Ogłoszenie

Zwiń
No announcement yet.

Polityka

Zwiń
X
 
  • Filtr
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
new posts

  • Ukraińska państwowa spółka paliwowa Naftohaz na życzenie rosyjskiego Gazpromu odmawia transportowania gazu do Polski - napisał w poniedziałek, ukazujący się w Kijowie, dziennik "Kommiersant" z powołaniem na źródła w ukraińskim ministerstwie ds. paliw i energetyki.


    http://biznes.interia.pl/news/ukrain...polske,1537154

    Między Polską i Rosją stosunki coraz cieplejsze. To zgodne z linią wiodącej partii.
    "Lecz przyjdą czasy, że te kutasy będą przed nami na baczność stać,
    Ręka nie zadrży jak liść osiki, gdy będziem w głupie mordy prać.
    Więc pijmy zdrowie szwoleżerowie niech smutki zginą w rozbitym szkle,
    Gdy nas nie będzie nikt się nie dowie czy dobrze było nam czy źle.
    "
    Janusz Waluś - czekaMY!

    Komentarz


    • Zamieszczone przez Jaco Zobacz posta

      http://biznes.interia.pl/news/ukrain...polske,1537154

      Między Polską i Rosją stosunki coraz cieplejsze. To zgodne z linią wiodącej partii.
      Dlatego może to będzie na miejscu:

      http://www.youtube.com/watch?v=iZRIRhm3UmA

      Oglądajcie uważnie.
      From flood into the fire
      One thousand voices sing
      We're in this together
      For whatever fate may bring

      Komentarz


      • Zamieszczone przez hmB. Zobacz posta
        Jaco juz Ci odpowiedzial, na razie masz to:

        http://www.tvn24.pl/-1,1675393,0,1,b...wiadomosc.html
        tu całość

        http://www.tvn24.pl/11617,1,kropka_nad_i.html
        .

        Komentarz


        • Zamieszczone przez Jaco Zobacz posta
          O północy powtórka. Warto. Od dawna nikt tak nie zgasił MO.
          Dzięki za info.

          Oglądać w takim razie!
          Taki miał dziwny charakter. Tylko raz w życiu sypnął i to był ostatni raz. Starsza siostra uderzyła go w złości, więc pobiegł na skargę do rodziców. Ojciec najpierw zrugał siostrę i dał jej klapsa, a potem jego przełożył przez kolano i waląc w tyłek wymawiał słowa powoli, jedno przy każdym uderzeniu:
          - Kablowanie to charakter, więc ja zamierzam połamiać ci ten charakter! Możesz pracować kiedyś jako alfons, ale nie pozwolę, żebyś miał charakter dziwki!
          Zapamiętał.

          Waldemar Łysiak, "Najlepszy".

          Komentarz


          • "Teorii spiskowych" ciąg dalszy... czyli "G.W." odkrywa w co gra Rosja.

            Czy "Olin" miał zatrzymać NATO

            Wszystko wskazuje na to, że sprawa "Olina" sprzed 15 lat była prowokacją rosyjskich służb specjalnych, by skompromitować Polskę na Zachodzie - uważa Andriej Sołdatow, współautor książki "Nowa arystokracja" o tym, jak pod rządami Władimira Putina tajna policja odzyskuje kontrolę nad rosyjską polityką i gospodarką


            Grigorij Jakimiszyn, rosyjski dyplomata, od którego zaczęła się najgłośniejsza afera szpiegowska III RP, ma się doskonale, mieszka w Moskwie i jeszcze kilka lat temu nadal pracował dla rosyjskich służb specjalnych. "Gazeta" pisała o tym sześć lat temu, ale sprawa przeszła wtedy bez większego echa. Teraz tę historię bardziej szczegółowo opisali Andriej Sołdatow i Irina Borogan w opublikowanej właśnie w USA i Wielkiej Brytanii książce o rosyjskich służbach specjalnych.

            W czerwcu 1995 r. oficer polskiego wywiadu Marian Zacharski zwerbował rosyjskiego dyplomatę pracującego w Warszawie Grigorija Jakimiszyna. Jakimiszyn był oficerem wywiadu i - jak powiedział Zacharskiemu - był oficerem prowadzącym najważniejszego rosyjskiego agenta w Polsce, w 1995 r. stojącego na czele rządu Józefa Oleksego.

            Przez następne miesiące polski wywiad zbierał dowody na szpiegowską działalność premiera, a ówczesny szef MSW Andrzej Milczanowski w grudniu 1995 r. publicznie oskarżył premiera o pracę dla rosyjskiego wywiadu.

            W tym samym czasie Jakimiszyn wyjechał do Moskwy i ślad po nim zaginął. W polskich mediach pojawiło się jego nazwisko i spekulacje na temat jego losu. Oficerowie wywiadu w rozmowach z dziennikarzami sugerowali, że Jakimiszyn zapłacił głową lub co najmniej wieloletnim więzieniem za zdradzenie Polakom swego najlepszego szpiega.

            Prokuratura ostatecznie z braku dowodów umorzyła śledztwo w sprawie rosyjskiego szpiega o pseudonimie "Olin" (jak Oleksego nazwał Jakimiszyn). Do Polski docierały przez kolejne lata rozmaite plotki o tym, co stało się z Jakimiszynem.

            W 2004 r. Andriej Sołdatow i Irina Borogan znaleźli go podczas zbierania informacji o sprawie Igora Sutiagina, analityka wojskowego z moskiewskiego Instytutu USA i Kanady oskarżonego przez FSB o przekazywanie tajnych informacji Brytyjczykom. Sutiagin stanął przed sądem w Kałudze w 2001 r. Sąd oddalił oskarżenie, uznając, że FSB nie ma żadnych dowodów. Prowadzący sprawę oficerowie kontrwywiadu zdążyli już jednak odebrać za ten sukces nagrody, więc FSB przesłało sprawę do ponownego rozpatrzenia przed sądem w Moskwie.

            Sutiagin zażądał, by ponowny proces odbył się z ławą przysięgłych, nową instytucją wprowadzoną wówczas w kodeksie karnym. Proces toczył się po myśli obrony, jednak po trzech miesiącach sędzia niespodziewanie oświadczył, że nie może dłużej prowadzić tej sprawy. Nowa sędzia sprowadziła nowych przysięgłych i w marcu 2004 r. rozpoczęła proces od nowa. Ledwie miesiąc później przysięgli uznali winę Sutiagina, a sędzia skazała go na 15 lat obozu pracy.

            Prawnicy Sutiagina dopiero cztery miesiące później odkryli, że wśród nowych przysięgłych znalazł się przysięgły, który miał zasiadać w innym procesie w kompletnie innym sądzie. Został jednak przerzucony - sprzeczne z prawem - do nowej ławy przysięgłych w procesie Sutiagina.

            Tym tajemniczym przysięgłym był Grigorij Jakimiszyn. Rosyjskie prawo nie pozwala byłym lub obecnym oficerom tajnych służb zasiadać w ławach przysięgłych. Gdy jednak sąd odpytywał kandydatów na przysięgłych o doświadczenie zawodowe, Jakimiszyn ukrył fakt, że przez wiele lat pracował w radzieckim, a później w rosyjskim wywiadzie.

            - Skojarzyliśmy nazwisko Jakimiszyn z treścią tzw. białej księgi w sprawie Olina - opowiada "Gazecie" Sołdatow. - Irina zadzwoniła wtedy do Jakimiszyna do domu. I zapytała go wprost, czy sprawa Oleksego była prowokacją rosyjskich specsłużb. On nie zaprzeczył, tylko zaczął się śmiać. Potem już nie chciał z nami rozmawiać. A gdy opublikowaliśmy o tym teksty w "Moskiewskich Nowostiach" i "Gazecie Wyborczej", to nie zażądał od nas sprostowania, w ogóle niczemu nie zaprzeczał.

            Sołdatow i Borogan opisują udział Jakimiszyna w procesie szpiegowskim Sutiagina jako przykład manipulacji tajnej policji wymiarem sprawiedliwości w Rosji. Dla Polski to, że Jakimiszyn nie tylko żyje, ale mieszka w Moskwie i pracuje dla służb specjalnych, jest jednak przede wszystkim poważną poszlaką wskazującą na to, że Jakimiszyn nikogo Polakom nie zdradził.

            Rosyjski wywiad niezwykle ostro traktuje bowiem zdrajców. W latach zimnej wojny większość z nich była niemal natychmiast rozstrzeliwana (jeden z nich - jak mówi krążąca wśród historyków legenda - został nawet powieszony na haku rzeźniczym i spalony w hutniczym piecu, a film z jego egzekucji był pokazywany młodym adeptom KGB), a po jej zakończeniu wszyscy byli skazywani na długoletnie zesłanie do obozu pracy. Nie jest po prostu możliwe, by Jakimiszyn po takiej zdradzie nadal pracował dla kontrwywiadu.

            Nie wiemy oczywiście, czy ujawnienie przez niego nazwiska Oleksego polskim oficerom było po prostu wymyśloną przez niego bajką czy - co bardziej prawdopodobne - świadomym wprowadzeniem Polaków w błąd.

            Wiemy natomiast, że destabilizacja polskiego rządu w 1995 r. była Rosjanom bardzo na rękę. Afera "Olina" dla sceptyków na Zachodzie była dowodem, że Polska nie nadaje się do NATO. Przeciwnicy rozszerzenia Sojuszu wykorzystywali tę historię, by pokazać, że albo Polska jest kontrolowana przez rosyjskie służby, albo polskie służby specjalne wyrwały się spod cywilnej kontroli i dla własnych celów potrafią obalić rząd.

            - To była przerażająca wiadomość - opowiadał nam w 1999 r. Nicholas Rey, nieżyjący już amerykański dyplomata, który w 1995 r. był ambasadorem USA w Warszawie. - Nie obawialiśmy się tego, czy Oleksy jest naprawdę szpiegiem, ale baliśmy się, czy zadziałają wasze demokratyczne instytucje, jak prokuratura i sąd.

            Istniał wówczas jeszcze trzeci scenariusz wysadzający w powietrze kandydaturę Polski. Min. Milczanowski oskarżył Józefa Oleksego o szpiegostwo tuż przed zakończeniem prezydenckiej kadencji Lecha Wałęsy. W otoczeniu prezydenta pojawiły się pomysły, by nie oddawać władzy Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, który reprezentuje ten sam obóz co Oleksy i zapewne sam jest agentem. Gdyby Wałęsa nie uznał wtedy wyniku demokratycznych wyborów, Polska natychmiast wypadłaby z kolejki do NATO.

            W każdym z tych scenariuszy Rosja uzyskałaby główny wówczas cel w polityce wobec krajów Europy Środkowej - zablokowałaby lub przynajmniej na lata opóźniła rozszerzenie Sojuszu. Jeśli więc afera "Olina" była ukartowaną operacją rosyjską, to była to błyskotliwa i przeprowadzona w duchu najlepszych tradycji carskiej ochrany i radzieckiego KGB prowokacja tajnych służb.

            - Nie mam stuprocentowych dowodów, ale to brzmi logiczne, że Jakimiszyn chciał wprowadzić w błąd polski wywiad - mówi "Gazecie" Sołdatow.

            W swej książce Sołdatow i Borogan, na co dzień dziennikarze znanej strony Agentura.ru, opisują odrodzenie potęgi FSB, czyli rosyjskiej bezpieki. Po objęciu przez Putina stanowiska premiera Rosji w 1999 r. dotychczasowy dyrektor FSB zaczął wprowadzać zmiany, które gwałtownie rozszerzyły uprawnienia FSB.

            Oficerowie FSB zaczęli lepiej zarabiać, poprawiło się fatalne w latach 90. morale. Gdy Putin został wkrótce potem prezydentem, jego dawni towarzysze broni zaczęli zajmować wysokie stanowiska w polityce i biznesie.

            Książka Sołdatowa i Borogan jest pełna opisów zajmowania coraz szerszych dziedzin życia publicznego w Rosji bez obecnych i byłych (ale pozostających w tzw. aktywnej rezerwie) oficerów służb. Nie tylko zajmują oni wysokie stanowiska w administracji państwowej, ale także w biznesie, a nawet w sporcie (zgodnie z tradycją Dynamo Moskwa z jego silnymi sekcjami piłki nożnej i m.in. siatkówki są kontrolowane przez generalicję FSB).

            Dziennikarze opisują także, jak ziemia w kilku ekskluzywnych miejscowościach pod Moskwą należąca niegdyś do MSW i KGB została za bezcen rozparcelowana pomiędzy wyższych rangą oficerów. Jedna z działek, przekazana kilka lat temu generałowi FSB za kilkaset dolarów, dziś jest wystawiona na sprzedaż za 2,5 mln dol.

            Oficerowie obsadzają także intratne stanowiska w prywatnych i państwowych spółkach swoimi krewnymi. Kilka dni temu "Gazeta" pisała o tym, że kilku synów i krewnych generałów FSB zasiada w zarządach dużych banków
            .

            - Opisane przez nas sprawy są znane rosyjskim czytelnikom, bo od prawie 10 lat publikowaliśmy teksty po rosyjsku w internecie, "Moskiewskich Nowostiach" i "Nowej Gazecie" - mówi Sołdatow. - Ale w Rosji nie znalazł się wydawca, który zgodziłby się wydać tak dużą dawkę krytycznych materiałów o FSB po rosyjsku. Dlatego napisaliśmy książkę po angielsku i wydaliśmy na Zachodzie.
            http://wyborcza.pl/Polityka/1,103835...ymac_NATO.html

            Mam wrażenie, że autorowi umknęły pewne impikacje opisanych spraw dla aktualnej sytuacji Polski...

            Tymczasem jakoś pasuje mi do tego dzisiejszy Wildstein:

            Jaki zamach, jaki prezydent

            – Jaka wizyta, taki zamach – ogłosił Bronisław Komorowski w momencie ostrzelania przez rosyjskich żołnierzy prezydenta Lecha Kaczyńskiego podczas jego wizyty w Gruzji. Ówczesny marszałek Sejmu uzupełnił to ironiczną uwagą o ślepocie snajpera, który nie trafił w prezydencki samochód.

            Przybycie Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w trakcie trwania agresji rosyjskiej na ten kraj przyjęte zostało niechętnie przez znaczną część polskich ośrodków opiniotwórczych. Czy chodziło tylko o wrogość do prezydenta, która każdy jego czyn kazała odsądzać od czci i wiary? Do dziś kursuje pogląd, że było to działanie nieodpowiedzialne i bezsensowne.

            Nierzadkie były w Polsce opinie, że agresja rosyjska spowodowana była przez prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. On sam zresztą przedstawiany był w naszym kraju jako awanturnik i nieudacznik. Szczególnie mocno tezy takie głosił m.in. prof. Roman Kuźniar – który podobno ma zostać powołany na doradcę prezydenta Komorowskiego do spraw międzynarodowych, a dotychczas był doradcą szefa MON.

            Dziś Gruzja pod rządami Saakaszwilego pomimo rosyjskiej presji rozwija się wyjątkowo dobrze, a jego partia triumfuje w kolejnych wyborach. On sam twierdzi, że jego kraj niepodległość uratował dzięki inicjatywie Lecha Kaczyńskiego, który ściągnął do stolicy Gruzji głowy państw państw bałtyckich i Ukrainy. Zdaniem gruzińskiego prezydenta zatrzymał w ten sposób ofensywę rosyjską prącą na Tbilisi.

            Nie wiemy, czy to prawda, ale wiemy, że tak myśli i twierdzi ogromna większość Gruzinów. Wydawałoby się, że jest to rzecz, którą powinniśmy się szczycić i ją eksponować. Ale dla polskich ośrodków opiniotwórczych największym wrogiem jest Kaczyński i sprzymierzą się z każdym jego przeciwnikiem.

            W wywiadzie udzielonym “Rzeczpospolitej” Bronisław Komorowski już jako prezydent oświadczył: “Ja nie pojadę na granicę tylko dlatego, że wymyślił to sobie prezydent Gruzji”.

            Z pewnością. W Gruzji Lech Kaczyński uznawany jest za bohatera. Czyim bohaterem będzie Bronisław Komorowski?
            http://blog.rp.pl/wildstein/2010/09/...aki-prezydent/
            My ludzkie bydło, ludzki gnój, z suteren i poddaszy, my chcemy herb mieć swój, na zgubę wrogom naszym.

            Komentarz


            • Niedawno wrzucałem link do planu lotu Tu-154M-101 który już w maju jak się okazuje opublikował TVN24. Dziś TVN24 po dotarciu do sensacyjnych materiałów TVN24 dokonuje odkrycia: Lot do Smoleńska był jednak wojskowy!

              http://www.tvn24.pl/-1,1675434,0,1,l...wiadomosc.html

              Edmund Klich z jednej strony i minister Jerzy Miller z Rosjanami z drugiej strony spierają się o charakter lotu prezydenckiego samolotu - czy był to lot cywilny czy wojskowy? Tymczasem z planu lotu, jaki załoga tupolewa przedstawiła 9 kwietnia, wynika, że był to lot wojskowy. TVN24 informowała o tym już w maju.
              - Plan lotu jest to depesza, którą musi nadać każdy statek powietrzny, żeby mógł wykonać lot w przestrzeni kontrolowanej - mówił Dariusz Szpineta ze szkoły pilotażu "Ad Astra", który w maju analizował ten dokument na antenie TVN24. Bez niego nie można wykonać zaplanowanego lotu.

              W przypadku tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem, plan lotu został wysłany w piątek 9 kwietnia o godzinie 11.47 (później był jeszcze modyfikowany). - Dotyczył lotu o symbolu papa lima foxtrot 101 [PLF 101-I-M - red.]. Według przepisów wykonywania lotu, według instrumentów był to wojskowy lot - podkreślał Szpineta. To właśnie litera "M" (od ang. military) znajdująca się na końcu numeru lotu oznacza wojskowy charakter lotu.

              Odpowiedzialność pilotów

              Według cywilnych procedur decyzję o lądowaniu podejmuje samodzielnie załoga samolotu. Rola wieży sprowadza się przede wszystkim do dostarczenia jej wszelkich informacji dotyczących warunków panujących na lotnisku.

              Natomiast w przypadku wojskowych lotów kontrolerzy mają prawo wydawać polecenia załodze. Mogą np. zamknąć lotnisko w przypadku złych warunków atmosferycznych i nie zezwolić maszynie na lądowanie. W takim wypadku w śledztwie dotyczącym katastrofy pod Smoleńskiem można by brać pod uwagę ewentualną współodpowiedzialność rosyjskich kontrolerów z lotniska Siewiernyj.

              Klich kontra Miller

              Edmund Klich, polski akredytowany przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK), zarzuca Rosjanom, że nie przekazali polskiej komisji badającej przyczyny tragedii dokumentów dotyczących procedur na lotnisku Siewiernyj i wielu innych dokumentów. Członkowie rosyjskiej komisji uzasadniali to – jak wyjaśniał Klich - tym, że na lotnisku pod Smoleńskiem stosowano procedury obowiązujące w lotnictwie cywilnym.

              Tymczasem jego zdaniem lot powinien być zakwalifikowany - przynajmniej w jego ostatniej fazie - jako lot wojskowy.

              Przeciwnego zdania jest minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller. - Pomiędzy Rosją a polską komisją wyjaśniającą okoliczności katastrofy smoleńskiej nie ma sprzeczności w kwestii, jaki charakter miał ten przelot - oświadczył w piątek szef MSWiA Jerzy Miller. I dodał: - To był lot cywilny.

              Zdaniem szefa MSWiA o charakterze lotu decyduje nie właściciel samolotu, lecz cel lotu. - A celem tego lotu było przewiezienie konkretnych osób, w związku z tym miał on charakter lotu pasażerskiego. Wobec tego nie ma między nami sprzeczności - powiedział Miller, który przewodniczy pracom polskiej komisji badającej katastrofę w Smoleńsku.

              Zeznania kontrolerów

              Wcześniej tvn24.pl dotarł do niepublikowanych wcześniej zeznań podpułkownika Pawła Plusina - kontrolera pracującego w Smoleńsku 10 kwietnia. Powiedział on m.in., że lotnisko Siewiernyj należy do rosyjskiego Ministerstwa Obrony. A ruchem lotniczym zawiadywali wtedy sami wojskowi. Co więcej w trakcie lądowania konsultowali swoje działania z dyżurnym operacyjnym transportu wojskowego w Moskwie (kryptonim "Logika"). Poza tym kontroler nie znał języka angielskiego obowiązującego w lotnictwie cywilnym.

              Z kolei "Gazeta Wyborcza" napisała, że w wieży kontroli lotów, poza kontrolerem lotów Pawłem Plusinem i jego pomocnikiem przebywał także płk gwardii Nikołaj Krasnokutski, wcześniej dowodzący 103. Gwardyjskim Krasnosielskim Pułkiem Wojskowego Transportu Lotniczego na lotnisku w Smoleńsku, który był tam także 7 kwietnia. Według gazety wbrew procedurom to on przejął inicjatywę w wieży i dzwonił do przełożonych w Twerze i do dowództwa wojsk lotniczych w Moskwie, by dostać zgodę na wydanie zakazu lądowania (zamknięcie lotniska).
              Alzheimer?
              From flood into the fire
              One thousand voices sing
              We're in this together
              For whatever fate may bring

              Komentarz


              • Zamieszczone przez Nazgul Zobacz posta
                Niedawno wrzucałem link do planu lotu Tu-154M-101 który już w maju jak się okazuje opublikował TVN24. Dziś TVN24 po dotarciu do sensacyjnych materiałów TVN24 dokonuje odkrycia: Lot do Smoleńska był jednak wojskowy!

                ...

                Alzheimer?
                A ja z ciekawością obserwuje, co wykombinują, by rosyjskich kontrolerów nie ukarać. Są jednak w pacie. Jeśli lot był wojskowy to odpowiedzialność za niezamknięcie lotniska i kategoryczny zakaz lądowania spada na nich. Jeśli lot był cywilny to powstaje problem braku przez tych kontrolerów cywilnych certyfikatów wystawionych przez MAK.
                Wyjdzie że lot był nielegalny... ?

                Nie zdziwię się jednak, gdy okaże się, że lot był cywilny a kontrolerzy byli certyfikowani przez MAK
                W tym śledztwie wszystko jest możliwe.

                Komentarz


                • Oglądam przesłuchanie ws. śmierci Blidy pana Ziobry. Dochodzę do wniosku, że takie komisje w naszym kraju nie mają po prostu sensu. Tak jak wszędzie trwa walka lewa prawa strona tak tu najbardziej się to ujawnia. Każdy z posłów ośmiesza się nie będąc osobą neutralną PiS zadaje pytania wygodne, PO+SLD pytania głupio dociekliwe i z tego wychodzi więcej czasu kłótni, niż samych zeznań. Nic to nie daje. Próbuje nie interesować się polityką, ale takie zachowania mnie strasznie irytują.

                  P.S. Po Kaliszu widać jak w Polsce po wyborach prezydenckich rozszerza się ,,nowoczesna komuna'' Jakoś strasznie gra mi on na nerwach.

                  Komentarz


                  • Coś do ogródka Z który się śmiał, że wszystko co dzieje się w PiS to na pewno robota "ruskich" albo i innych. Otóż tak się śmiesznie porobiło, że faktycznie może to być. Oczywiście biorąc "ruskich" w cudzysłów. Właśnie przeczytałem tekst, który mnie zaszokował. Myślałem że jestem czarnowidzem, ale okazuje się, że po prostu nie wiedziałem wszystkiego - a rzeczy o których mowa sa takie, że strach nawet o nich pomyśleć.

                    Zresztą niech przemowią inni:

                    http://toyah1.blogspot.com/2010/09/p...ya-fikcja.html

                    Paweł: Ta kampania to była fikcja

                    Wywiad, który przedstawiam poniżej, chodził mi i Pawłowi – naszemu człowiekowi w sztabie – po głowach już od dłuższego czasu. I pewnie nigdy by nie został przeprowadzony, spisany i dziś opublikowany, gdyby nie fakt, że od kilku dobrych tygodni publiczna przestrzeń wypełnia informacja, że Jarosław Kaczyński, dzięki niezwykle udanej i skutecznej pracy swojego sztabu, osiągnął znacznie lepszy wynik wyborczy, niż faktycznie na to zasłużył, a jeśli dziś robi wrażenie osoby z tego niezadowolonej, to może to wyłącznie świadczyć o tym, że z tej żałoby w jakiej się pogrążył, stracił rozum. To nieznośne kłamstwo jest na dodatek starannie podsycane przez niektórych prominentnych członków jego sztabu, oczywiście nie bezpośrednio, ale przez cały szereg niedopowiedzeń i aluzji, których główne przesłanie jest właśnie takie: Nikt nie wie, co się z tym biednym Jarosławem dzieje.
                    O swoich powodach, w samym już wywiadzie, mówi sam Paweł. Jeśli idzie o mnie, na mnie największe wrażenie zrobiła rzecz z pozoru błaha, ale wydaje mi się idealnie symbolizująca cały ten okropny plan. W rozmowie w TVN24, Joanna Kluzik Rostowska została spytana przez Monikę Olejnik, czy ona zgadza się, że posłowie Platformy Obywatelskiej są chamscy wobec kobiet, tak jak to twierdzi Jarosław Kaczyński. Jeśli ktoś myśli, że Kluzik odpowiedziała wymijająco, że ona akurat nie ma złych doświadczeń, ale skoro Prezes tak mówi, to może coś tam widział – jest w głębokim błędzie. Ona jednoznacznie i bez żadnej dyskusji powiedziała, że o jakimkolwiek chamstwie nie ma mowy. W Sejmie wszyscy są razem, grzeczni dla siebie, uprzejmi, i wręcz zaprzyjaźnieni. A więc – Prezes zwyczajnie bredzi.
                    To co ona powiedziała już potem, w rozmowie z Mazurkiem dla Rzeczpospolitej, wyłącznie cały ten plan – lub w najlepszych dla nich razie, bezmyślność – potwierdza. Bo jeśli na pytanie, co się dzieje z Kaczyńskim, Kluzik uważa za konieczne odpowiedzieć, że ona naprawdę nie ma pojęcia, to znaczy, ze zarówno ona, jak i całe to towarzystwo, które prowadziło kampanię prezydencką na rzecz Jarosława Kaczyńskiego na nic lepszego od tego wywiadu nie zasługuje. No i jeszcze wczoraj wywiad Prezesa dla Rzeczpospolitej, gdzie on mówi co takiego: Dwa miliony głosów, a oni się zastanawiali przez całe dni, jak ma wyglądać ulotka wyborcza. I o tym między innymi opowiada nam Paweł


                    Opowiedz może proszę najpierw, jak to się stało, że w ogóle zostałeś członkiem sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego? Czy to że od początku wspierasz jego projekt i przywództwo wystarczyło?

                    Dzięki znajomościom. Jak zresztą każdy. Chciałem pomóc, wiedziałem, że się przydam, poszukałem kontaktów – no i mnie polecono.

                    Więc jak to wyglądało? Przychodzisz. Przedstawiają cię i co się dzieje?

                    Zostałem przedstawiony Pawłowi Poncyliuszowi. Powiedział, żebym chwilę poczekał, i poszedł. Po dokładnie dwóch godzinach czekania i patrzenia, jak mnie mija na korytarzu, w końcu znalazł dla mnie chwilę czasu. Wziął mnie do jakiegoś pokoju, rozłożył się na krześle i zapytał co robię, czym się zajmuje, co umiem? Kiedy zacząłem opowiadać mu o sobie, do pokoju weszła Joanna Kluzik-Rostkowska z posłem Kamińskim i powiedziała Poncyliuszowi żeby sobie poszedł gdzie indziej, no więc wyszliśmy…

                    Chcesz powiedzieć, że weszła i zwyczajnie powiedziała, żebyście sobie poszli?

                    Właśnie tak. Po prostu „Idźcie gdzieś stąd” czy coś w tym stylu i tyle. Resztę naszej i tak krótkiej rozmowy dokończyliśmy w pustym pokoju, a więc na stojąco. Ustaliliśmy, że w związku z brakiem planów i dopiero kształtującą się strategią kampanii, skontaktuję się z nim telefonicznie w poniedziałek. I wówczas spróbuje mnie przydzielić do jakiegoś konkretnego zadania. To był piątek, więc po 3 dniach zadzwoniłem do posła z pytaniem czy już mogę wejść i działać. Odpowiedź udzielona telefonicznie przypominała tę z piątku, czyli ustaliliśmy, żebym zadzwonił w środę rano. Zadzwoniłem. Poseł odebrał, ale poprosił o telefon o dwunastej. Zadzwoniłem tym razem bez odpowiedzi. Pomyślałem, że widocznie jest zajęty, więc wysłałem esemesa informując, że będę dzwonił po 14tej. Zadzwoniłem ale i tym razem nie udało się. Ponieważ trochę żyję na tym świecie, rozumiem, że nie każdy może od ręki odebrać telefon, i że na pewno ma masę ważniejszych spraw niż odbieranie telefonów, choćby nawet wcześniej umówionych.

                    No i co? Czekałeś aż oddzwoni, czy jak?

                    Obawiając się, że jeśli będę czekał bezczynnie, to mogę się zwyczajnie nie doczekać, zadzwoniłem do Elżbiety Jakubiak. Ponieważ Poncyliusz podczas piątkowej rozmowy, głośno rozważał wariant umieszczenia mnie w grupie pani Jakubiak, zadzwoniłem do niej z pytaniem, czy by mnie przyjęła. Zgodziła się i zaproponowała jakoś dwa dni później spotkanie w siedzibie sztabu na Nowogrodzkiej. Na spotkanie nie przyszła, coś jej wypadło, ale poprosiła bym skontaktował się z szefem jej grupy, z człowiekiem którego nazwała swoją prawą ręką a którego z litości, bo sporo będzie tu o nim złego, z imienia nie wymienię. No cóż, ten pan, chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc niewiele po trzydziestce, stał na czele czteroosobowej grupy, zajmującej mały pokoik z widokiem na dach sąsiedniego budynku. Przedstawiłem mu się, powiedziałem po co i na czyje polecenie przyszedłem, po czym we dwóch udaliśmy się do sąsiedniego pustego pokoju pogadać. Na pytanie od kogo jestem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a na moje pytanie co mam robić, dostałem znaną mi już śpiewkę że nie wiadomo, że jest mały bałagan i że na razie sobie po prostu jesteśmy. Po tym krótkim badaniu, wróciliśmy do pokoju i tak zaczęła się moja praca w sztabie.

                    Praca, czyli co?

                    W skład grupy wchodziło od tej pory 6 osób – owa prawa ręką Jakubiak… a, niech będzie – Michał, 3 studentów (dwóch z Krakowa, jeden z UW), jedna dziewczyna o imieniu Marysia, no i ja. Potem pojawiło się jeszcze paru studentów. Przychodziłem tam na parę godzin dziennie i te godziny, tego pierwszego dnia przesiedziałem. Po prostu. Nie było absolutnie nic do roboty.

                    Ale oni coś tam robili, czy nie?

                    No, nie bardzo. Albo siedzieli przy laptopach i coś tam dłubali, albo się kręcili bez sensu w kółko. Wiesz jak to jest, byli ludzie, ale nie było decyzji. Nie było pomysłu co z tym wszystkim dalej.

                    No a Poncyliusz, albo Kluzik przychodzili tam, żeby się dowiedzieć co się dzieje?

                    Skąd! Oni byli na wyższym poziomie że tak powiem wtajemniczenia. Przychodzili na posiedzenia szefów sztabu a potem gdzieś lecieli. Pamiętam nawet jak ci dwaj z Krakowa narzekali, że z tą ‘warszawką’ nic się nie da robić, i takie tam, i że oni tu przyjechali na własny koszt i szlag ich trafia że nie mogą konkretnie działać… Posiedziałem więc znów te parę godzin, pogadałem trochę o polityce, ale też nie za wiele, bo jakoś się nie kleiło, i poszedłem sobie z nadzieją że jutro będzie lepiej. No i faktycznie było lepiej, bo pojechałem z Michałem do Hotelu Europejskiego zobaczyć salę w której miał być robiony call center i tym podobne pomysły sztabu…

                    A co ci się nie podoba z tym call center? Przecież wszyscy byli zachwyceni.

                    Byli zachwyceni, bo to niby taka nowoczesna koncepcja. Że niby wielki świat, Europa. A przecież to była czysta fikcja. Jak myślisz, ile osob dziennie tam dzwoniło? I po co? Wielkie mi call center! Przecież to w ogóle nie miało przełożenia na wynik wyborów. Szkoda nawet gadać.

                    No dobra. Pojechaliście do tego call center.

                    Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Kolejnego dnia wreszcie się coś znalazło. Miałem obdzwonić listę warszawskiego honorowego komitetu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego, i zaprosić osoby które się na niej znajdowały na wiec inaugurujący kampanię prezesa PiS – miał się odbyć na Placu Teatralnym. Miałem dzwonić do ludzi, nie wiedząc nawet, gdzie te autorytety na owym placu mają się spotkać. Więc najpierw dzwoniłem do nich, pytałem czy przyjdą, a na pytanie gdzie mają się stawić, odpowiadałem że nie wiem, ale że ktoś zadzwoni jeszcze dziś, albo jutro rano, czyli w dniu wiecu. Na tej liście było około stu osób. Ja obdzwoniłem połowę, potem miał ktoś poinformować resztę, a wieczorem jeszcze raz te sto telefonów wykonać żeby poinformować tych ludzi o miejscu spotkania. Paranoja. Nikt z tych ludzi w grupie Jakubiak nie umiał mi powiedzieć, gdzie będzie to spotkanie, nie wiedział kogo o to zapytać, nie wiedziała też posłanka Jakubiak. No i dzwoniliśmy do całej masy poważnych ludzi – profesorów, doktorów, aktorów, piosenkarzy, twórców – kompletnie bez sensu. W końcu ktoś podjął decyzję, i te telefony rozpoczęły się od nowa - do tych samych osób, tym razem by podać miejsce spotkania członków komitetu – boczne wejście do Teatru, od ulicy Wierzbowej.

                    No ale ja pamiętam, że ten pierwszy wiec, ze względu na powódź, miał się wyłącznie sprowadzać do koncertu-zbiórki właśnie na powodzian?

                    No tak. Tyle że najpierw miał być Kaczyński z krótkim wystąpieniem na tle tego komitetu złożonego ze znanych ludzi, a później ten koncert. No i chodziło o to, żeby zebrać z jednej strony tych artystów, a z drugiej profesorów i innych. Wszystko po to by pokazać, że Prezesa wbrew temu co mówią media, popierają ludzie z różnych środowisk, także ci że tak brzydko powiem „z górnych szczebli drabiny społecznej”.

                    Dobra. Więc dzwonisz.

                    W trakcie owego obdzwaniania członków tego komitetu, okazało się że nagle część artystów zrezygnowała z udziału w wiecu. Okazało się, że ktoś, prawdopodobnie ze sztabu, ich wszystkich zniechęcił.

                    Skąd wiesz, że ze sztabu? I że w ogóle zniechęcił.

                    Jakubiak powiedziała, że to ktoś od nas. Padło nawet nazwisko, ale poprzedzone wyrazem „chyba” więc go tu nie powtórzę. I zaraz potem zaczęła dzwonić do kolejnych, znanych sobie piosenkarzy i kompozytorów z prośbą, czy oni by nie mogli ściągnąć na ten wiec innych piosenkarzy, w miejsce tych którzy się wycofali.

                    A więc jest wiec…

                    To była chyba sobota. I wtedy okazało się, że ktoś wymyślił, że honorowy komitet, zamiast stać na scenie tuż za Jarosławem Kaczyńskim, zostanie stłoczony tuż przed sceną, za barierkami, w miejscu gdzie zazwyczaj stawia się młodzieżówkę. Przyszedłem na plac gdy była już masa ludzi, więc o tym nie wiedziałem ale powiedziano mi o tym na drugi dzień w sztabie. No więc oni wszyscy – jak mówię, profesorowie, artyści i inni – stali za barierkami, do których przyciskał ich zebrany na placu tłum. I pamiętam, jak właśnie wtedy sobie pomyślałem, że gdybym to ja był w takim komitecie, i gdyby mnie w taki sposób potraktowano, na kolejny już bym zwyczajnie nie przyszedł.

                    Słyszałem, że tam nic nie było w ogóle słychać.

                    Zero. Nagłośnienie było tak fatalne, że to co mówił kandydat słyszeli tylko ci co stali 10 metrów przez sceną. Reszta osób które stały albo dalej, albo gdzieś po bokach, kryjąc się przed upałem, nie słyszała dokładnie nic. Sprawdziłem to osobiście przemieszczając się w tym celu po placu. Oto jak wyglądała organizacja inaugurującego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami, zorganizowana przez ludzi pracujących dla niego w sztabie. Nie wiem kto to zrobił, ale wiem, że ten ktoś to zwyczajnie spaprał. I nie jestem pewien, czy chcę nawet wiedzieć, jak wyglądały inne wiece.

                    Z tego co opowiadasz o sytuacji wewnątrz sztabu, wynika, że inaczej być nie mogło.

                    Ogólne wrażenie miałem takie, że nikt tu nie ma żadnego planu. Ciągle widziałem jakiś ludzi i posłów, którzy łazili po korytarzu i zaglądali do pokoi – jakby wszyscy wszystkich szukali. Drugie spostrzeżenie to takie, że tam w ogóle nie było osoby która wyróżniałaby się zdecydowanym działaniem. Brakowało dyrygenta. Stale miałem wrażenie, że oni wszyscy się tak o siebie ocierają, uważając tylko, żeby nie nadepnąć komuś na nogę - w końcu nikt do końca nie wiedział kto był pod kogo podwieszony. Poza tym, miałem wrażenie, że każdy chciał być na tyle „mocno” zaangażowany, by w razie sukcesu móc powiedzieć że to w części dzięki niemu, ale jednocześnie na tyle „powierzchownie”, by w razie porażki nikt nie mógł zwalić na nich choćby części odpowiedzialności. To oczywiście było źródłem owej bezdecyzyjności, która każde zadanie czyniła nielogicznym, częściowym, i ogólnie trudnym do wykonania, jeśli już w ogóle jakieś się pojawiło.

                    Dobra. Lećmy dalej.

                    Jakoś tak zaraz po tym wiecu, prace grupy do której należałem, zaczęto stopniowo przenosić do Hotelu Europejskiego. Wynajętą tam na miesiąc salę podzielono na sektory, które miały pełnić funkcje kawiarenki, biura, sali debat, no i tego call center. Salę tę wynajęto za kwotę której nie wymienię, ale z nóg zwalała nie tyle kwota wynajmu, bo akurat w Warszawie to standard, ale sposób w jaki ją wynajęto - o dwa tygodnie za wcześnie. I przez te dwa tygodnie stała pusta, odwiedzana od czasu do czasu przez różnych ludzi pracujących w sztabie, lub dla sztabu, którzy mieli z niej zrobić wyżej wspomniane centrum... Po prostu stała pusta, bo ktoś tam nie umiał podjąć decyzji co, jak i kiedy. Ogólnie ciężka sprawa. Nawet harmonogram przebudowy tej sali wskazywał na to, że osoba która się tym zajmowała, a była nią owa prawa ręka pani Jakubiak, nie miała ani wyczucia, ani pojęcia o planowaniu. Ekipa odpowiedzialna za wystrój, montaż przepierzeń pomiędzy poszczególnymi wspomnianymi częściami została poproszona o wykonanie tej pracy w czwartek, a już na drugi dzień kazano jej to rozbierać, bo w sobotę w tej sali miało odbywać się jakieś wesele. Po weselu, znów wezwano tą ekipę, która ponownie wszystko zmontowała. Gdy zapytałem osobę z mojej grupy, czy nie można było odłożyć pierwszego montażu na poniedziałek po weselu, tak by nie robić tego dwa razy, dostałem odpowiedź że nie ma problemu bo najgorzej montuje się pierwszy raz, potem już idzie szybciej.

                    Dobre!

                    Salę w końcu wykończono. Powstał kącik dla dzieci. Żadnych dzieci wprawdzie tam nie widziałem, za to bardzo spodobało się to dziennikarce z TVN, która będąc w stanie błogosławionym widocznie dostrzegła w tym jakiś urok. Była kawiarenka z mapą II RP i stylowymi krzesłami, miejsce dla dziennikarzy, sala gdzie odbywać się miały debaty, no i sala obok, w której miano wyświetlać to co będzie się działo w sali debat, gdyby w pierwszej zabrakło miejsca.

                    No ale, jak patrzymy na to wszystko z dzisiejszej perspektywy, to jednak wszystko jakoś działało, i to nawet nienajgorzej. Sam tam byłem, i pomijając opisywane już przeze mnie zamieszanie z tą naszą debatą, nie wyglądało to najgorzej.

                    Tak. Jakoś. Wszystko działało jakoś. Będąc jeszcze na Nowogrodzkiej, zwróciłem uwagę, że na stronie jarosławkaczynski.info czyli oficjalnej stronie kandydata, godło Polski nie jest biało czerwone, a biało-niebieskie…
                    O tak! To też nasz Antek zauważył. Strasznie się wściekał, że to jest kompletna porażka…
                    Osoby w mojej grupie odpowiedziały mi, że oni już to zgłaszali, ale nikt nie reaguje. Nie wiem komu i gdzie zgłaszali. Ja to zgłosiłem poseł Jakubiak, która podenerwowana odpowiedziała mi, żeby jej nie zawracać głowy... była tuż przed jakimś telewizyjnym występem. Pewnie jakimś ważnym. Ale zdziwiło mnie, że mniej ważnym okazała się ewentualna kompromitacja kandydata na którego rzecz pracuje. Że nie ma nagle znaczenia, jak kampania Jarosława Kaczyńskiego zostanie przez ten błąd odebrana przez internautów, albo jak on sam zostanie wyszydzony przez media.

                    Media na to chyba nawet nie zwróciły uwagi…

                    Nie wiem. Może ich to zwyczajnie nie obchodziło. Wtedy jednak zrozumiałem, skąd się brały te wszystkie potknięcia Lecha Kaczyńskiego. Nie jego potknięcia, ale ludzi, którzy organizowali jego prace. To przyznanie orderu Jaruzelskiemu, wieszanie flagi do góry nogami itd. Kiedy sobie pomyślałem, że on w swej nieświadomości mógł się otaczać właśnie takimi ludźmi, po raz pierwszy zrobiło mi się smutno. Bo przyszło mi nagle do głowy, że tak naprawdę mógł być w tym pałacu zupełnie sam.

                    Przesadzasz.

                    Nie wiem. Może. Ale tak sobie wtedy pomyślałem.

                    Naszym głównym zadaniem zapoczątkowanym już na Nowogrodzkiej a potem w hotelu było tworzenie harmonogramu debat. No i rzecz jasna wymyślanie tych debat i dobieranie do nich prelegentów. No więc wymyślała nasza grupa temat, np. sprawy zagraniczne, i jako prelegenta dobierała posła Kowala. Albo debatę na temat wojska, i wpisywała w rubryce obok, że poprowadzi to ktoś tam równie znany. Tym mniej więcej zajmowała się 6 osobowa grupa, poza od czasu do czasu przenoszeniem krzeseł z miejsca na miejsce pod dyktando prawej ręki Jakubiak, który najwyraźniej czuł się dzięki takim pustym zadaniom spełniony. To naprawdę było wyjątkowe. Tam nie działo się w tych dniach nic, a on ciągle chodził to tu to tam, gdzieś jeździł, wracał, wydawał nic nieznaczące polecenia... Na moją prośbę, by mi powierzył adaptację kawiarni Batida…

                    Co to jest Batida?

                    No, tam obok jest taka kawiarnia i był plan, żeby ją wykorzystać na rzecz kampanii. No więc, kiedy mu powiedziałem, że Jakubiak zgodziła się bym się tym zajął, on się normalnie obraził…

                    O co?

                    No nie wiem. Że coś załatwiam z Jakubiak za jego plecami, chyba. No i odpowiedział, że nie dam sobie rady, bo to duża operacja logistyczna. Wiesz, że ja jestem inżynierem na budowie. Ogarnięcie budowy, zorganizowanie pracy robotników, podwykonawców, dostawców materiałów tak by zmieścić się w wyznaczonym czasie, można nazwać operacją logistyczną. Umówienie się z projektantem wnętrz, który zaprojektuje wystrój kawiarni i go wykona nie mogło być czymś dużym, a już na pewno żadną tam logistyką. Najwyraźniej dla prawej ręki posłanki Jakubiak to było coś. Wspominam o tym z dwóch powodów. Od tej chwili wzrastała we mnie niechęć do pracy w sztabie, do tego ciągłego udawania, robienia sztucznego tłumu, i wszystkiego tego co nie miało nic wspólnego z pracami sztabu jako takimi. Cholera, cała para szła w gwizdek. Drugi powód dla którego ci o tym mówię, to ten, by pokazać jacy ludzie pracowali na rzecz Jarosława Kaczyńskiego także na poziomie niższym. Nie tym poselskim, ale tu gdzie przekazywane były gdzieś tam wyżej wypracowane, jeśli już, zadania. I że to wszystko w związku z tym nie mogło się udać. No i jeszcze taka wstawka.... ta Batida. W końcu z niej nic nie wyszło. Stała pusta, bo kawiarnia przeniosła się do budynku obok. I każdy kto przechodził obok mógł zobaczyć mizernotę tego co powstało... na zewnątrz nad witryną wisiały dwa małe głośniczki, osłonięte przed deszczem folią, przez które w kółko leciały przemówienia Kaczyńskiego. Leciały, ale nikt nic nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, bo hałas przy Krakowskim, przejeżdżające autobusy, gwar uliczny skutecznie te głośniki zagłuszał. A to były takie najgorsze, beznadziejne pudła. Nawet gdyby tam była cisza, też pewnie słychać by było wyłącznie jakieś bełkotanie.

                    Potwierdzam. Byłem, słyszałem.

                    No i jeszcze ten smutny plakat z Jarosławem, w szybie pustego lokalu. Wtedy zrozumiałem że przegramy. Bo wiesz, nawet te debaty były tworzone ot tak dla tworzenia. A potem i tak najczęściej okazywało się, że z jakiś tam powodów debata musi się odbyć w innym terminie, albo godzinę wcześniej, albo dwie później. Ja dwukrotnie przyszedłem na koniec, nie wiedząc nawet, że debata została przeniesiona. Wiedzieli tylko ci, co zmiany wprowadzali, media które były o tym informowane, i nikt więcej. Siłą więc rzeczy najczęściej była na nich garstka osób.

                    Co się dziwisz? Miała się zacząć o 15.30, zaczęła się o 16, ale i tak cud, że do niej doszło.

                    Szkoda że nie podchodzono do tych debat jako elementu konsolidującego wyborców, albo ich edukującego. Wystarczyło, że były media. Sala mogła być pusta, byle w pierwszych rzędach ktoś siedział, byle w kadrze wszystko dobrze wyglądało.

                    O ile wiem, ich nawet i tak za bardzo w telewizji nie pokazywali.

                    No bo to wszystko nudne i bezsensowne było... na tyle, że w tym czasie nosiłem się z zamiarem zrezygnowania z pracy w sztabie. Nie mam w sobie tyle fałszu, by stale chodzić wśród takich ludzi i udawać, że wszystko gra. I nie ma we mnie zgody na to by uprawiać taką fikcję, i to z takim zaangażowaniem, że gdyby którąkolwiek z tych osób zapytać w tych dniach dlaczego nic nie robimy, pewnie by się obraziła. Ja tak nie umiem. Strasznie mnie wtedy nosiło, i coś się we mnie gotowało. Bo to nie były zwykłe wybory. Najpierw wygrana PO w wyborach parlamentarnych, a potem ta sprawa ze Smoleńskiem,... to były wybory wyjątkowe. To była walka o przyczółek w postaci Pałacu Prezydenckiego, reduty która mogła pomóc w odtworzeniu silnie zranionej prawicy, ale już na bazie młodszego pokolenia. A tu, dosłownie, takie byle co. Dlatego po raz kolejny zwróciłem się do pani Jakubiak z prośbą o przydzielenie mi konkretnego zadania. Zaproponowałem jej że zrobię własną debatę, i będzie to pierwsza debata blogerów w Polsce.

                    To ta nasza

                    Tak. Pomysł wydawał mi się ciekawy. Jest tak, że każdy kto wpisze w google hasło „debata blogerów”, na pierwszym miejscu wśród wyników otrzyma link do debaty Komorowskiego z blogerami, ale to była debata video, poprzez Internet. Moja debata miała być debatą blogerów z blogerami, na żywo. Po raz pierwszy w Polsce. I to wydarzenie miało kojarzyć się i być już na zawsze przypisane Jarosławowi Kaczyńskiemu, któremu zarzuca się wstecznictwo i niezrozumienie tego co nowoczesne. Jakubiak powiedziała, żebym to robił. To było w biegu. Ona od jakiegoś czasu nie odbierała ode mnie telefonów, więc gdy spotkałem ją w sztabie po prostu poleciałem za nią, przedstawiałem swój pomysł, a ona wsiadając do auta powiedziała żeby robić. Tak całkiem bez zgłębiania się w to co mówię, miałem wrażenie że na odczepnego. Ale to wtedy nie było ważne. Ważne było to, że powiedziała tak, i że miałem się z tym zgłosić do tego jej Michała. Zgłosiłem się. Wyznaczył mi czwartek tuż przed wyborczym weekendem I-szej tury. I o godzinie 15.30. Zapytałem jednego z tych studentów z Krakowa, czy chciałby mi pomóc i się tym zająć. Powiedział, że okay, i od razu przedstawił mi listę swoich blogerów. W momencie gdy mu powiedziałem, że mam swoje plany, napisał mi że nie jest zainteresowany, że swoją rolę widział tylko w zaproponowaniu tych blogerów. Ale skoro wybrałem innych, to jego to przestaje interesować. Poprosiłem go więc przynajmniej o umieszczenie informacji o tej debacie na stronie www. Powiedział, że to nie z nim trzeba gadać, ale z Marysią. Miał mi w związku z tym przesłać jej numer, ale na tym się zakończyło. Zresztą wiedział o niej Michał, i też nic. Informacji o debacie, o tak pionierskiej debacie, nie umieszczono na stronie www.jaroslawkaczynski.info. I wtedy zrozumiałem, że oni tej debaty nie chcą.

                    Wiedziałem, że tam się coś niedobrego dzieje. Ale rozmawiałem z Kluzik i ona obiecała, że będzie miała na wszystko oko.

                    Ona nie mogła mieć na nic „oka”, bo była wciąż umordowana swoją pracą, i tyle tylko, że w tamten czwartek pokazała się w sztabie i oni pewnie uznali, że skoro ona się z nami zna, to lepiej nie robić kłopotów. Zresztą sam widziałeś. Ona była zmęczona i przygnębiona. Rozmawiała z nami, patrząc od niechcenia w komórkę. Nie bardzo obchodziło mnie co mówi, miałem co innego na głowie, ale zapamiętałem coś co zrobiło na mnie duże wrażenie. Ona powiedziała ci na koniec tej rozmowy, że ma już dość, że jest zmęczona, i że już nie może się doczekać, aż znów wróci do domu o normalnej porze i zrobi dzieciom kolację... zresztą wciąż teraz o tym gada w telewizji. Zapamiętałem to, bo gdyby padło to z ust „zwykłej” kobiety, to byłaby to bardzo piękna, i zdrowa reakcja. Ale powiedziała to szefowa sztabu! Demonstrując tak całkowicie psychiczne i motywacyjne rozbicie i to w połowie drogi, bo wciąż jeszcze przed drugą turą, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie może się udać. No i jeszcze ten Poncyliusz. Pamiętasz, jak on do nas podszedł i bez zwykłego „dzień dobry” czy „przepraszam” zapytał ją o coś, i bez słowa poszedł. Ty mu nawet powiedziałeś „dzień dobry” i wysunąłeś dłoń, a on nic. Polityk, cholera. Przecież jego pierwszym, i najprostszym obowiązkiem jest się uśmiechać do nieznanych sobie ludzi i ściskać im te dłonie. Tak po prostu. Zresztą nie ważne...

                    Był zajęty. Miał sprawy.

                    Jasne, że miał sprawy. Tyle że my to rozumiemy, ale ludzie, których on spotyka na co dzień mogą mieć to w nosie. A skąd wiesz, czy to nie jest jego stały styl? I skąd wiesz, co sobie o tego typu stylu myślą ci, którzy są mniej wyrozumiali?

                    Niech ci będzie.

                    Wyście się rozglądali ciekawie po sali, podczas gdy ja siedziałem wkurzony i napięty. Pierwszy rzut oka na salę debat uświadomił mi zaraz po wejściu, że ludzie od Jakubiak zbojkotowali nie tylko umieszczenie debaty na stronie www, ale i sama debatę. Sala nie była w ogóle przygotowana…

                    To już kiedyś opowiadałem.

                    No to ja jeszcze dodam parę obrazków. Nie było foteli dla prowadzących, nie było nagłośnienia. Zdjąłem z podium mównicę, postawiłem na niej fotele, poprosiłem chłopaków od nagłośnienia o podłączenie i rozdanie mikrofonów. Wszystko na szybko. Gdy skończyłem była prawie 16, czyli po czasie. Trzeba było zaczynać. Tuż przed rozpoczynającą debatę mową prowadzącego, podszedł do mnie jakiś wyraźnie zdenerwowany pan z pytaniem co tu się dzieje. Zdezorientowany twierdził, że pytał kogoś ze sztabu (to był człowiek z grupy w której pracowałem), co to za debata teraz będzie, i otrzymał odpowiedź że to nic takiego. Żeby przyszedł o 17.

                    Obrazili się i tyle.

                    Niech się obrażają, ale tu chodziło nie o nich. Ja myślę, że im tak naprawdę w ogóle nie zależało na wyniku tych wyborów. Że on był gdzieś tam daleko na horyzoncie myśli, a tymczasem ważniejsze na co dzień było to całe łażenie i lansowanie się. Ale Piotr Pałka - ten który debatę prowadził – chłopak też jakoś w moim wieku był rewelacyjny. Naturalny, niezepsuty, młody dziennikarz.... no i blogerzy, każdy na swój sposób ciekawy i oryginalny. Na debatę przyszło około 20 osób…

                    Było więcej.

                    Niech będzie, że więcej. Ale i tak, zważywszy na brak informacji na stronie www, na wczesną godzinę (w Warszawie pracuje się zwyczajowo do 17tej) było świetnie. Po części w której pytania zadawał Prowadzący...

                    Dobra. O tym ja już pisałem na blogu. Opowiadaj dalej.

                    To był mój ostatni raz w sztabie. Więcej tam nie byłem.

                    Powiedz mi tylko, czemu ci tak zależało, żeby w ogóle dziś zacząć o tym mówić? Rozmawialiśmy przecież wiele razy wcześniej, i zawsze zgadzaliśmy się, że nie ma co w tej kampanii więcej grzebać.

                    Gdy zrezygnowałem z pracy w sztabie, obiecałem sobie że to co tam widziałem nie ujrzy światła dziennego. Wstyd, więc nie ma o czym opowiadać. I tak było do chwili gdy Marek Migalski swym otwartym listem rozpoczął jeden z najcięższych ataków medialnych na osobę Jarosława Kaczyńskiego jakie pamiętam. Na człowieka bez którego PiS nie przetrwa roku. Atak o tyle wyjątkowy, że już właściwie nie na to co on mówi, ale jak mówi i że w ogóle mówi. Atak w którym chodzi o pokazanie, że to jest człowiek szalony, opętany nienawiścią, wynikającą z głębokiej depresji po stracie brata. I gdyby zasadę „o rodzinie tylko w rodzinie” złamał sam Migalski, mimo wszystko, poseł niższej rangi, zdania bym nie zmienił. Ale nie mogłem zachować się inaczej, gdy pożywki dla mediów swymi komentarzami dostarczyła i Elżbieta Jakubiak, która przedłużyła atak na Prezesa tekstami o konieczności debaty wewnętrznej - ciekawe, że prowadzonej na zewnątrz. Na pomoc, niestety nie Prezesowi, a zawieszonej za nielojalność koleżance, przybyła posłanka Kluzik, podważając u Olejnik, stanowisko Prezesa w sprawach tak fundamentalnych jak współpraca rosyjsko-niemiecka. Ich nielojalność każe mi dziś mówić. Po to by pokazać, kim są ludzie, którzy dali przyzwolenie mediom by uderzyć w ich szefa. Chciałem pokazać, że ci co dziś błyszczą w mediach, mając się za pokrzywdzonych, są autorami porażki Jarosława Kaczyńskiego, który przez takich ludzi mógł wygrać tylko dzięki bożej pomocy i wbrew swemu sztabowi.

                    No ale przecież Jarosław Kaczyński osiągnął wspaniały wynik. Porównaj to z prognozami z czasów jeszcze sprzed paru miesięcy. Porównaj to z notowaniami samego PiS-u.

                    Posłuchaj. On miał wygrać. Popatrz na Komorowskiego i przypomnij sobie, co sam mówiłeś jeszcze wiosną. Że taką miernotę pokona każdy. A z tą całą siłą, jaką nam dało to, co powszechnie nazywamy Solidarnymi 2010, on miał być rozniesiony w pierwszej turze. Przypomnij to sobie. I popatrz dziś, jak oni z tą ohydna satysfakcją pokazują te migawki z czasu kampanii, te z gibającym się Migalskim, z tym idiotycznym kwiatkiem w zębach. Ty myślisz, że komu się to spodobało? Ilu ludzi uznało, że to jest to czego oni chcą. Jakieś, przepraszam dziwadło w kolorowych szmatkach żrące kwiatki!

                    No ale ty nie narzekałeś na Migalskiego, ale na tych studentów w sztabie w Hotelu.

                    No ale to wszystko to był sztab. I ci studenci i Jakubiak i Migalski. To właśnie ten sztab organizował kampanię. To sztab wymyślał strategię. Przecież nie możemy wymagać od Kaczyńskiego, żeby on sobie to wszystko sam ułożył. Wybory prezydenckie to wielkie przedsięwzięcie, którego prowadzenie kandydaci na całym świecie zlecają osobom zaufanym, i które to w razie wygranej kontynuują swoją pracę na wysokich stanowiskach u boku zwycięzcy. To wszystko działa jak naczynia połączone. Nawet nie chce mi się tego tłumaczyć.

                    No ale chyba widział co się dzieje?

                    Wcale nie musiał widzieć. Każdy ma swoje zadanie. A jeśli idzie o Kaczyńskiego, to nie zapominajmy, że to że on w ogóle wystartował w tych wyborach, to był gest wręcz nieludzki. Wygranie tych wyborów to był ich obowiązek. A jeśli chcesz mówić o jego winie, to ona mogłaby się ewentualnie sprowadzać tylko do tego, że akurat im kazał poprowadzić tę kampanię. Mówię ci to wszystko, żeby każdy kto to przeczyta, wiedział jak słuszną decyzję podjął Kaczyński zawieszając Jakubiak i wyrzucając Migalskiego... ale też właśnie jak bardzo się z tą decyzją spóźnił. Mówię ci to, by pokazać że ponad interes partii, i lojalność wobec lidera, oni wybrali swój interes, swoje ambicje i wzajemną lojalność względem siebie. I że to kryterium koleżeństwa w przypadku posłanki Kluzik, już teraz doprowadziło do kuriozalnej sytuacji, że zamiast lojalności względem prezesa własnej partii, wybrała lojalność względem wiceprezesa partii opozycyjnej, Grzegorza Schetyny! Mówię ci to żeby pokazać, że w kontaktach z PO podczas prac sztabowych, osoby te najwyraźniej przejęły sposób myślenia i zachowania tych pierwszych. Poprosiłem cię też wreszcie o tę rozmowę, by ten kto to czyta, zrozumiał, że względem PiS-u media stosują zasadę kija i marchewki. Bo gdy podczas kampanii PiS szedł w złą stronę, mówiono o świetnych wynikach Kaczyńskiego... aż w końcu przegrał wybory. Teraz gdy Kaczyński wrócił na dobrą drogę, i stara się wszystko poukładać i odbudować dawną pozycję, gdy PiS zwiera szeregi, próbuje się go z tej drogi odwieść, insynuując załamanie nerwowe depresje, niepoczytalność – tłumacząc tym wszystkim aktualnie słabe wyniki w sondażach. I oni wiedzą co robią. Bo gdy w PiS pierwsze skrzypce grał Kurski, Ziobro, czy Macierewicz, partia ta miała i Rząd i Sejm i Prezydenta. Ale wtedy ktoś wymyślił, że tych ludzi trzeba wysłać do Brukseli, tak by nie było komu pilnować polskiego podwórka. Wyjechali, a ich miejsce zajęli ludzie, którzy dobrze bawili się w czasie kampanii... Jasna cholera, popatrz, oni przebrani za dzieci kwiaty grali na gitarach i śpiewali piosenki podczas gdy pisowscy wyborcy wciąż byli pogrążeni w żałobie i szoku po utracie swego Prezydenta! Potrafisz to pojąć?! A teraz zbratani tą wspólną dobrą zabawą, uderzyli w Kaczyńskiego w sposób absolutnie bezprecedensowy. Dla takich ludzi nie ma miejsca w pierwszych szeregach tej partii, bo ona przez takich ludzi słabnie, i traci zdezorientowanych takim zachowaniem wyborców. Nie ma w nich szczególnie miejsca dla polityków, którzy, choćby jak Joanna Kluzik-Rostkowska, publicznie oznajmiają, że nie widzą wielowiekowej już przecież współpracy rosyjsko-niemieckiej. I że jeśli Jarosław Kaczyński tak twierdzi to dlatego, że wpadł w jakieś niedobre psychiczne kłopoty. Bo to jest groźne już nie tylko dla samego PiS-u, ale jak pokazuje historia jest groźne dla Polski.

                    Tośmy sobie pogadali.

                    Owszem. Dziękuję.

                    To ja ci dziękuję
                    A teraz to wszystko proszę sobie zestawić z wywiadem Ziobry, listem Migalskiego, wywiadem Jakubiak, wypowiedziami Kluzik-Rostkowskiej etc.

                    Szok.
                    From flood into the fire
                    One thousand voices sing
                    We're in this together
                    For whatever fate may bring

                    Komentarz


                    • Ciekawy wywiad zza kulis sztabu wyborczego, zakładam, że w większości opisuje prawdziwe sytuację, ale również jest w nim trochę bzdur typu:
                      Posłuchaj. On miał wygrać. Popatrz na Komorowskiego i przypomnij sobie, co sam mówiłeś jeszcze wiosną. Że taką miernotę pokona każdy. A z tą całą siłą, jaką nam dało to, co powszechnie nazywamy Solidarnymi 2010, on miał być rozniesiony w pierwszej turze. Przypomnij to sobie.
                      Na wiosnę to mało kto myślał, że może być druga tura, a co tu dopiero mówić o rozniesieniu Gajowego w pierwszej turzez przez Kaczora. Pobożne życzenia

                      Komentarz


                      • Palikota zaczyna poważnie bać się SLD. Oficjalnie – lekceważy, de facto stara się osłabić fakt jego wejścia na polityczny rynek z nową formacją.

                        “Jeszcze przed końcem października SLD złoży w Sejmie rewolucyjny projekt ustawy, dopuszczający usunięcie płodu nie tylko do 10. tygodnia ciąży, ale też na życzenie kobiety”.

                        Propozycja taka znajdzie się w pakiecie ustaw związanych ze służbą zdrowia, który przedstawi lewica” – pisze dzisiaj „Polska The Times”. Jak pisze gazeta, „SLD chce wykorzystać szum, jaki wywoła debata nad tzw. klauzulą sumienia, która odbędzie się w przyszły czwartek na forum Rady Europy. “Polska The Times” dotarła do raportu Christine McCafferty, ostro krytykującego nasz kraj za to, że lekarze mogą zbyt łatwo odmówić przeprowadzenia zabiegu usunięcia ciąży, powołując się na wyznawane wartości. (…) Raport nie jest dla polskich władz wiążący, ale wystarczy przypomnieć emocje, które wyzwolił werdykt Strasburga w sprawie Alicji Tysiąc, czy ten dotyczący krzyży we włoskich szkołach. „Pójdziemy za ciosem. Chcemy, by dyskusja o klauzuli sumienia w RE stała się impulsem do podobnej debaty w Polsce” – czytamy.

                        Za to w Platformie inicjatywę Palikota niektórzy witają z nadzieją. W tej samej gazecie Kazimierz Kutz z PO deklaruje: „jak będzie trzeba, PO skręci w lewo”. Sam Kutz nie obawia się partii Palikota, wręcz widzi jej rozliczne zalety. „W perspektywie wyborów parlamentarnych ta inicjatywa może być bardziej pożyteczna, niż się wydaje. Może nawet zmienić nasz pejzaż polityczny. Bardzo dobrze, bo jest on zastygły i zbyt umeblowany, zafiksowany. Po katastrofie smoleńskiej coś się przewietrzyło w Polsce. Wchodzimy w nowy okres, wiążący się z koniecznością demokratyzowania. Coś się zaczyna dziać. Janusz Palikot jest nowalijką, która może okazać się czymś ważniejszym, niż się dzisiaj wydaje. A może będzie tylko sezonową efemerydą”. Deklaruje też pomoc Palikotowi: „Będę w tym wszystkim uczestniczył z ogromną ciekawością. Owszem, kiedy ma potrzebę, to pyta. Ja go lubię, więc szczerze mu mówię, co myślę i rzetelnie odpowiadam na jego pytania”.

                        Zwracam uwagę ma sformułowanie Kazimierza Kutza: „Po katastrofie smoleńskiej coś się przewietrzyło w Polsce”. Aż nie chce się tego komentować.
                        http://blog.rp.pl/janke/2010/09/28/k...y-na-palikota/


                        Komentarz


                        • Zamieszczone przez GóWno
                          Miłość nie wyklucza - pod takim hasłem w Warszawie zawisną billboardy z fotografiami dzieci: chłopców i dziewczynek. Dziś to już dorośli ludzie - geje i lesbijki. Walczą o związki partnerskie.

                          - Po co zdecydowałem się dać swoją twarz do kampanii? Po to, żeby móc stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć do samego siebie: „Zrobiłeś coś” - mówi Krzysztof Koster. W kampanii będzie wykorzystywane jego zdjęcie sprzed lat: blondynek w okularach, spodenki z szelkami. Pisze o sobie: „Na zdjęciu ja jako pierwszoklasista. Już wtedy zacząłem stawiać sobie cele i dążyć do nich za wszelką cenę. W pewnym ważnym momencie mojego życia okazało się jednak, że są rzeczy bardzo łatwo osiągalne dla innych, a niemożliwe dla mnie. »C'est pas juste” ( »To nie fair «), jak mawia mój ulubiony bohater Titeuf”.

                          Billboardowy plan jest taki: najpierw zdjęcia sprzed lat z rodzinnych albumów. I hasło: "Gdy dorosną, nie będą miały równych praw". Potem pojawią plakaty, na których będą ci sami ludzie, ale kilkanaście lat później, razem z partnerami tej samej płci - Krzysztof z Przemkiem, z którym jest od cztery i pół roku. - W pierwszym roku naszej znajomości Przemek miał wypadek, chciałem dostać się do niego do szpitala. Udawałem kuzyna - opowiada. - Musimy sami zawalczyć o związki partnerskie, inaczej nikt tego za nas nie zrobi.

                          - Takie związki są standardem w Unii Europejskiej, a w niektórych krajach standardem są małżeństwa osób tej samej płci - mówi Wojciech Szot, jeden z pomysłodawców akcji. - Pokazujemy dzieci, które nie myślały, że jako dorośli nie będą miały równych praw. Nie myślały o tym, że ich miłość będzie wykluczana - mówi. Działa już strona: [url
                          www.miloscniewyklucza.pl[/url]. Są na niej fotografie z dzieciństwa: Przemka, Tomka, Agaty, Krzysia, Marcina, Ewy, Kamili, Małgosi. Obok ich krótkie historyjki. Wkrótce, razem ze zdjęciami z ich dorosłego życia, pojawią się też informacje o tym, czym jest związek partnerski. Bo autorzy akcji chcą edukować.

                          - Polacy słyszą "związki partnerskie" i zaraz pojawia się myśl: adopcja dzieci przez pary homoseksualne albo dwie panie, które biorą ślub w kościele - mówi Ewa Tomaszewicz, też twarz kampanii. Przy swojej fotce z dzieciństwa napisała: "Mam osiem lat. Jestem prymuską. Przyjaźnię się z najładniejszą dziewczyną w klasie. Jest zazdrosna, gdy czasami wybieram zabawy z kimś innym. Nie lubię szkolnego fartuszka, który mam na sobie. Już za rok zamienię go na granatowy sweter z naszytą tarczą. Teraz moje ówczesne problemy wydają mi się błahe. Dlaczego? Dowiecie się niebawem". Ewa jest od ponad pięciu lat razem z Gosią. - Politycy mają nas gdzieś. Jeżeli my nie będziemy żądać i naciskać, to nie łudźmy się, że ktoś coś za nas zrobi.

                          Tomasz Basiuk na zdjęciu to mały, uśmiechnięty blondyn z długą grzywką. Tak opisuje swoją fotografię: "Mam trzy lata. Przed rokiem urodziła się moja siostra i przeprowadziliśmy się z rodzicami do nowego mieszkania, ale dużo czasu spędzam u jednych i u drugich dziadków. Jestem otoczony rodzinnym ciepłem. Za kilkanaście lat będę na weselu siostry, a później naszego młodszego brata, ale oni nie będą na moim". Tomek od 17 lat jest z Marcinem. - Może kiedy ludzie zobaczą na tych fotografiach konkretnego człowieka, najpierw w dzieciństwie, później w dorosłym życiu, uświadomią sobie, że jego problemy nie są wyimaginowane - stwierdza.

                          Czy nie boją się oskarżeń, że wykorzystują wizerunek dzieci do, bądź co bądź, politycznych celów? Ewa: - Przecież to my. Pokazujemy, że te miłe, sympatyczne dzieciaki w dorosłym życiu są obywatelami drugiej kategorii.
                          wspanialy artykul z jeszcze wspanialszymi zdjeciami.
                          Jak powiedział stary góral
                          będzie Polska aż po Ural
                          za Uralem będą Chiny
                          was nie będzie skur.wysyny!

                          Komentarz


                          • Twaróg pomyliłeś tematy.

                            właściwy: http://forum.legialive.pl/showthread.php?t=5259
                            "Jest tej najlepszej firmy. Wart jest bardzo dużo. Ma ekran komputerowy i jak się kręci pedałami, to wyskakują cyfry"

                            Komentarz


                            • hmm no racja. bo o ile to przeciez tez temat polityczny, to zapomnialem o osobnym topicu o p*dalstwie.
                              wybaczcie.
                              Jak powiedział stary góral
                              będzie Polska aż po Ural
                              za Uralem będą Chiny
                              was nie będzie skur.wysyny!

                              Komentarz


                              • Zawsze uważałem, że stara, dobra science fiction opisuje świat znacznie lepiej, niż się powszechnie sądzi.

                                Weźmy na przykład taką typową dla niej figurę fabularną jak pętla czasu. W niejednej powieści tego gatunku bohater wpada w pętlę czasu i choć wydaje mu się, że czas płynie, w istocie stale przeżywa te same wydarzenia, tak jak zabłąkany w lesie stale mija to samo drzewo.

                                Dajmy na to, w grudniu po południu słyszy bohater, że partia rządząca szykuje ustawę o in vitro. W styczniu przed południem słyszy, że już ją przyszykowała i ma. A potem mija rok i w kolejnym grudniu po południu nagle znowu widzi tego samego premiera zapowiadającego podjęcie prac nad ustawą o in vitro i tego samego posła stawiającego warunki, i tych samych komentatorów zawzięcie powtarzających te same frazy.

                                Znowu słyszy o “ofensywie legislacyjnej” partii rządzącej i pyta sam siebie, czy mu się w głowie nie miesza, czy ta ofensywa legislacyjna nie była już rok temu. Czy w ogóle, pyta siebie z lękiem, nie przeżywał już tego wszystkiego po wielokroć: komisja wyjaśnia kulisy śmierci Barbary Blidy; euro; krzyż; Palikot; gaz; służba zdrowia; Bolek…

                                Dawno już wszystko wyjaśniono i wyczerpano, a nagle znowu jesteśmy w punkcie wyjścia jak gdyby nigdy nic. I znowu po raz któryś widzimy premiera zapowiadającego, że będą reformy i autostrady, i jego klakę radującą się, że będą reformy i autostrady, i wiadomo, że za rok jako przełomowy news zostanie znowu ogłoszone: będą autostrady, właśnie podpisano kontrakt na budowę odcinka Pyrzów – Strykowice czy odwrotnie. Pętla czasu. Bez science fiction tego nie ugryziesz.

                                Tylko dług publiczny, wzrastający nieubłaganie i coraz szybciej, ostatnio ponad 150 milionów złotych dziennie, świadczy, że czas jednak istnieje. I że bezpowrotnie go marnujemy.
                                http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/09/28/w-petli-czasu/



                                A i na deser część wywiadu z Magdą Środą:
                                Mnie najbardziej obraża Antoni Macierewicz, obraża mnie głupota, ignorancja wielu posłów ubranych w piórka śmiertelnej powagi, obraża mnie pustka intelektualna Tadeusza Cymańskiego, obrażał mnie Andrzej Lepper, obraża mnie pycha i bezczelność posła Eugeniusza Kłopotka, obraża mnie ponure szaleństwo Jarosława Kaczyńskiego i zła mowa Joachima Brudzińskiego. A tego, że Palikot wyciąga sztucznego fiuta, by pokazać, że gdzieś w komisariacie policji była przemoc wobec kobiet, nie uważam za szaleństwo, tylko za uzasadnioną prowokację.

                                Komentarz

                                Pracuję...
                                X