczorny” długo nie przetrwał, ale dla środowiska Kaczyńskich kluczowe okazały się nieruchomości, które posiadła ich fundacja wraz z tym tytułem. Tak powstał majątek głośnej dziś spółki „Srebrna”. Tam znajdowali zatrudnienie kluczowi politycy tego środowiska, gdy nagle znaleźli się na politycznym aucie. To jeden z wielu paradoksów III RP.

                      Środowisko będące największym krytykiem postkomunizmu mogło przetrwać chude lata tylko dlatego, że samo zabezpieczyło swój byt, uwłaszczając się na zapleczu wydawniczym partii komunistycznej. I jak tu wiarygodnie krytykować uwłaszczenie nomenklatury?

                      Kaczyńskich pożegnanie z Okrągłym Stołem

                      Kaczyńscy byli zatem ważną częścią establishmentu III RP. Nie bali się korzystać z pojawiających się szans. Wyraźną cezurą jest dopiero końcówka roku 1993. Mają wtedy miejsce dwa ważne wydarzenia.

                      Z jednej strony, Porozumienie Centrum nie przekracza progu wyborczego w wyborach do Sejmu, przez co Kaczyński ląduje poza Sejmem. Z drugiej strony, wychodzą na jaw fakty związane z tzw. „szafą Lesiaka”.

                      W latach 1992–1993 Urząd Ochrony Państwa podejmował działania obliczone na dezintegrację partii prawicowych. Ten oczywisty skandal, niemający nic wspólnego ze standardami państwa prawa, nigdy nie doczeka się sprawiedliwego wyroku, podobnie jak wiele innych ciągnących się latami spraw z okresu PRL-u. „Jarosław i Lech Kaczyńscy – podsumuje Jacek Sokołowski – akceptowali Okrągły Stół i w latach 1989–1992 aktywnie współkreowali nowe instytucje polityczne. Odrzucenie przez nich III Rzeczypospolitej na gruncie moralnym – ale również filozoficzno-prawnym – nastąpiło dopiero wtedy, gdy ta właśnie Rzeczpospolita »wyjęła ich spod prawa«. Formalnym narzędziem – i zarazem symbolem – tej delegitymizacji Kaczyńskich i ich ugrupowania stała się słynna instrukcja 0015, w oparciu o którą działał zespół płk. Lesiaka”. To wtedy zaczną o sobie myśleć jako o „obywatelach drugiej kategorii” i to poczucie zostanie z nimi na zawsze. Lech Kaczyński posłuży się tą frazą nawet w Ostatnim wywiadzie, którego udzielił, siedząc w barokowych krzesłach Pałacu Prezydenckiego…

                      Nie chodzi tu jednak o tanią psychologię, ale o fundamentalny wybór polityczny. Kaczyńscy na bazie tych osobistych doświadczeń przechodzą „do podziemia”. Gdzieś w połowie lat 90. przestają definiować się jako mainstreamowi liderzy polityczni i stają się liderami „drugiego obiegu”. To wtedy, jak plastycznie opisał to Jan Rokita, pod polskim życiem publicznym zaczyna płynąć podziemna rzeka, która podmywa realne instytucje. Jeśli III RP powstała na „ubeckim układzie”, to musi być państwem nie naszym. Dlatego podczas kolejnych mszy za ojczyznę śpiewano: „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”.

                      Ta postawa jest zabójcza dla obydwóch stron. Państwo zaczyna się jeszcze bardziej psuć, bo ważna część społeczeństwa odmawia mu legitymizacji. Obóz patriotyczny popada w oderwane od realiów urojenia, bo żyje życiem podziemnym. Jeśli po 2015 r. Zjednoczona Prawica ma problemy z realnym rządzeniem to także dlatego, że uwierzyła w czarną legendę Okrągłego Stołu.

                      Przejęła stery państwa, które przez lata uważała za nie swoje. Kolejne spory o TK, system sądowniczy, rezydentów czy nauczycieli pokazuje tę schizofreniczną sytuację. Jakby powstańcy listopadowi przejęli władzę w Królestwie Polskim, którego królem dotąd był rosyjski car, i nie widzieli, co robić dalej. Wzmocnić to państwo czy raczej zniszczyć?

                      To mocna metafora, ale jak patrzę na część działań rządu, który chce maksymalnie – i w sferze programowej, i personalnej – odciąć się od ostatnich 30 lat, to myślę, że strasznie trudno jest rządzić czymś, co przez blisko trzy dekady uważało się za nie swoje. Jeśli prawica ma kiedyś stać się sprawcza nie tylko w generowaniu mitów oraz sprawnej retoryce politycznej, ale również w realnym rządzeniu, to musi uznać III RP za własne państwo. Droga do tego wiedzie przez zaakceptowanie całej wieloznaczności Okrągłego Stołu.

                      Kościół podpisuje weksel in blanco

                      Obrazek nie byłby pełny, gdybyśmy zapomnieli o największym instytucjonalnym beneficjencie Okrągłego Stołu. Jest nim Kościół katolicki. Choć często na starych fotografiach z Pałacu Namiestnikowskiego możemy przeoczyć beznamiętne twarze księży Alojzego Orszulika czy Bronisława Dembowskiego, jakby byli oni jedynie przypadkowymi statystami prowadzonych rozmów, to nie powinniśmy dać się zwieść pozorom. Bez Kościoła Okrągły Stół nie byłby możliwy.

                      Właściwie od końca lat 70. to on był mediatorem pomiędzy opozycją a władzą. Prymas Glemp był bardzo zaangażowany w powołanie w 1986 r. Rady Konsultacyjnej, gdzie „czynnik społeczny” mógł konsultować pewne sprawy ze stroną rządową. Pierwszy sygnał, by usiąść przy jednym stole, władza wysłała do Andrzeja Stelmachowskiego. Nie dlatego że był on szczególnie ważny w „S”, ale dlatego że był zaufanym prymasa. Kościół pomagał również przełamywać liczne kryzysy w drodze do rozmów – na przykład na spotkaniu 18 listopada 1988 r. w parafii w Wilanowie, gdy biskup Gocłowski negocjował między Kiszczakiem, Cioskiem, Mazowieckim i Wałęsą. Przekonał tego ostatniego, że legalizacja „S” będzie wynikiem Okrągłego Stołu, a nie warunkiem wstępnym, by usiąść do rozmów. Dlatego dla nikogo nie było zaskoczeniem, że rządowe busy wiozące w eskorcie samochodów milicyjnych negocjatorów do Magdalenki miały dwa punkty zbiórki. Komuniści wyjeżdżali spod siedziby partii, a opozycjoniści spod budynku Episkopatu. W rządowym busie zawsze znajdowało się również miejsce dla osoby duchownej.

                      Odnotujmy zatem kolejny paradoks. W III RP najmocniejszym krytykiem angażowania się Kościoła w politykę było środowisko „Gazety Wyborczej”. To samo środowisko, które swoją pozycję zawdzięczało temu, że przynajmniej od czasów wydania przez Michnika książki Kościół, lewica, dialog, czyli od roku 1977, mogło liczyć na parasol ochronny ze strony tej instytucji. Gdy trzeba było żyrować porozumienia Okrągłego Stołu, polityczne zaangażowanie Kościoła było dla wszystkich oczywiste i służyło demokracji! Gdy w późniejszych latach przyszło dyskutować o aborcji, to okazało się, że Kościół ma zapędy autorytarne i chce wprowadzić teokrację. „Instrumentalne traktowanie” to najłagodniejsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy.

                      Ale co to znaczy, że Kościół był największym instytucjonalnym beneficjentem Okrągłego Stołu? Otóż „Grupa Trzech”, nieformalny think-tank Jaruzelskiego, uznała, że Kościół należy wciągnąć jako gwaranta porozumienia. W zamian należy mu zaoferować szereg przywilejów.

                      Stąd między Okrągłym Stołem a wyborami czerwcowymi ostatni w pełni komunistyczny Sejm uchwala ustawy „O gwarancji wolności sumienia i wyznania” oraz „O stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w PRL”. W ten sposób Kościół podpisał weksel in blanco, żyrując transformację, która miała dopiero nastąpić. W zamian otrzymali od państwa bardzo szerokie uprawnienia. Duża część z nich obowiązuje zresztą do dziś.

                      Połączyłem te oczywiste fakty dopiero przy okazji Światowych Dni Młodzieży organizowanych trzy lata temu w Krakowie. Pamiętam moje zdumienie, gdy odkryłem, że ten sam koncert muzyki religijnej organizowany w sferze publicznej może podpadać pod zupełnie inne regulacje.

                      Jeśli potraktujemy go jako wydarzenie świeckie, to podpada pod prawo o zgromadzeniach. Wówczas organizatorzy zobowiązani są do przestrzegania bardzo rygorystycznych zasad bezpieczeństwa oraz zapewnienia uczestnikom odpowiednich warunków sanitarnych. Jeśli jednak potraktujemy ten sam koncert jako formę kultu publicznego, to organizator ma bardzo minimalne obowiązki formalne związane z bezpieczeństwem uczestników. Jakbyśmy żyli w dwóch równoległych rzeczywistościach. Nagle oświeciło mnie: „to przez Okrągły Stół do dziś w kościołach, choć gromadzi się tam nawet kilka tysięcy osób, nie ma zapewnionej odpowiedniej liczby toalet!”. Trywializuję? Być może, ale każda praktykująca rodzina z małymi dziećmi zna ten problem.

                      Uprzywilejowane traktowanie, które wynegocjowali sobie hierarchowie przy okazji Okrągłego Stołu, widać również w kwestii majątkowej. Wspomniane ustawy dały Kościołowi – jako jednej z kilku instytucji w III RP – możliwość skutecznego odzyskiwania rekompensaty za utracone mienie w okresie PRL-u. Działająca przez wiele lat Komisja Majątkowa przekazała kościelnym osobom prawnym rekompensaty i odszkodowania w wysokości 143 534 231,41 zł oraz ponad pół tysiąca nieruchomości (wartych ok. 5 mld zł). Co do zasady, uważam że to dobrze, bo należy wypłacać rekompensatę. Kontrowersje wzbudza jednak tryb, w jakim to się stało.

                      Choć Komisja decydowała o ogromnych sumach, to nie była ani organem władzy sądowniczej, ani organem władzy administracyjnej. Była to hybryda, rządowo-kościelny podmiot działający w trybie mediacyjno-polubownym, bez możliwości kontroli jej pracy z zewnątrz. A teraz najlepsze: od decyzji Komisji nie było odwołania! Jako pointę potraktujcie wniosek CBA z 2011 r. skierowany do prokuratury. Zawiadomiono o możliwości popełnienia przestępstwa, choć w tym samym zawiadomieniu prawnicy z CBA dowodzą, że osobom duchownym nie można dowieść korupcji, gdyż Komisja ma charakter niepaństwowy! Państwo przekazało instytucji niepaństwowej władztwo w sprawie majątku wartego miliardy złotych. Wykracza to poza ograniczoną wyobraźnię prostego politologa.

                      To tylko dwa „detale” z całej listy innych przywilejów, które otrzymał Kościół w ciepłych wiosennych dniach ’89 r. Otrzymał również prawo posiadania własnych drukarni, stacji radiowych i telewizyjnych, a także kin, teatrów oraz wytwórni filmowych. Przyznano mu ponadto istotne ulgi podatkowe i celne. W zamian miał nie kwestionować podstawowych kierunków zmian, choć ich przyszłego kształtu tak naprawdę nie znał. Na tym jednak polega podpisywanie weksli in blanco.

                      Nawet gdy III RP okazała się być inna, niż oczekiwało tego wielu katolików – bo za mało było solidarności z biednymi, zabrakło wyraźnego rozliczenia z komunizmem, a prym w kulturze wiodła elita liberalno-lewicowa – to Kościół tak naprawdę pozostał wiernym obrońcą tego systemu.

                      Państwo Kwaśniewscy w papamobile są zbyt silnym skojarzeniem, by go tu nie przywołać. Dlatego gdy słyszę z ust prawicowych publicystów, że „Okrągły Stół to zdrada elit”, to jako katolika boli mnie tak bezpardonowa krytyka naszych hierarchów.

                      Okrągły Stół milczał w najważniejszej kwestii

                      A teraz największa herezja. Wiecie co jest najsmutniejsze? Że straciliśmy miliony godzin, kłócąc się o Okrągły Stół, a w rzeczywistości nie miał on aż takiego znaczenia. Oczywiście, zadecydował o kształcie elit politycznych na kolejne trzy dekady. Wiele rozstrzygnięć ustrojowych – jak dwuizbowy parlament czy prezydent – jest z nami do dziś. Ale czy to te kwestie stały się kluczowymi czynnikami rozwoju? Nie.

                      O obecnej pozycji Polski zadecydowały reformy gospodarcze. To włączenie nas w sieć globalnego kapitalizmu, z wszystkimi tego wadami i zaletami, okazało się być kluczowe. A co mówił Okrągły Stół na temat kształtu reform gospodarczych? Otóż nie mówił nic. Podstolik ds. gospodarki i polityki społecznej zakończył się jakimś mglistym oświadczeniem. Zawodowi politycy, którzy zasiedli po obu stronach, tak naprawdę nie mieli wiedzy i zainteresowania tymi kwestiami.

                      Nawet raporty „Grupy Trzech”, tak przenikliwe politycznie, zawierają wiele ekonomicznych nonsensów. A w tle była rosnąca świadomość, że – jak sformułuje to Janusz Reykowski – „instrumenty, którymi władza dysponuje, nie wystarczają do uruchomienia polskiej gospodarki”. Państwo okazywało się coraz bardziej bezradne wobec czekających go globalnych i strukturalnych wyzwań.

                      Dlatego kluczowe rozstrzygnięcia, które zadecydowały o naszej obecnej prosperity, zostały podjęte ponad głowami dżentelmenów spierających się o cenzurę czy papier. Terapię szokową przeprowadzili Jeffrey Sachs oraz Leszek Balcerowicz, których próżno szukać na fotografiach z Pałacu Namiestnikowskiego. A nawet oni nie odegrali przecież bardzo podmiotowej roli. Grali według reguł, które narzucił nam Konsensus waszyngtoński, podobnie jak wielu innym krajom przechodzącym transformację.

                      Inwestycje zagraniczne, wykupywanie przedsiębiorstw państwowych przez zagraniczne koncerny, wysokie bezrobocie, złe warunki pracy – to wszystko, co naprawdę ma wpływ na ludzkie życie, nie spotkało się z dużym zainteresowaniem ze strony ojców-założycieli naszej demokracji. Rozgrywali w tym czasie ważniejsze gry, więc nie zajmowały ich takie niuanse.

                      Polityka jako walka plemion

                      Tworząc swoje państwo, ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych kłócili się o wizję obywatela, społeczeństwa i republiki. Ich gorące spory przeszły do historii jako The Federalist Papers, 85 esejów z pogranicza świata idei i politycznej praktyki. Do dziś są one czytane przez studentów na całym świecie. Nasze państwo powstało w inny sposób.

                      W Okrągłym Stole nie ma nic wzniosłego. To odwieczna plątanina interesów, indywidualnych ambicji i ślepego losu. Wolałbym, by ojcowie-założyciele naszej demokracji więcej uwagi poświecili na budowę państwa włączającego, strzegącego sprawiedliwych zasad dla wszystkich. Nasi liderzy woleli jednak całą energię poświęcić na zabieganie o swoją pozycję w nowym rozdaniu.

                      Przez to do dziś mamy państwo bardzo ułomne, które jest bezradne wobec silnych, ale surowe wobec słabych. A że ważna część z nich wywodziła się z opozycji demokratycznej, która budowała swoją tożsamość na moralnym sprzeciwie wobec komunizmu, to taką samą metodę zastosowano również i tym razem. Budowano swoją pozycję nie na dobrych pomysłach i skutecznym działaniu, ale na motywie moralnego wykluczenia wroga. Jednych, bo są „fundamentalistami”, innych – bo są „zdrajcami”.

                      Jak zmierzyć się z tym dziedzictwem? Co „pokolenie niepodległości” może z nim zrobić? Nie pozostaje nam chyba nic innego, jak go po prostu go zaakceptować.

                      W sumie to dobrze, że się nie pozabijaliście, bo w historii różnie z tym bywało. Państwo, które zbudowaliście dalekie jest od ideału, ale to moje państwo. Innego mieć nie będę. Kocham Polskę taką jaką nam daliście, bo wierzę, że lepszej po prostu nie byliście w stanie zbudować. Jestem wam wdzięczny za to, co mamy.

                      Nie będę obalał waszych pomników. Ale akceptacja „sztafety pokoleń” nie oznacza jednak, że do końca życia mam odgrywać wasze dawne spory. Nie chcę tego robić, bo po 30 latach mamy już zupełnie inne wyzwania. Podział post-komunistyczny i podział transformacyjny wygasają na naszych oczach. Nie opisują już realnych różnic społecznych. Dalsze ich podtrzymywanie służy wyłącznie wam, politycznej hegemonii waszego pokolenia, ale dla całej reszty ma charakter wyłącznie rytualny. Mentalnie tkwicie w nim zbyt mocno, by to jeszcze dostrzec. Ale nas już naprawdę nie obchodzi, kto gdzie siedział i co powiedział przy wódce 30 lat temu. Napiszcie o tym wspomnienia i nakręćcie dobry serial, ale, na Boga, nie mówcie nam, że to jest dziś główna oś sporu politycznego.

                      Marzę o tym, by zamykając ten rozdział historii uświadomić sobie podstawowe kłamstwo waszej polityki. Brzmi ono: „jak tamci znikną, to wszystko wreszcie będzie dobrze”. „Tamci” nie znikną – a nawet gdyby zniknęli, to okazałoby się, że nie w nich tkwił problem. Zamiast uprawiać politykę opartą na walce personalnej na śmierć i życie zacznijmy się wreszcie spierać o realne problemy, znoszące się wartości i rozbieżne interesy. Przede wszystkim skupmy się na szukaniu nowych perspektyw rozwojowych dla Polski, bo koniunktura międzynarodowa wyraźnie się kończy. Dziś potrzebujemy polityki, która stawia cele i angażuje wspólnotę w ich realizację, a nie całą energię koncentruje na moralnym niszczeniu wroga. Kontynuowanie wojny plemion doprowadzi nas do katastrofy.
                      [/QUOTE]
                      Ostatnio edytowany przez bloniaq; [ARG:4 UNDEFINED].
                      Nie dotykaj forum, bo cię curva zmiecie z planszy
                      -------------
                      Jedynie prawda jest ciekawa

                      Józef Mackiewicz

                      Komentarz


                      • Faktycznie - długie, ale nie tak długie jak np. "Państwo" Platona.
                        Mam dwa podstawowe problemy z tym tekstem. Pierwszy sprowadza się do rozbieżności miedzy częścią "analityczną", a częścią "postulatywną". Bo o ile z części "analitycznej" jasno wynika, że w trakcie powstawania III RP społeczeństwo zostało ograne przez elity, które przejęły kontrolę systemu na poziomie polityki, gospodarki, informacji (wraz z wynikającymi z tego konsekwencjami, co Autor wyraźnie podkreśla) od komunistów (z których znaczna część zasiliła ów post-system, mniej lub bardziej chowając się pod berecikiem-niewidką), to nijak z niej nie wynika, że coś w owej zabetonowanej wtedy sytuacji uległo radykalnej zmianie. Nigdy też nie doczekaliśmy się lustracji (która w takich Czechach czy postenerdówku była czymś naturalnym) ani dekomunizacji. Czyli post-system nie został strukturalnie naruszony, a wymiana generacyjna absolutnie niczego nie zagwarantuje, bo wpływy można odziedziczyć - numery kont, telefonów i adresy łatwiej dokładnie przepisać niż geny.
                        Drugi mój problem łączy się z pierwszym - jeśli dokonując owego stanowczego przeskoku narracyjnego z nie tak dawnej, mrożącej krew w żylakach przeszłości do współczesności, Autor zaczyna używać pseudo-argumentów ("Za oknem świat się zmienia, wnuki rosną, na co dzień w pracy robimy rzeczy, które naszym rodzicom nawet się nie śniły". - Po czymś takim można wpisać dowolny postulat, np. na temat tego, że "a tu niezgody i waśnie kibolskie ciągle kwitną"), opisywać symetrycznie i zrównywać ("A tu ciągle to samo. „No powiedz: kto był bardziej winny? Mamusia czy tatuś? Jaruzelski czy Wałęsa? Michnik czy Kaczyński?”. Pora z tym skończyć".), to zadaję sobie pytanie, dlaczego ów budzik zaczął dzwonić akurat teraz, dlaczego tak szlachetna refleksja zmęczonego Polaków sporami własnymi człowieka nie wybrzmiała w czasach "WSI spokojna, WSI wesoła". [Nie, nie zakładam automatycznie tego, że tekst jest "kupiony", a Autor - agentem post-systemu, bardziej prozaiczne jest wytłumaczenie, że sączona narracja "a mogło być tak pięknie (i prawie było), oni przyszli i wszystko spieprzyli" jednak odnosi pewien skutek. Podobnie jak w przypadku belfrów, którzy dopiero po ostatnio otrzymanych podwyżkach przypomnieli sobie, jak są spauperyzowani, a nie dostrzegali tego pod bardziej tęczowymi rządami, kiedy dostali nullo - do "bąmotu" Piłsudskiego o "narodzie" dodałbym przymiotnik "głupie" przed ostatnim słowem.]

                        Zaś dłuższy akapit końcówki:

                        "Marzę o tym, by zamykając ten rozdział historii uświadomić sobie podstawowe kłamstwo waszej polityki. Brzmi ono: „jak tamci znikną, to wszystko wreszcie będzie dobrze”. „Tamci” nie znikną – a nawet gdyby zniknęli, to okazałoby się, że nie w nich tkwił problem. Zamiast uprawiać politykę opartą na walce personalnej na śmierć i życie zacznijmy się wreszcie spierać o realne problemy, znoszące się wartości i rozbieżne interesy. Przede wszystkim skupmy się na szukaniu nowych perspektyw rozwojowych dla Polski, bo koniunktura międzynarodowa wyraźnie się kończy. Dziś potrzebujemy polityki, która stawia cele i angażuje wspólnotę w ich realizację, a nie całą energię koncentruje na moralnym niszczeniu wroga. Kontynuowanie wojny plemion doprowadzi nas do katastrofy".

                        zdaje się świadczyć o tym, że Autor nie rozumie większej części tekstu, który sam popełnił. Post-system nie jest żadnym tam "zamkniętym rozdziałem", a Szanowny Autor może co najwyżej zamknąć drzwi spiżarni po wyniesieniu stamtąd powideł, post-system ma swoje żywotne "realne problemy, wartości i interesy" i walczy o nie przy użyciu pozostających w jego dyspozycji sił i środków. A że owe wartości i interesy się "znoszą" i "są rozbieżne" z perspektywami rozwojowymi dla Polski? Hmm, miałżeby Janusz Lewandowski w drodze do Ciechocinka stać się polskim św. Pawłem i zasromać się okrutnie nad swymi dotychczasowymi postępkami i wykrzyczeć słowa autopotępienia i skruchy? No, Panie Qrwa Mocium Dzieju... Po co było tyle wyjęzyczać się o Magdalence, ówczesnym handlu w miejsce spierania się o wartości - i wystawiać się na tak oczywisty sztych?
                        "Nieszczęsny człowiek, który posiada miłość, a szuka czegoś innego".
                        "Fanatycy wolności kończą jako teoretycy policji". (N. Davila)
                        Up the Anchor!

                        Komentarz


                        • Co do problemu nr 1: osobiście bez cienia wątpliwości widzę w tekście tezę, według której w momencie kluczowym, żadnej liczącej się sile, łącznie ze środowiskiem Kaczyńskich, nie zależało bezwzględnie na naruszeniu strukturalnym post-systemu. Taki postulat środowisko to zaczęło podnosić już po utrąceniu ich z mainstreamu.

                          Jeśli chodzi o problem nr 2, to odczytuję rzeczone "pseudo-argumenty" raczej jako skrót myślowy, opisujący aktualny ciągły i niemały wzrost dynamiki w przemyśle i technologiach, ale też i choćby w polityce międzynarodowej. Być może to moja nadinterpretacja, natomiast jeśli nawet, to gdyby te zjawiska, co do których istnienia nie spodziewam się sporu, podstawić pod wywód, to uważam, że świetnie motywują postulat autora, dotyczący wartościowania "zgniłego kompromisu" wyżej niż robimy to obecnie. Poza tym nie musiałeś szukać tak daleko, jak porównanie autora do nauczycieli, którzy teraz sobie dopiero przypomnieli (a którzy, notabene mogli wcześniej nie być świadomi na jak dużo nasz budżet stać) - tak mniej więcej właśnie PC przypomniało sobie o opcji zero, co do komunizmu - przynajmniej według autora.

                          Problem 3. natomiast pojawia się w związku z tym, że autor nie posługuje się takimi pryncypiami, które kazałyby Januszowi Lewandowskiemu się zasromywać. Może dlatego, że zasromywania nie potrzebowaliśmy widzieć w przypadku Piotrowicza, czy Kryżego, czy nawet Jakubowskiej lub czasopisma, a jednak nikt z wewnątrz na nich nie pluje, kiedy mozolnie budują Polskę Solidarną. Domyślam się, że autor tyle się wyjęzyczał o Magdalence, żeby odpowiedź na sztych brzmiała np tak - "oba plemiona wspólnie dogadywały się z komuchami, którzy mordowali ludzi - niech się po prostu dogadają też teraz złodzieje z ciemnogrodem, i róbmy coś, żeby świat wyprzedzać, a nie być wyprzedzanym".
                          Nie dotykaj forum, bo cię curva zmiecie z planszy
                          -------------
                          Jedynie prawda jest ciekawa

                          Józef Mackiewicz

                          Komentarz


                          • Co do problemu nr 1: osobiście bez cienia wątpliwości widzę w tekście tezę, według której w momencie kluczowym, żadnej liczącej się sile, łącznie ze środowiskiem Kaczyńskich, nie zależało bezwzględnie na naruszeniu strukturalnym post-systemu. Taki postulat środowisko to zaczęło podnosić już po utrąceniu ich z mainstreamu.
                            No i pięknie. Oni podnoszą, a tamci nie podnoszą. I tego dotyczył mój wpis - próby zmiany zabetonowanej w Magdalence sytuacji, chociażby w traktowaniu roli państwa. Moment, w którym realnie ten i ów przejrzał na oczy, nie ma tu dla mnie żadnego znaczenia - zgodnie z wytycznymi Autora zresztą, a tyczącymi się spojrzenia na probkem z aktualnej perspektywy (logika zawsze jest aktualna). Chętnie powitam w owym gronie "oprzytomniałych" Janusza Lewandowskiego - moment nieistotny.
                            Poza tym pozostaje kwestia zdolności pełnej oceny sytuacji i konsekwencji, nawet przez insajderów, czyli w przenośnym skrócie: kto kiedy przestał traktować Wyborczą jako wiarygodne źródło. Ja np. w 89-ym dałem szansę ideałom głoszonym przez KLD. Dałem raz, bo potem widziałem wcielanie owych ideałów w życie.

                            Jeśli chodzi o problem nr 2, to odczytuję rzeczone "pseudo-argumenty" raczej jako skrót myślowy, opisujący aktualny ciągły i niemały wzrost dynamiki w przemyśle i technologiach, ale też i choćby w polityce międzynarodowej. Być może to moja nadinterpretacja, natomiast jeśli nawet, to gdyby te zjawiska, co do których istnienia nie spodziewam się sporu, podstawić pod wywód, to uważam, że świetnie motywują postulat autora, dotyczący wartościowania "zgniłego kompromisu" wyżej niż robimy to obecnie. Poza tym nie musiałeś szukać tak daleko, jak porównanie autora do nauczycieli, którzy teraz sobie dopiero przypomnieli (a którzy, notabene mogli wcześniej nie być świadomi na jak dużo nasz budżet stać) - tak mniej więcej właśnie PC przypomniało sobie o opcji zero, co do komunizmu - przynajmniej według autora.
                            Tekst jest na tyle długi, a temat zbyt poważny, aby skróty myślowe mające wpływ na jego istotę i "zdolność dowodową" były usprawiedliwione.
                            Pula kasy w post-systemie jest skończona i wymierna, więc jeśli iks uważa, że pięć stówek trzeba wydać na sprawę zet, to ygrek już tych pięciu stówek nie zobaczy, choć bardzo chciałby. Dotyczy to i 500+, i uszczelniania VAT-u, i wyprowadzania kasy ze SP, rebrandingów, usług świadczonych przez przyklejone kancelarie i agencje, iitepetede.
                            I proszę mi tu nie wyjeżdżać z nieświadomym Broniarzem, bo dopada mnie atak nagłego wzruszenia:

                            https://twitter.com/i/status/1114997755531931649

                            Problem 3. natomiast pojawia się w związku z tym, że autor nie posługuje się takimi pryncypiami, które kazałyby Januszowi Lewandowskiemu się zasromywać. Może dlatego, że zasromywania nie potrzebowaliśmy widzieć w przypadku Piotrowicza, czy Kryżego, czy nawet Jakubowskiej lub czasopisma, a jednak nikt z wewnątrz na nich nie pluje, kiedy mozolnie budują Polskę Solidarną. Domyślam się, że autor tyle się wyjęzyczał o Magdalence, żeby odpowiedź na sztych brzmiała np tak - "oba plemiona wspólnie dogadywały się z komuchami, którzy mordowali ludzi - niech się po prostu dogadają też teraz złodzieje z ciemnogrodem, i róbmy coś, żeby świat wyprzedzać, a nie być wyprzedzanym".
                            Ależ Janusz Lewandowski jest dowolnym antykaczystowskim Jedermannem - możesz wpisać tam sobie Balcerowicza i jego ucznia wraz z kochanką, Różę Thun, Boniego, Lisa, Szejnfelda. Kogokolwiek. I w tym kontekście nie interesuje mnie jego dotychczasowy życiorys.
                            Tłuścioch nie dogada się z ludożercą, a nawet gdyby próbował - byłby zwykłym idiotą. Jeśli Iks widzi państwo jako z zasady służebne wobec obywateli i dbające o ich dobro, a Ygrek - jako służebne wobec siebie, to o jakim dogadywaniu się może być mowa? Pomijam kwestię woli drugiej strony, która stawia już teraz na obstrukcyjność, bo jak tu udowadniali do tej pory, na żaden "rzeczywisty" państwowy program zwyczajnie ich nie stać, przy każdej okazji podpierali się Europą i podległością wobec Brukseli; byli i są megapragmatykami we własnej, słusznej sprawie. Taki np. 500+ był dla nich abstrakcją wprost z Księżyca. Postulaty "aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej" są fajnymi zaklęciami. Od jutra nie kłócimy się w rodzinach i żyjemy zdrowo pięćset lat. Może być? Jestem już dostatecznie fajny? Ile lajków dostanę za taką mądrość?

                            Sprawdziłem, że Szanowny Autor "stworzył, wraz z PKO Bankiem Polskim, ogólnopolską Akademię Nowoczesnego Patriotyzmu", no więc pewnym punktom Jego widzenia dziwić się raczej nie mogę.
                            "Nieszczęsny człowiek, który posiada miłość, a szuka czegoś innego".
                            "Fanatycy wolności kończą jako teoretycy policji". (N. Davila)
                            Up the Anchor!

                            Komentarz


                            • [QUOTE=bloniaq;1637793]Trochę długie, ale w sumie to ciężko to jakoś podzielić, żeby nie pominąć istotnych informacji. Trudno. Może ktoś przeczyta. Moim zdaniem warto. W najgorszym razie, do najbliższych 10 postów będzie się długo scrollować.

                              Jak dla mnie to można spuentować tak: kolejna gruba kreska ? (Niby pod płaszczykiem rozsądnych wartości ale dla mnie to taki trochę muppet)
                              „Na gruzach starego świata powstał nowy, znacznie gorszy, skażony anglosaskim cynizmem, zakłamaniem i podłością. Bez porównania więcej zła wyrządzili na świecie anglosascy mężowie stanu niż Hitler i Stalin razem wzięci. Tamci zabili ciała, ci zabili dusze milionów.” Zbigniew Blichewicz "Szczerba".

                              Komentarz


                              • Zamieszczone przez sarinosoman Zobacz posta
                                No i pięknie. Oni podnoszą, a tamci nie podnoszą. I tego dotyczył mój wpis - próby zmiany zabetonowanej w Magdalence sytuacji, chociażby w traktowaniu roli państwa. Moment, w którym realnie ten i ów przejrzał na oczy, nie ma tu dla mnie żadnego znaczenia - zgodnie z wytycznymi Autora zresztą, a tyczącymi się spojrzenia na probkem z aktualnej perspektywy (logika zawsze jest aktualna). Chętnie powitam w owym gronie "oprzytomniałych" Janusza Lewandowskiego - moment nieistotny.
                                Poza tym pozostaje kwestia zdolności pełnej oceny sytuacji i konsekwencji, nawet przez insajderów, czyli w przenośnym skrócie: kto kiedy przestał traktować Wyborczą jako wiarygodne źródło. Ja np. w 89-ym dałem szansę ideałom głoszonym przez KLD. Dałem raz, bo potem widziałem wcielanie owych ideałów w życie.
                                Zamieszczone przez sarinosoman Zobacz posta
                                Tekst jest na tyle długi, a temat zbyt poważny, aby skróty myślowe mające wpływ na jego istotę i "zdolność dowodową" były usprawiedliwione.
                                Pula kasy w post-systemie jest skończona i wymierna, więc jeśli iks uważa, że pięć stówek trzeba wydać na sprawę zet, to ygrek już tych pięciu stówek nie zobaczy, choć bardzo chciałby. Dotyczy to i 500+, i uszczelniania VAT-u, i wyprowadzania kasy ze SP, rebrandingów, usług świadczonych przez przyklejone kancelarie i agencje, iitepetede.
                                W jaki sposób zatem udało się dogadać przy Okrągłym Stole/Magdalence, skoro teraz się nie da? Czy wtedy tort był większy i dla wszystkich starczyło, a teraz bidujemy, czy jak to jest?

                                Zamieszczone przez sarinosoman Zobacz posta
                                I proszę mi tu nie wyjeżdżać z nieświadomym Broniarzem, bo dopada mnie atak nagłego wzruszenia:

                                https://twitter.com/i/status/1114997755531931649
                                Zamiast wzruszenia, zalecałbym jakiś substytut tzw. facepalmu, bo doprawdy dziwnie piszesz słowo "nauczyciele".

                                Zamieszczone przez sarinosoman Zobacz posta
                                Ależ Janusz Lewandowski jest dowolnym antykaczystowskim Jedermannem - możesz wpisać tam sobie Balcerowicza i jego ucznia wraz z kochanką, Różę Thun, Boniego, Lisa, Szejnfelda. Kogokolwiek. I w tym kontekście nie interesuje mnie jego dotychczasowy życiorys.
                                Tłuścioch nie dogada się z ludożercą, a nawet gdyby próbował - byłby zwykłym idiotą. Jeśli Iks widzi państwo jako z zasady służebne wobec obywateli i dbające o ich dobro, a Ygrek - jako służebne wobec siebie, to o jakim dogadywaniu się może być mowa? Pomijam kwestię woli drugiej strony, która stawia już teraz na obstrukcyjność, bo jak tu udowadniali do tej pory, na żaden "rzeczywisty" państwowy program zwyczajnie ich nie stać, przy każdej okazji podpierali się Europą i podległością wobec Brukseli; byli i są megapragmatykami we własnej, słusznej sprawie. Taki np. 500+ był dla nich abstrakcją wprost z Księżyca. Postulaty "aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej" są fajnymi zaklęciami. Od jutra nie kłócimy się w rodzinach i żyjemy zdrowo pięćset lat. Może być? Jestem już dostatecznie fajny? Ile lajków dostanę za taką mądrość?
                                Jestem przekonany, że pozbycie się przeświadczenia, że "racja jest najnajsza" oraz, że Lewandowski/*/Szejnfeld ma tu do nas przybyć i zamerdać ogonkiem, a wtedy zgodzimy się MOŻE, żeby razem z nami budował Solidarne Państwo, przyczyniłoby się do lepszego zrozumienia sytuacji. Otóż nie tak wyglądał Okrągły Stół, Kiszczak nie przyszedł do Kuronia Michnika i Kaczyńskiego i nie zamerdał ogonkiem - Kaczyńscy między innymi podżyrowali inny układ, dzięki któremu społeczeństwu się ogólnie rzecz biorąc poprawiło, a nie pogorszyło. A teraz jesteśmy w sytuacji, w której sytuacja zewnętrzna jest gorsza, bo wróg nie jest w odwrocie, a na świecie dużo się dzieje, nie mamy wyżu demograficznego w podstawówkach, potencjalny partner do kompromisu jest złodziejem, a nie mordercą, nie ma takich wpływów jak poprzedni, a tort wygląda mimo to bardziej obiecująco. I to właśnie teraz, kiedy wszyzstko aż się prosi o dogadanie się, Kaczyński broni opcji zero i co gorsza w imię tej opcji zadłuża nas i nasze dzieci wydając np sobie przed wyborami znaczącą (chyba 1/3) kosztów CPK na łapówkę wyborczą dla emerytów. Żeby oni chociaż byli grupą społeczną o najwyższym wskaźniku ubóstwa. Ale jest akurat odwrotnie. Aż się prosi zapytać, czy dostaną ją też SB-ecy.

                                Myślę, że oczekiwanie od wszystkich, że będą podzielać pogląd, że kompromis ze złodziejami, realizowany dla innych, wyższych celów, powinien być tam gdzie stoi PiS, jest naiwne - nie tak to działa. No i mam nadzieję, że nie sądzisz, że z jakichś innych względów, niż walka wyborcza, jest sens rozdawać tyle pieniędzy w taki sposób.


                                Zamieszczone przez sarinosoman Zobacz posta
                                Sprawdziłem, że Szanowny Autor "stworzył, wraz z PKO Bankiem Polskim, ogólnopolską Akademię Nowoczesnego Patriotyzmu", no więc pewnym punktom Jego widzenia dziwić się raczej nie mogę.
                                Agent.

                                Litości.

                                Zamieszczone przez Mieczysław Zobacz posta
                                Zamieszczone przez bloniaq Zobacz posta
                                Trochę długie, ale w sumie to ciężko to jakoś podzielić, żeby nie pominąć istotnych informacji. Trudno. Może ktoś przeczyta. Moim zdaniem warto. W najgorszym razie, do najbliższych 10 postów będzie się długo scrollować.

                                Jak dla mnie to można spuentować tak: kolejna gruba kreska ? (Niby pod płaszczykiem rozsądnych wartości ale dla mnie to taki trochę muppet)
                                No nie. Teraz to nie byłaby kolejna gruba kreska. Teraz nasi by wygrali, więc wszystko byłoby cacy. Te złowieszcze grube kreski są wtedy jak my lądujemy na aucie. Zapewniam Cię, że gdyby PiS się dogadał, to byś się cieszył ze zwycięstwa nad komuchami.
                                Ostatnio edytowany przez bloniaq; [ARG:4 UNDEFINED].
                                Nie dotykaj forum, bo cię curva zmiecie z planszy
                                -------------
                                Jedynie prawda jest ciekawa

                                Józef Mackiewicz

                                Komentarz

                                Pracuję...
                                X