Ogłoszenie

Zwiń
No announcement yet.

Polityka

Zwiń
X
 
  • Filtr
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
new posts

  • Zamieszczone przez szemrany Zobacz posta
    Przecie sa to środowiska, które wywodza się z tamtego systemu w dodatku bardzo zamkniete, wiec ta czerwona zaraza przechodzi z ojca na syna - jak w sadownictwie czy z ucznia na mistrza jak na uniwersytetach...
    Masz coś do sadowników?
    Cyt. "OFMC kradnie przechodniom rowery, robi burdy w sklepach , bije i zaczepia przechodniów!"

    Komentarz


    • Zamieszczone przez VANAHAIM72 Zobacz posta
      Masz coś do sadowników?
      Pomagali wykończyć królewnę śnieżkę, a wcześniej Adama i Ewę... Poprawiłem
      „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur. Idźcie swoją drogą, służąc jedynie Polsce, miłując tylko Polskę i nienawidząc tych, co służą obcym”

      Komentarz


      • Królewna Śnieżka była zwykłym "śpiochem" a Adam z Ewą - w pewnym sensie - pierwszymi przedstawicielami antropocentryzmu bezbożnego. Jednym słowem: należało się!
        Cyt. "OFMC kradnie przechodniom rowery, robi burdy w sklepach , bije i zaczepia przechodniów!"

        Komentarz


        • Zamieszczone przez VANAHAIM72 Zobacz posta
          Królewna Śnieżka była zwykłym "śpiochem" a Adam z Ewą - w pewnym sensie - pierwszymi przedstawicielami antropocentryzmu bezbożnego. Jednym słowem: należało się!


          Wreszcie po trzech dniach jakiś inteligentny post na forum.
          "Lecz przyjdą czasy, że te kutasy będą przed nami na baczność stać,
          Ręka nie zadrży jak liść osiki, gdy będziem w głupie mordy prać.
          Więc pijmy zdrowie szwoleżerowie niech smutki zginą w rozbitym szkle,
          Gdy nas nie będzie nikt się nie dowie czy dobrze było nam czy źle.
          "
          Janusz Waluś - czekaMY!

          Komentarz


          • A ten?
            http://forum.legionisci.com/showpost...&postcount=291
            "Jest tej najlepszej firmy. Wart jest bardzo dużo. Ma ekran komputerowy i jak się kręci pedałami, to wyskakują cyfry"

            Komentarz



            • My ludzkie bydło, ludzki gnój, z suteren i poddaszy, my chcemy herb mieć swój, na zgubę wrogom naszym.

              Komentarz


              • Jacek Rostowski, na antenie TOK FM, ostrzega przed przyszłą koalicją PIS z SLD. Przypomina bowiem wyniki gospodarcze obu partii. "Przypomniałem Polakom, że za czasów SLD bezrobocie średnio wynosiło 19,1 proc. A za naszych rządów 8,6 proc. To nie jest tak, że to był jakiś dopust boży. Oni po prostu źle rządzili" - twierdzi minister finansów.
                można też powiedzieć, że i za sld i za po stopa bezrobocia wzrosła o ok 5 pkt procentowych w ciągu 3-4 lat rządzenia (obecnie wynosi ponad 13 %, podczas gdy na początku rządów po/psl wynosiło ok. 8 %)

                osiągnięcia mają zatem takie same, więc i wytłuszczone zdanie pasuje jak ulał zarówno do tych jak i tamtych rządów
                "No pasaran!" ???

                HEMOS PASADO !!!

                Komentarz


                • PełO to już idzie na totalny rympał.

                  Łgają opór i idą w zaparte.Mają świadomość kto stawia krzyżyki przy ich nazwiskach.

                  Komentarz


                  • Śmiej się, Lisie. Jest z czego
                    Rafał Ziemkiewicz 28-04-2011, ostatnia aktualizacja 28-04-2011 12:19

                    Redaktor Tomasz Lis na gościnnej antenie radia Tok FM zaapelował do społeczeństwa - a co najmniej jego najlepszych przedstawicieli, skupionych w tzw. Salonie - żeby się śmiało.

                    Konkretnie, żeby śmiało się z opozycyjnych dziennikarzy i publicystów oraz z antyrządowych protestów i manifestacji.

                    I to jest, muszę przyznać, wyzwanie.

                    Bo śmiać się z rządu może nie jest bezpiecznie (Rysiek Makowski, ten od piosenki „Platforma cię kocha", mógłby coś niecoś na ten temat opowiedzieć) − ale, przyznać trzeba, satysfakcja żadna. To po prostu zbyt łatwe.

                    Śmiać się z premiera-kłamczuszka, który publicznie twierdzi, że taki czy inny dokument istnieje, a tydzień później jego własna kancelaria odpowiada oficjalnie, na piśmie, że nie istnienie i nigdy nie istniał? Z szefa państwa, który z rozbrajającą szczerością przyznaje się, że Rosjanie wozili go jak worek z pocztą, a jak już dowieźli, to on nie pamięta, jak się z nimi umawiał, dlaczego nie na piśmie, i kto mu podpowiedział, że rządowy samolot można pośmiertnie uznać za cywilny i zastosować konwencję chicagowską, ani w ogóle kto, kiedy i jak te wszystkie decyzje za niego podjął?

                    Śmiać się z ministra spraw zagranicznych, który przez pół roku wie, że jest problem z pamiątkową tablicą, ale boi się o tym porozmawiać z Rosjanami, pewnie żeby go nie opierniczyli, boi się o tym powiedzieć własnym szefom i prezydentowi, żeby się nie zdenerwowali, i w ogóle boi się zrobić cokolwiek, bo, jak sam potem tłumaczy, by go Kaczyński nazwał zdrajcą. A jak w końcu sprawa wybucha w sposób najgorszy z możliwych, to w ogóle znika i tylko nadaje na opozycję na Twitterze?

                    Śmiać się z pani minister, która od trzech lat nie może urodzić ustawy reformującej służbę zdrowia, i w końcu potrafi przynieść do Sejmu tylko to, przypadkiem zapewne, czego domagał się od dawna oligarcha zarabiający na podróbkach leków? Z jej opowieści, jak osobiście brała udział w sekcjach zwłok, które odnalezione zostały dopiero następnego dnia, i jak przekopywała i przesiewała ziemię pod Smoleńskiem „na metr w głąb"?

                    Może niektórych nie bawi czarny humor − no to dobrze, weźmy inną minister, która od trzech lat bezskutecznie rodzi ustawę antykorupcyjną, tak intensywnie udzielając wywiadów o swej „prawdziwej walce z korupcją" i biorąc udział w tylu sesjach zdjęciowych, że przez cały ten czas zdołała wytropić tylko dorsza?

                    Albo taka pani prezydent Warszawy, która potrzebowała dwóch lat, żeby zdecydować, że jednak blaszany barak w centrum miasta nie szpeci, jeśli zamiast obrzydliwych handlarzy prywaciarzy będą w nim siedzieć urzędnicy? I której straż miejska myli się to z MPO, to znowu w prywatnym wojskiem, które może sobie a to „posyłać do ochrony" zajmujących bezprawnie pas ruchu pielęgniarek, a to do bicia wspomnianych kupców, a to do rozrzucania kwiatów i zniczy?

                    Czuję się, doprawdy, pisząc o nich, jakbym kpił z niepełnosprawnego.

                    Nawiasem mówiąc, zwracam uwagę wszystkim zwolenniczkom „parytetu", jak twórczo wykorzystał ich zaangażowanie pan premier. Usuwając po kolei z otoczenia ludzi z jako takim charakterem i głową, nie zastępuje ich, jak jego rywal, brzydkimi Suskimi czy Kuchcińskimi, tylko oddanymi mu bezgranicznie paniami, o kompetencjach, inteligencji i samodzielności wyżej wspomnianych. Jesteście pewne, że właśnie o to wam chodziło z tym równouprawnieniem?

                    Ale z kolei naśmiewać się, na przykład, z autorytetów prorządowych – też niezbyt... Ufajdaną starość, sklerozę i demencję chroni wszak w naszej kulturze tabu, którego konserwatyście nie godzi się łamać − a jak go można nie złamać, skoro w opiewającym rządy Tuska salonie za przedstawicieli młodzieży robią Kora Jackowska i Zbigniew „włosy me to symbol pokolenia" Hołdys?

                    No, to może przynajmniej ze wspomnianego Hołdysa? Z jego hamletowskiego dylematu, być we „Wprost" albo nie być, czyli jak jednocześnie zrobić z siebie męczennika, opluć współczujących i zachować posadę? Też nie idzie; to tandeta, śmiać się z kogoś takiego, kto sam własnej śmieszności dostrzec nie jest w stanie. Z człowieka, który z zawodu jest „byłym", i który nie rozumie, że nazywając publicznie kogoś ordynarnym słowem nie mówi niczego o tym, kogo nazywa, ale wyłącznie o sobie samym.

                    Z czego tu śmiać się na warszawskim bruku... Jakoś tak wychodzi, że najlepszym kandydatem jest jednak sam wzywający nas do śmiechu Lis. Choć i w nim nie ma nic oryginalnego. Cytowałem tu już kiedyś piosenkę Dziennikarza z operetki Wojciecha Młynarskiego „Cień": „Ja się uwielbiam podobać publiczności / ja bez sukcesów czuję pleców ból / ja niezależnie od okoliczności / grać muszę najatrakcyjniejszą z ról / Mój światopogląd, fryzurę, pantalony / za radą mody zmieniam raz po raz / bo ja nie znoszę być nie zauważony / ja muszę ciągle być na ustach mas". Każdy by przysiągł, że to o Tomaszu Lisie (a w refrenie jest jeszcze o tym, jak „słynąć z odwagi i ostrości / a jednocześnie być pieszczochem władz") – a to tekst z czasów, kiedy nikt jeszcze o nim nie słyszał nawet w Zielonej Górze. I śmiech człowiekowi na ustach zamiera, bo sobie uświadamia, że przecież ma do czynienia z kompletnym banałem, że takie miglance wdzięczące się do salonów władzy były, są, i będą zawsze, choć może doczekamy jeszcze czasów, kiedy nie będzie to dawało aż takich profitów.

                    No ale Lis przecież z siebie się śmiać nie może, to potrafią tylko nieliczni. Nie zauważa śmieszności w fakcie, że nadyma się od miesięcy, jaki to odniósł sukces, przejmując tygodnik może podupadły, ale o wyrobionej marce, i zapełniając go Hołdysami. A tu tymczasem można zajrzeć w branżowych serwisach do tabelki z audytu Związku Kontroli Dystrybucji Prasy, jak od czasu przejęcia „Wprost" z miesiąca na miesiąc coraz bardziej intensywnie „pompował" oficjalne wyniki rozpowszechniania (w październiku i listopadzie 2010, jak z niej wynika, podawane wyniki zawyżano o 15 900 egzemplarzy, ciekawe jak dalej). Tak sobie znakomicie radzący z mamieniem reklamodawców wydawca tygodnika ma już też na koncie grzywnę nałożoną niedawno przez Komisję Nadzoru Finansowego za podawanie fałszywych wyników finansowych wydającej tygodnik spółki. A kierowana przez telewizyjnego gwiazdora redakcja w jednym tylko świątecznym numerze zdołała pomieścić 11 materiałów krytykujących PiS i Jarosława Kaczyńskiego, za to usunęła pośpiesznie z numeru i strony internetowej wywiad z generałem Petelickim, kiedy go poniewczasie przeczytała i zauważyła informację stawiającą w fatalnym świetle Ukochanego Przywódcę. W świetle tej wiedzy prawo Tomasza Lisa do przemawiania z wyżyn moralnego autorytetu i wyrokowania, kogo w Polsce należy wyśmiewać, staje się oczywiste.

                    Dla porządku więc, kto by się chciał pośmiać, informuję, że zdaniem „najlepszego polskiego dziennikarza" (jak go po koleżeńsku nazywa Jacek Żakowski) śmiać się należy z a) „namiociarzy" b) braci Karnowskich c) Ziemkiewicza. Co jest śmiesznego w protestowaniu przeciwko tak dobrej władzy i w byciu bliźniakami wszyscy wiedzą. Co zaś do mojego miejsca na podium, to Lis wyjaśnił, że kiedy jeździł po księgarniach Świata Książki, promując swoją książkę, zawsze mu opowiadano, że kiedy ja tam byłem ze swoją, to zachwalałem swoją książkę, że jest dobra i warta kupienia. Lisa to ma prawo bawić, jeśli on, jak wnoszę, promuje się informując uczciwie, zgodnie z prawdą, że jego książki kupna ani przeczytania warte nie są − co zresztą wyjaśnia, dlaczego tyle ich na stoiskach z przecenami.

                    Ale moją uwagę zwróciło co innego. Otóż, przyznam, jak od tylu lat jeżdżę ze spotkaniami po Polsce, a jeżdżę naprawdę dużo, nigdy jeszcze nie przyszło mi do głowy spytać: „a czy był tu u was Tomasz Lis? I co mówił?" I nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś z organizatorów czy publiczności sam z siebie odczuł potrzebę poinformowania mnie o tym. Naprawdę, na żadnym ze spotkań autorskich w księgarniach, megastorach, domach kultury czy rozmaitych klubach ani razu jeszcze mi się nie zdarzyło rozmawiać o Lisie. A Lis, jak sam zapewnił, o mnie rozmawiał na każdym.

                    Może nie żebym aż parsknął śmiechem, ale faktycznie − uśmiechnąłem się na tę wieść. Więc może nie taki, o jaki mu chodziło, ale jakiś skutek swą tyradą redaktor Lis osiągnął.
                    http://www.rp.pl/artykul/2,649989.html
                    My ludzkie bydło, ludzki gnój, z suteren i poddaszy, my chcemy herb mieć swój, na zgubę wrogom naszym.

                    Komentarz


                    • "Polskiej demokracji nie zagraża Kaczyński, tylko Polactwo"

                      - Jesienią możemy mieć kampanię, jakiej dotąd nie oglądaliśmy. Ale i tak dzisiejszy podział polityczny jest jałowy, bo politycy nie rozwiązują najważniejszych problemów kraju. Te problemy narastają i jeśli zmaterializują się w formie kryzysu np. energetycznego, to najważniejsze podmioty dzisiejszej sceny politycznej mogą z niej zostać po prostu wymiecione. Oby wielka zmiana, do której polska polityka dojrzewa, dokonała się ewolucyjnie – mówi prof. Antoni Dudek* w drugiej części wywiadu dla Onet.pl.

                      Z prof. Antonim Dudkiem rozmawia Mateusz Zimmerman:

                      Podział na stronę pro- i anty-PiS-owską konstytuuje dziś polską scenę polityczną. Pan twierdzi, że ten podział jest jałowy i wyłącznie symboliczny. Czy to znaczy, że nie odzwierciedla realnych różnic społecznych?

                      Jest realny w tym sensie, że faktycznie mamy do czynienia ze sporem mniej więcej trzech czwartych aktywnego obywatelsko społeczeństwa z ok. jedną czwartą. PR-owcy nie wyssali z palca tego, że mamy w Polsce kilka milionów ludzi, którzy czują się tu wyobcowani, zmarginalizowani. Ale warto zastrzec, że ten konflikt dotyczy tylko Polaków zaangażowanych w sprawy polityczne, przynajmniej w tym znaczeniu, że uczestniczą w wyborach.

                      Dlaczego warto to zastrzec?

                      Bo w polskim społeczeństwie funkcjonuje jeszcze inny, szerszy podział. Ci aktywni politycznie to mniej więcej połowa obywateli. I jest też druga połowa, której spór między PiS a PO czy jakikolwiek inny w ogóle nie obchodzi, są poza nim. Czy rządzi Komorowski, czy Kaczyński, czy Pawlak – ich to nie interesuje.

                      Przed wojną w spisach powszechnych pojawiała się taka kategoria: "tutejszy". Tak odpowiadali z reguły niektórzy chłopi na Kresach Wschodnich, zapytani przez rachmistrzów o przynależność narodową. Dzisiaj w Polsce mamy "tutejszych", których po prostu obchodzi nic albo niewiele. Rafał Ziemkiewicz użył wobec nich określenia "Polactwo" – uważam je za bardzo celne.

                      Wróćmy więc do podziału politycznego i społecznego wśród tych Polaków, dla których on ma znaczenie. Co jest w nim jałowego?

                      Nie prowadzi do żadnego finału, który rozumiem jako powstanie jakiegoś pola porozumienia. Konflikt jest rozgrywany i rozkręcany zgodnie z zasadą: wszystko albo nic. Czyli np. w wizji Jarosława Kaczyńskiego nie chodzi tylko o to, by wygrać wybory, ale o to, by przywódcy Platformy trafili przed trybunały i zostali osądzeni. Nie chcę "wchodzić w głowę" Kaczyńskiego i spekulować, czy może tylko tak mówi, a myśli inaczej. Ale obok niego jest masa ludzi, którzy myślą właśnie w taki sposób – i to również jest istotne.

                      Smoleńsk wzmocnił ten jałowy podział, a najbliższe wybory nic w nim nie rozstrzygną, choć może dojść do pewnego przesilenia. Uwaga opinii publicznej będzie skoncentrowana wciąż na tym konflikcie, zamiast na bardzo poważnych problemach kraju. Infrastruktura, szkolnictwo, służba zdrowia, dług publiczny, gospodarka – to są tematy uboczne, bo opinia publiczna jest zapatrzona w to, co się dzieje pod Pałacem.

                      Odpowiadają za to obie strony sporu?

                      To środowisko PiS czyni z tego temat numer jeden, natomiast druga strona odpowiada na to w sposób zupełnie niezrozumiały, próbując odwrócić od tematu publiczną uwagę. Stąd posunięcia tak idiotyczne jak np. sprzątanie zniczy spod Pałacu, czy opór przed postawieniem w centrum Warszawy pomnika poświęconego ofiarom katastrofy.

                      To czasem przypomina spór dwóch zacietrzewionych przedszkolaków, z których żaden nie chce ustąpić.

                      Powiedział Pan niedawno, że jesienna kampania wyborcza może przebić ostrością wszystkie, które widzieliśmy w ostatnich latach. Do jakich rozmiarów może zostać zaostrzony konflikt? Pytam o to zwłaszcza w kontekście zabójstwa Marka Rosiaka w łódzkim biurze PiS.

                      Ciągle mam nadzieję, że tamto morderstwo jest anomalią, a nie objawem tendencji. Z tego punktu widzenia za korzystne uważam – paradoksalnie – rocznicowe obchody 10 kwietnia. Spodziewałem się dużo poważniejszych ekscesów – nie doszło do nich. Po zabójstwie w Łodzi miałem obawę, czy nie pojawi się w czyjejś głowie pomysł powołania bojówek partyjnych, pod hasłem "państwo nas nie broni – musimy się bronić sami". To byłby powrót do złej międzywojennej tradycji w polskiej polityce, ale nic takiego się nie stało. Wciąż istnieje na szczęście po obu stronach pewna zdolność do samoograniczenia.

                      Skąd więc obawa o to, co się będzie działo w jesiennej kampanii?

                      Istnieją dwie interpretacje przedwyborczych posunięć Jarosława Kaczyńskiego. Jedna z nich mówi, że PiS liczy na zwycięstwo w dopiero następnych wyborach i teraz co najwyżej zwiera szeregi wokół przywódcy. To by znaczyło, że Kaczyński szykuje się do "długiego marszu" i jesienią nie będzie walczyć na śmierć i życie.

                      Ale moja obawa wynika z tego, że podzielam odmienną interpretację. Dla Kaczyńskiego to te wybory są ostatnią szansą na odzyskanie władzy. Jeśli PO, po swoim ewentualnym zwycięstwie, poszłaby dalej w obcinaniu dotacji na partie polityczne, to mógłby nastąpić szybki koniec Prawa i Sprawiedliwości, które bez tych dotacji nie przetrwa jako licząca się partia. Kaczyński w związku z tym może teraz rzucić do walki absolutnie wszystkie siły. Przy takim scenariuszu będziemy mieć kampanię, jakiej dotąd nie oglądaliśmy.

                      "To nie jest nasze państwo" – mówią dzisiaj zwolennicy Kaczyńskiego. W Pańskiej "Historii politycznej Polski 1989-2005" przewijała się z kolei obserwacja, że istnieje w Polsce duży potencjał niezgody na porządek demokratyczny w ogóle. Jak się do tego ma bunt, który się dziś rozwija pod auspicjami PiS? Należy jedno z drugim łączyć?

                      Sprowadzanie głównego zagrożenia dla demokracji w Polsce do PiS uważam za demagogię. Jarosław Kaczyński w Polsce już rządził i nie podzielam najbardziej histerycznych ocen tego okresu, mówiących o "pełzającym autorytaryzmie". Polska nie zamieni się w dyktaturę, nawet jeśli PiS jesienią wygra wybory.

                      Jeśli więc to zagrożenie gdzieś tkwi, to w czym go należy upatrywać?

                      Właśnie we wspomnianym "Polactwie", które dziś się niczym nie interesuje, bo po prostu żyje mu się dobrze – niezależnie od powszechnego w Polsce narzekania. Ale któregoś dnia "Polactwo" może stwierdzić, że żyje mu się gorzej. I z zupełnie socjalnych pobudek odda władzę komuś, kto już potem niekoniecznie będzie ją chciał oddać.

                      Z różnych badań, robionych w Polsce przez ostatnie 20 lat, wynika że 30-50 proc. badanych byłoby gotowych poprzeć władzę autorytarną. Swobody polityczne są dla tej grupy wtórne wobec np. bezpieczeństwa socjalnego. To bez wątpienia jest groźne, ale nie dotyczy przede wszystkim PiS.

                      Nie dostrzega Pan w tej partii tendencji antydemokratycznych?

                      Problemem mogą być ci politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy uznają, że Kaczyński jest za mało skuteczny.

                      Ale nie widzę zagrożenia w samym Jarosławie Kaczyńskim, bo uważam go za polityka rozumiejącego, mimo trudnego charakteru, wartość demokracji. Ma on za to wyjątkowy dar do niefortunnych wypowiedzi, które temu zaprzeczają. Podczas własnych rządów wspomniał, że razem z bratem mogą wymyślić coś takiego, że nie będą się musieli władzą dzielić… Czegoś takiego, nawet żartem, polityk w demokracji nie może powiedzieć!

                      Porównywanie dziś PiS do przedwojennej endecji wciąż uważam za grube nadużycie, ale rzeczywiście może zadziałać mechanizm podobny do ówczesnego. A więc np. po wyborach wygranych przez Platformę ktoś w PiS powie: przegraliśmy, bo Kaczyński był za słaby i czas na założenie nowej partii – nie takiej jak PJN, tylko czegoś dokładnie przeciwnego, bardziej radykalnego. Na tej zasadzie w latach 30. ze Stronnictwa Narodowego wyłonił się ONR, który otwarcie dążył do zaprowadzenia dyktatury nacjonalistycznej w miejsce sanacyjnej.

                      Ale to musiałoby się odbyć na gruncie napięć dużo poważniejszych niż te wokół Smoleńska, np. poważnego kryzysu ekonomicznego.

                      Skoro o kryzysie mowa - jak długo może bez niego trwać ten państwowy bałagan, o którym Pan wspominał?

                      Moim zdaniem problemy związane z niewydolnością państwa narastają. Mam hipotezę, że punkt zapalny leży w systemie energetycznym. Mówiąc ściślej: pewnego dnia w którejś ze starych, wysłużonych polskich elektrowni strzeli blok energetyczny. Nie z powodu sabotażu, nie z powodu czyjejś nieodpowiedzialności, tylko z najzwyklejszego zmęczenia materiału. To może być początek reakcji łańcuchowej, bo energii pewnie też nie będziemy w stanie importować – system przesyłania prądu jest w jeszcze bardziej opłakanym stanie niż same elektrownie.

                      Jaki byłby skutek?

                      Powtórka z późnego PRL, czyli tzw. 10. stopień zasilania. Młodzi tego nie pamiętają, więc wyjaśnię, że chodzi o lokalne i czasowe wstrzymywanie dostaw prądu. Oczywiście mowa o odbiorcach indywidualnych, bo wielkie zakłady przemysłowe dotknie to w pierwszej kolejności. Współczuję rządowi, który będzie wtedy u władzy – bo to może być moment, w którym Polacy spojrzą swojemu państwu głęboko w oczy i zaczną szukać winnych.

                      Mam obawę, że kiedy zmaterializują się takie problemy jak kryzys energetyczny albo finansowy, dotąd chowany pod dywan, to główne podmioty naszej dzisiejszej sceny politycznej zostaną z niej po prostu zmiecione. Czołowi polscy politycy nie rozwiązują bowiem narastających problemów kraju, a dynamika, jaką uzyskaliśmy po wejściu do UE, powoli się wyczerpuje. Dlatego uważam, że polska polityka dojrzewa do wielkiej zmiany. Oby ona się dokonywała ewolucyjnie.

                      Może być inaczej?

                      Nie są nierealne wybory, w których wygra ktoś zupełnie dzisiaj nieznany. I np. zgarnie większość konstytucyjną, pozostawiając na scenie co najwyżej niedobitki PiS i PO. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to jakiś populistyczny, antydemokratyczny ruch "Polactwa", choć i tego bym nie wykluczył.

                      Ta diagnoza może być oczywiście błędna, a konieczność generalnej wymiany polityków nie musi się dziś wydawać wyraźna. Z jednego powodu: na razie, mimo wszystkich problemów o których mówimy, kondycja kraju wydaje się niezła. Kilka państw w Europie ma dużo poważniejsze problemy gospodarcze, pociągi też w Polsce jeszcze jeżdżą – można sądzić, że wszystko "jakoś" się trzyma.

                      Ważne, by znikli ministrowie-partacze, a pojawili się tacy, którzy będą w stanie naprawdę kontrolować swoje resorty.

                      A kto je dzisiaj kontroluje?

                      Wielu ludzi ulega złudzeniu, że politycy. Ja od wielu lat głoszę tezę, że Polską rządzą w istocie urzędnicy średniego szczebla, którzy się nie zmieniają wraz ze zmianą władzy. Podkreślając to nie wzywam do masowych czystek w ministerstwach po każdych wyborach, tylko do tego, by partie polityczne zaczęły inwestować – w think tanki, w ludzi gotowych do zajmowania stanowisk średniego szczebla w najróżniejszych urzędach.

                      Dopóki to się nie stanie, dopóty partie będą mieć iluzję rządzenia. Nie jest sztuką zostać ministrem, sztuką jest realnie kontrolować ministerstwo.

                      Do porażki z urzędnikami premier Tusk sam się niedawno przyznał.

                      Ostatni moment, w którym polski aparat urzędniczy był gotów na ustępstwa – oczywiście ze strachu przed czystkami – to był początek lat 90. Potem było już tylko trudniej. Wystarczy np. poczytać wspomnienia Kuronia o tym, jak bohatersko "zdobywał" Ministerstwo Pracy.

                      Przykład Tuska to kwintesencja. Tak wygląda bezradność premiera, za którym stoi większościowy rząd, wobec machiny biurokratycznej. Ten niegdyś liberalny polityk mówił, że nie dopuści do rozrostu machiny państwowej. Potem bohatersko ogłaszał, że redukuje administrację o 10 proc., czyli mniej więcej o tyle, o ile ona urosła już w czasach jego rządów. Dzisiaj przyznaje, że i tego nie jest w stanie zrobić.

                      Jeśli premier nie jest w stanie, to kto jest?
                      źródło: ł-onet.pl

                      Ciekawy wywiad z Antonim Dudkiem


                      UB, SB, FB - co następne?

                      Komentarz


                      • Nikt nie jara się koalicją PiS z SLD, mimo, że media bębnią o takowej ?
                        "Lecz przyjdą czasy, że te kutasy będą przed nami na baczność stać,
                        Ręka nie zadrży jak liść osiki, gdy będziem w głupie mordy prać.
                        Więc pijmy zdrowie szwoleżerowie niech smutki zginą w rozbitym szkle,
                        Gdy nas nie będzie nikt się nie dowie czy dobrze było nam czy źle.
                        "
                        Janusz Waluś - czekaMY!

                        Komentarz


                        • Zamieszczone przez Jaco Zobacz posta
                          Nikt nie jara się koalicją PiS z SLD, mimo, że media bębnią o takowej ?
                          O ślubie księcia Williama media tez bębnią. ;D

                          Świetne:

                          Warzecha: Z pamiętnika Donalda Tuska.

                          Poniedziałek

                          Kaczora nienawidzę!!! Nigdy mu nie zapomnę, jak agresywnie milczał po katastrofie. Przez to milczenie musieliśmy się strasznie namęczyć, żeby Bronek wygrał, a i tak się teraz okazuje, że trzeba było postawić na Radka, bo Bronek ma jakieś fanaberie. Wszystko wina Kaczora.

                          A teraz to samo. Przecież tak mieliśmy całą kampanię ładnie ustawioną: Kaczor na Krakowskim w rocznicę podjudza tłumy, tłum rusza się naparzać ze strażą, zdobywa Pałac Prezydencki i linczuje przechodzącą akurat przypadkowo Monikę Olejnik. Mamy pretekst, żeby wprowadzić stan wyjątkowy, a wybory wygrywamy w cuglach.

                          A ten wredny kurdupel co? Niby tam coś powiedział, ale w trzech miejscach, więc wszystko się rozmyło, a jak już tłum spod katedry miał ruszać na Krakowskie i taki był cudownie wściekły (posłaliśmy, kogo trzeba między ludzi), to ten wyciągnął jakiegoś księżula, a księżulo zaczął odmawiać różaniec i d... z tego wyszła, bo emocje się rozlazły. A jeszcze jakieś babcie pobiły parasolkami naszego tajniaka, co pokrzykiwał, żeby iść na Belweder. Że niby prowokator. Jasne, że prowokator, ale to jeszcze nie powód, żeby bić człowieka.

                          Wtorek

                          Miałem kolejną naradę z tym Sikhem. Dziwny jakiś, BOR go nie chciał wpuścić w turbanie, musiałem Grasia posłać, żeby go wprowadził. Rozłożył kadzidełka, odmawiał mantry, potem włączył pałerpointa i pokazywał jakieś schematy. Nic z tego nie rozumiałem, ale jakoś głupio było spytać, bo Graś siedział obok, cały czas kiwał głową i powtarzał „yes, yes", że niby wszystko pojmuje. Może jemu też było głupio się przyznać, że siedzi jak na tureckim kazaniu?

                          Środa

                          Narada z intelektualistami, celebrytami i publicystami. Oficjalnie to niby takie spotkanie z premierem dla elity, ale wiadomo: trzeba zaplanować najbliższe miesiące. Kaczor nadal złośliwie nie chce współpracować, więc musimy podkręcić sytuację.

                          Ale jak ich słucham, to zaczynam się bać. Niektórzy z nich to kompletnie nie czują blusa. Nawet ja wiem, że trzeba się trochę na Ruskich oficjalnie poboczyć, a tu nagle ten cały Wajda wyskakuje, żebym 9 maja zainaugurował budowę mauzoleum Armii Czerwonej na Placu Defilad. Meller zaoferował, że zaprosi Kaczora do swojego programu, a tam poszczuje go Środą, Michalskim, Jastrunem i Hołdysem. Przecież to wszystko idioci (może poza Michalskim, ten to psychiczny jakiś), czy Meller nie rozumie, że Kaczor by ich zjadł na to „Śniadanie Mistrzów"? Potem, jak Bratkowski zaczął coś pokrzykiwać o faszyzmie, to wyszedłem. Nawet nie zauważyli, tak byli nakręceni.

                          Czwartek

                          Zabiję Ostachowicza!!! Od razu wydawało mi się podejrzane, że jakoś ostatnio zniknął i nie widziałem go od trzech dni. Teraz się wydało. Arabski wdrożył śledztwo, ale zanim je skończył, nasi wrogowie ogłosili, że ten cały Sikh wcale nie robił dla Obamy. To jakiś Dyzma, podobno po farmacji. Ciekawe, jak ja się teraz wytłumaczę z tego rachunku dla niego na pięćset patyków zielonych.

                          A kto go wynalazł? Igorek oczywiście. Wredny plan: podstawić mi Sikha-Dyzmę, żeby się podłożył, a ja potem dojdę do wniosku, że Ostachowicz jest jednak niezastąpiony. Najgorsze, że faktycznie na to wychodzi. Boże, jak mnie męczy to rządzenie!

                          Piątek

                          Zamówiłem rządówkę już na 12. Człowiek się męczy cały tydzień, to może chyba wcześniej wrócić do domu. Jak sobie popatrzę z góry na ten kraj, to od razu jakoś się tak lżej robi.

                          Pogoda ładna się zrobiła, prosto z lotniska pojechałem pograć z kumplami w gałę. Premier musi być w formie, a co!
                          From flood into the fire
                          One thousand voices sing
                          We're in this together
                          For whatever fate may bring

                          Komentarz


                          • Dzisiejsze dokonania koalicji PO - PSL - PJN:

                            http://infohoryzont.pl/n,758,2,po-ps...obce-rece.html
                            From flood into the fire
                            One thousand voices sing
                            We're in this together
                            For whatever fate may bring

                            Komentarz


                            • Zamieszczone przez Mazurek
                              Baton papieski

                              Skoro to beatyfikacja, to może rzeczywiście spadkobiercom Jana Pawła II przyjrzeć się warto? Tym bardziej że dodatek do „Wyborczej” bardzo plastycznie ich przedstawia. Wychodzi na to, że całe to, panie, pokolenie JP2 to geje, rozpustnicy i kremówkożercy.

                              Znęcanie się nad występującymi w artykule młodymi ludźmi sensu nie ma, ale zadumać się można. Na przykład nad Marzeną z Jeleniej Góry, którą razi najeżdżanie na księży czy jedzenie batonów w Wielki Post, ale już nie aborcja czy in vitro. Ktoś to sumienie pani Marzenie ukształtował, ktoś mógłby więc spróbować jej wytłumaczyć, że jednak czym innym jest aborcja, a czym innym antykoncepcja czy wsuwanie słodyczy.

                              Mógłby się tego podjąć pewien emerytowany biskup. Ale nie, prawda, on nie ma czasu. Odkąd zaczął dzielić się przemyśleniami na temat Kaczyńskiego żyjącego i Kaczyńskich z Wawelu, odkąd stał się największym autorytetem od żałoby i monumentów, odkąd wreszcie uznał, że krzyż to znak ludzi małostkowych i podłych, to doprawdy czasu na nic nie ma, bo cięgiem podejmować musi media. Nie, nie mieszanie się w politykę ani wspieranie jakiejś partii tylko duszpasterstwo. Tak, dusz-pas-ter-stwo. Tak się teraz działalność biskupa emeryta nazywa.

                              No dobrze, to może pani Marzenie pomógłby, tak z drugiej mańki, charyzmatyczny kaznodzieja radiowy z Torunia? A nie, on nie może, on się geotermią para. To może warszawski celebryta telewizyjny, ksiądz z zawodu, dyrektor z powołania, albo odwrotnie? Pani Marzeno, zainteresowała go pani historia, ale najbliższy wolny lunch może zjeść w marcu 2016. To post będzie, więc może sushi? To jak, zapisać w kalendarzu, sekretarka oddzwoni?

                              A któryś z czcigodnych ojców dominikanów, tylko się spieszyć trzeba, póki habitów nie zrzucili? Przepraszam, pani Marzeno, oni mają dożywotni abonament na występy u Tomasza Lisa i kpinki z pani pokolenia, więc może to nie najlepszy pomysł. Od razu też dodam, że jezuita psychoterapeuta z krakowskiego tygodnika, kolejny ekspert od Kaczyńskiego, również zapracowany.

                              Pani Marzeno, no trudno, może innym razem. Ale sama pani rozumie, larum grają, ojczyzna w niebezpieczeństwie, PiS ante portas, to i pani sumienie poczekać musi. Kler ma tą całą ewangelizacją ręce po łokcie urobione.
                              http://blog.rp.pl/mazurek/2011/04/28/baton-papieski/

                              Zamieszczone przez T. Brochwic
                              Partia używająca nazwy PJN wciąż niezarejestrowana

                              Wbrew rozlicznym doniesieniom w prasie i internecie (onet.pl, portal tygodnika „Polityka”), partia rozłamowców z PiS, używająca nazwy PJN, zarejestrowanej 9 grudnia 2010 jako nazwa Stowarzyszenia „Polska Jest Najważniejsza”, nie jest zarejestrowana przez sąd.

                              http://wiadomosci.onet.pl/kraj/sad-w...wiadomosc.html

                              http://www.polityka.pl/kraj/1514288,...#ixzz1HbpBibBA

                              Z Wydziału Cywilnego Rejestrowego sądu w Warszawie otrzymaliśmy zawiadomienie, że 13 kwietnia b.r. sąd ten postanowił dopuścić nasze Stowarzyszenie do udziału w rozprawie, dotyczącej wpisania partii politycznej PJN do ewidencji partii politycznych.
                              A więc nie tylko było kłamstwo założycielskie, ale kolejne doniesienia okazały się nieprawdą.
                              Sąd jeszcze zatem nie podjął decyzji i wziął pod uwagę nasze zastrzeżenia.
                              http://tbochwic.salon24.pl/302204,pa...zarejestrowana


                              I niespodzianka - oferta PO dla osób chcących dorobić na komentach w necie:

                              http://wpolityce.pl/view/11048/Od_cz...entarzy__.html
                              Ostatnio edytowany przez Foxx; [ARG:4 UNDEFINED].
                              My ludzkie bydło, ludzki gnój, z suteren i poddaszy, my chcemy herb mieć swój, na zgubę wrogom naszym.

                              Komentarz


                              • Zamieszczone przez Foxx Zobacz posta


                                I niespodzianka - oferta PO dla osób chcących dorobić na komentach w necie:

                                http://wpolityce.pl/view/11048/Od_cz...entarzy__.html
                                nie kwestionuję tego, że tak mniej więcej to wygląda, ale treść tej oferty (szczególnie drugi akapit ) a już zwłaszcza adres mailowy z wsi wskazuje, że to raczej dowcip

                                znaczną masę komów o treści opisanej w tym ogłoszeniu w necie zamieszczali/ją "działacze" młodzieżówki - non profit ( tzn. non profit w takim sensie, że nie dostają za to gotówki, bo inne profity z tego oczywiście są ), robili/ą to oczywiście na wyraźne polecenie i byli/są z tego rozliczani
                                "No pasaran!" ???

                                HEMOS PASADO !!!

                                Komentarz

                                Pracuję...
                                X