Ogłoszenie

Zwiń
No announcement yet.

Polityka Międzynarodowa

Zwiń
X
 
  • Filtr
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
new posts

  • Najważniejsze to bycie silnym i zdrowym w sposób niezłomny,tzn. robić to co słuszne,czyli: naturalny duchowy konserwatyzm bez ideologii i totalizmów.Nie dopuścić do jakiejkolwiek promocji i poparcia homoseksualizmu oraz multikulturowego kosmopolityzmu,"tolerancji",liberalizmu itd, bo to niszczy i osłabia najbardziej(czyste zniewolenie nazywane wolnością)
    Niestety tak zwany "demokratyczny zachód" to właśnie usilnie promuje,chcąc skazać cały glob na taki właśnie upadek
    Jakieś prorosyjskie zagrożenia,a najważniejsze to gospodarczo współpracować z każdym,nie ulegając ideologiom i twardo trzymając się zdrowych zasad

    Komentarz


    • Nowy wymiar polityki międzynarodowej na forum Rady Europy



      Strasburg 16.11.2016

      "Polak, Węgier — dwa bratanki,
      i do szabli, i do szklanki,
      oba zuchy, oba żwawi,
      niech im Pan Bóg błogosławi."

      My ludzkie bydło, ludzki gnój, z suteren i poddaszy, my chcemy herb mieć swój, na zgubę wrogom naszym.

      Komentarz


      • Pierwsza tura francuskich prawyborów na centroprawicy za nami i zdecydowaną przewagą wygrał...ten trzeci,czyli Francois Fillon
        27 listopada druga tura z Juppe i w sumie ...trudno powiedzieć ,który miałby większy sens.Tak czy inaczej ,raczej jeden z nich będzie głównym rywalem Le Penowej,chociaż to jest Francja i poważnych kandydatów do zamieszania znajdzie się więcej.Różni byli czy obecni ministrowie itd itp będą startować samodzielnie: najpierw w prawyborach ,a potem możliwe,że jako kandydaci jakichś tam partyjek,ruchów
        Ostatnio edytowany przez Berni; [ARG:4 UNDEFINED].

        Komentarz


        • "Czy grozi nam III wojna światowa?" Ciekawa rozmowa z Panem Jackiem Bartosiakiem.

          Komentarz


          • Mam dziś nieco więcej czasu i sił więc na szybko gdy już upadły tutaj wizje wielkich zmian i jeszcze większego wzburzenia emocjonalnego:
            Najpierw fakty:
            - Donald J. Trump będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych
            - Do Sądu Najwyższego desygnowani zostaną na najbliższych 15-20 lat wyłącznie konserwatyści, a jest mocno prawdopodobne że nowy prezydent będzie miał do obsadzenia aż 3 miejsca - co ma duże znacznie dla "obyczajowości" w Stanach Zjednoczonych
            - Republikanie wzięli całą władzę federalną w kraju, oprócz tego rządzą w 31 stanach. W tej chwili GOP ma największą władzę nad krajem w całej najnowszej historii Stanów Zjednoczonych
            - prezydent-elekt już zapowiedział wycofanie się z TPP i zakończenie negocjacji w sprawie TTIP, a także zmiany w NAFTA

            Rozwinięcie:
            Z pierwszego podpunktu wynika wszystko inne. Trump nie będzie kacykiem czy cesarzem, będzie prezydentem - a co za tym idzie będzie działać w oparciu o amerykańską biurokrację, o amerykańskie służby i w porozumieniu z parlamentem. Jeśli ktoś się spodziewa rewolucji w Stanach to może się głęboko zawieść. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma bardzo duże prerogatywy(owszem) ale głównie w polityce zagranicznej - w polityce krajowej każda zmiana wymaga kontrasygnaty senatu i/lub kongresu, a zmiany kluczowe również Sądu Najwyższego

            Podpunkt drugi daje nam niemalże pewność że za Ruth Ginsburg(83), S. Brayera(7 i A. Kennedy'ego(80) - trafią tam osoby, dla których aborcja nie jest "pospolitą procedurą medyczną", a zmiany ludzkiego DNA są nieco więcej niż tylko kontrowersyjne.

            Podpunkt trzeci mówi nam że albo Trump osiągnie porozumienie z własną partią, albo nie zrobi w Stanach nic. Na dziś wygląda to tak że prezydent szybko przekonuje do siebie wierchuszkę partyjną i przekonuje nawet największych oponentów. Więcej wygląda na to że samo GOP poszło po rozum do głowy i zamiast próbować zmienić elektorat spróbuje skorygować swoją politykę. Co za tym idzie zapowiada się silny nacisk na ograniczenie podatków, silne wsparcie dla amerykańskiego biznesu i szeroki system przebudowy infrastruktury w kraju(a co za tym idzie wpompowanie dużych środków do amerykańskiej gospodarki)

            No i podpunkt ostatni, mówi nam że Trump będzie realizował motto "America first", gdy pojawi się wreszcie ostateczny kształt nowego gabinetu będziemy wiedzieli o tym jakie będą wektory polityki zagranicznej USA. Na dziś już jest duży sukces, kanclerz Merkel położyła uszy po sobie i już zapowiedziała podwojenie wydatków na obronność(z 0.96% niemieckiego PKB do 2% wymaganych przez NATO)

            Przypuszczenia:
            potem
            Ostatnio edytowany przez Buziek_LG; [ARG:4 UNDEFINED].
            Podstawą materialną narodu jest ziemia, przemysł i handel. Kto ziemię, przemysł i handel oddaje w ręce cudzoziemców, ten sprzedaje narodowość swoją, ten zdradza swój naród.

            Komentarz


            • Zamieszczone przez Yanks Zobacz posta
              Hłehłe, Kijowski w wydaniu zaatlantyckim, a wiądącym znakiem tęczowa szmata -

              http://telewizjarepublika.pl/demokra...aly,40453.html
              Jak wygrywa lewica to jest demokracja. Jak wygrywa prawica, to wychodzimy na ulice i protestujemy, bo nie ma demokracji. Jak widać, takie zachowanie to nie tylko polska przypadłość, a pewien schemat. Zakładam, że niedługo podobnie będą wyglądać ulice w Austrii i Francji.

              Komentarz


              • Bum
                https://www.youtube.com/watch?v=PeKZchmGgcs
                Fikcja, ale daje do myślenia.

                Komentarz


                • Federica Mogherini wpada jutro na Legię. Może jakiś transparencik?

                  https://wiadomosci.tvp.pl/28006919/r...aczenie-polski
                  Za kibicowski trud, za święte barwy Twe...

                  Komentarz


                  • Prawybory wygrał Fillon i niestety to nic dobrego jak się wydaje.Z tego co można wyczytać, to taka bardziej radykalna wersja Sarkozego,a więc totalizm oraz ideologie w służbie globalizmu.Juppe to centrysta,więc byłby dużo bardziej rozsądny i racjonalny

                    Komentarz


                    • @up
                      Juppe, Fillon, Le Pen - żaden z francuskich kandydatów nie jest "rozsądny" ani "racjonalny"

                      Dziś bardzo mocny komunikat dla Turcji z Iranu. Iran słowami gen. Rasula Sanai-Rada jasno zapowiedział że Turcja chcąc obalić Asada będzie musiała mierzyć się również z Iranem
                      Podstawą materialną narodu jest ziemia, przemysł i handel. Kto ziemię, przemysł i handel oddaje w ręce cudzoziemców, ten sprzedaje narodowość swoją, ten zdradza swój naród.

                      Komentarz


                      • To fakt,ale można być jednak nieco bardziej rozsądnym i racjonalnym od oponentów

                        Komentarz


                        • Socjalistyczny prezydent Francji Francois Hollande ogłosił, że nie będzie ubiegał się o reelekcję w wyborach szefa państwa na wiosnę 2017 roku.

                          "Lecz przyjdą czasy, że te kutasy będą przed nami na baczność stać,
                          Ręka nie zadrży jak liść osiki, gdy będziem w głupie mordy prać.
                          Więc pijmy zdrowie szwoleżerowie niech smutki zginą w rozbitym szkle,
                          Gdy nas nie będzie nikt się nie dowie czy dobrze było nam czy źle.
                          "
                          Janusz Waluś - czekaMY!

                          Komentarz


                          • Wywiad z Juraszem dla Dziennika Opinii. Moim zdaniem bardzo ciekawy.

                            Uwaga: wywiad przeprowadza lewacka menda, a przepytywanym jest resortowe dziecko, więc jeśli boisz się, że się zarazisz lewactwem to nie czytaj - zamknij tę stronę, i dla pewności usuń pliki cookies.

                            Michał Sutowski: Czy polskie władze mają pomysł na politykę wschodnią? Prezydenci Kwaśniewski i Kaczyński mieli „doktrynę Giedroycia”, którą z mniejszym czy większym powodzeniem próbowali wcielać w życie. A co potem?

                            Witold Jurasz: Mam niestety rosnące wątpliwości, czy to, czy mamy pomysł ma jakiekolwiek znaczenie. Można mieć dowolnie śmiałą czy wyrafinowaną strategię, ale jeśli nie umiemy jej zoperacjonalizować, czyli przełożyć na język konkretnych posunięć – to kwestia jest interesująca dla kilkuset teoretyków i tzw „ekspertów”, ale nie ma skutków politycznych. Przełożenie doktryny na konkret skończyło się, w moim odczuciu, wraz z prezydenturą A. Kwaśniewskiego – później za PO mieliśmy festiwal PR.

                            A teraz?

                            Teraz akcent na politykę wschodnią jest z jednej strony większy, ale z drugiej – niejako równolegle – do głosu dochodzą też głosy, które źle wróżą. Jeśli do tego dołożyć słabą dyplomację, która na wschodnim kierunku jest słaba wyjątkowo; jeśli wziąć pod uwagę, że działamy wycinkowo, tzn. każde ministerstwo prowadzi własną politykę; wreszcie dodać do tego spór polityczny, w efekcie którego wszyscy na świecie widzą, że jesteśmy niekonsekwentni – to dostaniemy obraz, który optymizmem nie napawa. Kontynuując listę problemów dopisałbym jeszcze i to, że w pewnym momencie za czasów Radka Sikorskiego doszło do praktycznego outsourcingu polityki zagranicznej do dwóch sfer: do tzw środowisk eksperckich oraz – to skądinąd jest kontynuowane – do służb specjalnych.

                            To źle, że politykę zagraniczną robią eksperci?

                            Kłopot w tym, że na Zachodzie ekspertami od polityki zagranicznej są panowie siwi albo łysi, a optymalnie siwi i łysi równocześnie, względnie panie też niekoniecznie zaczynające kariery. Takie osoby mają za sobą kilka dekad praktyki w dyplomacji. I na dziesięć lat przed emeryturą idą pracować do którejś z dużych korporacji by zarobić, a później trafiają do think-tanków – już za nieco skromniejsze wynagrodzenie.

                            A u nas?

                            W Polsce eksperci to głównie młodzi ludzie, czystej wody teoretycy, absolwenci stosunków międzynarodowych czy politologii, bez praktyki, bez doświadczenia w dyplomacji, służbach, biznesie, słowem – w realu, za to bardzo dobrzy w pisaniu planów na dziesięciolecia. Gorzej idzie im pisanie planów na miesiące i lata. Do tego środowisko jest źle finansowane i prezentuje niemały niestety poziom konformizmu – teraz np. nagle odkrywa inklinacje neoendeckie.

                            A jak się mają do tego służby? Mówił Pan, że to drugi kierunek outsourcingu.

                            Mam ogromny szacunek dla działalności wywiadowczej i uważam, że trzeba służby wzmacniać, ale w tym zakresie, do którego są powołane, tzn. do pozyskiwania informacji z pracy operacyjnej, ze źródeł agenturalnych. A nie – do formułowania celów i zadań polityki zagranicznej ani tym bardziej manipulowania informacją na jej temat. A tym się właśnie dziś w znacznym stopniu zajmują, między innymi poprzez obsadzanie... środowisk eksperckich. To wygodne, bo można wtedy zyskiwać „eksperckie” potwierdzenia swoich tez, albo wprost przepisywać to, co piszą analitycy. W każdym razie to dużo łatwiejsze niż szpiegowanie.

                            Kto tego outsourcingu dokonał? Antoni Macierewicz?

                            Rolę służb zaczął wzmacniać „pierwszy PiS” – w tej formacji widać fascynację służbami, która powoduje specyficzną love-hate w relacjach z nimi. Wpływ służb na politykę pogłębił się jednak w czasach PO, choć to dość paradoksalne, bo same służby równocześnie niszczono – praktycznie zaprzestano pracy operacyjnej, a szefem wywiadu został człowiek kontrwywiadu. Jeśli naczelnym złodziejem zostaje policjant, to takie rozwiązanie nigdy dobrze się nie kończy.

                            A jak się ma jedno do drugiego? Osłabienie służb i ich zwiększone wpływy?

                            Skutek jest taki, że ma się ersatz polityki zagranicznej, zamiast polityki zagranicznej. Kierunek wschodni w MSZ został praktycznie sparaliżowany. Przyczyn tego stanu jest kilka. Od politycznych do kadrowych i organizacyjnych. Standardem na świecie jest rotacja z regionu na region; dyplomaci jadą na placówkę na Bliski Wschód, potem do Ameryki Łacińskiej, a następnie np. do Europy. U nas, jak chodzi o kierunek wschodni, to od lat mamy do czynienia z jednym kręgiem towarzyskim, który od lat zajmuje się niemal wyłącznie tym kierunkiem.

                            Przynajmniej mają doświadczenie...

                            To sprawia, że nasi dyplomaci mają wyrobiony „stosunek” do konkretnych państw, gdy tymczasem to jest dokładnie to, czego dyplomacie nie wolno. To jest bowiem zawód, w którym należy mieć wiedzę, a nie wyrobiony stosunek – obojętne czy pozytywny czy negatywny – do kraju urzędowania. Do powyższego dochodzi jeszcze kwestia doboru kadr. W początku lat 90 uznano, słusznie skądinąd, że wyzwaniem dla nas jest zakotwiczenie Polski na Zachodzie. Tyle że równocześnie

                            Wschód stał się przysłowiowym „zesłaniem”. W efekcie o ile na Zachód trafiały najlepsze kadry, to Wschód traktowano po macoszemu. W pewnym momencie na pięć osób zajmujących się Białorusią w MSZ, jedna znała rosyjski lub białoruski!

                            Ostatni minister, za którego MSZ działało poprawnie, to Adam Daniel Rotfeld.

                            Zakończył misję w październiku 2005 roku. To dość dawno temu było...

                            I wtedy jeszcze politykę na danym odcinku robiło się na poziomie dyrektora departamentu. Od czasów Radka Sikorskiego aż do dziś z ważną sprawą trzeba się „dopchać” do szefa resortu, bo nawet wiceminister nic albo niewiele może. A jak się człowiek „dopcha” to i tak liczy się PR, a nie realia. Dla jasności: ja nie zawsze się zgadzam ze wszystkim, co mówi minister Rotfeld, ale to jednak jest gentleman na poważnie, a nie specjalista od PR. W takim stanie rzeczy służby – jednak mimo wszystko odrobinę bardziej zorganizowane – zaczęły rządzić.

                            Ale właściwie dlaczego? To znaczy: na czym polegał ten mechanizm?

                            Osłabienie struktury MSZ i jego personalizacja były planowe, chodziło o przesunięcie centrum decyzyjnego. Nie bez znaczenia było też ego ministrów, bo ostatnim, który nie uprawiał „PR-zacji” polityki był właśnie Adam Rotfeld. Można powiedzieć, że do jego czasów w MSZ na każdym szczeblu decyzyjnym było dużo władzy i dużo odpowiedzialności. Obecnie ludzie mają mało władzy i mało odpowiedzialności. Minister Sikorski lubił opowiadać o nowoczesnym zarządzaniu, a sparaliżował resort. Obecnie Polska dyplomacja przypomina nieco koncept, którym Julia Latynina opisała kiedyś rządy w Rosji: osoby mające władze cierpią otóż na „impotencję omnipotencji”, tzn. gromadzą tak wiele osobistej władzy, że nie mogą nic z nią zrobić.

                            A gdzie są w tym wszystkim służby?

                            Jeżeli najpierw pozwala się służbom obsadzać stanowiska w MSZ, to one zaczynają dominować nad strukturą. Za czasów Radka Sikorskiego jedynie służby były na tyle zorganizowane, żeby cokolwiek przemóc w MSZ wobec wszechwładzy osobistej ministra.

                            Radkowi Sikorskiemu zarzucano, że odchodzi od doktryny Giedroycia – czyli, w naszych warunkach, priorytetu stosunków z Ukrainą, Białorusią i Litwą wobec stosunków z Rosją. Słusznie? Czy faktycznie ją porzucił w imię resetu z Rosją, a jeśli tak, to czy miał rację?

                            Po kolei. Ze strategią Giedroyciowską – co do zasady słuszną – jest pewien problem. Otóż jej autorem jest tyleż wybitny człowiek, co i „polski pan”. Problem polega na tym, że wykonawcy jego pomysłu uznali, że czas, byśmy byli „dobrym panem”. A problem nie w tym, żeby być dobrym czy złym, tylko żeby przestać być panem.

                            Dobry „polski Pan” ma ochotę Ukraińców czy Białorusinów, dla ich dobra oczywiście, cywilizować, być im pomocą i pomostem, ale nie zauważa, że oni sobie tego po prostu nie życzą.

                            Ukraińcy, jak lecą na Zachód, to nawet nie tankują w Polsce. Rosjanie w zasadzie nas nie zauważają, a z kolei do Białorusinów mamy rodzaj emocjonalnej pretensji...

                            A niby o co? Bo historycznie rzecz biorąc, chyba tylko z nimi nie mamy żadnych poważnych zatargów...

                            Mamy pretensje, że „nie dojrzeli, by walczyć o demokrację”. To jest wielki grzech polskiego środowiska eksperckiego i elit opiniotwórczych. Mam czasem wrażenie, że łatwość przechodzenia na stanowiska około-endeckie wynika, poza oczywistym konformizmem, również i z tego, że dla wielu Wschód okazał się rozczarowaniem. A wystarczyło nie mieć do niego emocjonalnego stosunku. To nie jest jednak możliwe, jeśli pragnie się dla kogoś „dobra”. U nas wśród ludzi zajmujących się wschodem dominuje – na poziomie czysto deklaratywnym – chęć czynienia dobra, a nie załatwiania naszych interesów. Mam takie wrażenie, że więcej powstaje opracowań o tym, jak należy rządzić Ukrainą, czy też Białorusią niż takich, gdzie sugeruje się rozwiązania dla naszej polityki.

                            To znaczy, że doktryna Giedroycia skazuje nas na paternalizm?

                            Jeśli ktoś czytał Giedroycia to nie. Niestety, mało kto czyta dziś klasykę. Skutek jest taki, że pomyliliśmy cel i metodę, w efekcie uznaliśmy za swój cel niesienie na wschód kaganka oświaty, czy też – w tym wypadku – demokracji. A celem było stworzenie buforu, który miał nas odgraniczać od zagrożenia, którym niezmiennie jest Rosja. Polityka zagraniczna to realizacja interesów. Nic innego.


                            CO ZA RESET ROSYJSKO-AMERYKAŃSKI DOSTALI AMERYKANIE

                            Tak czy inaczej: czy w ramach „resetu” porzuciliśmy Ukrainę i Białoruś, by dogadać się z Putinem? I wreszcie ostatecznie przestawić wektor naszej polityki na zachód?


                            Nie rozumiem w ogóle dyskusji o tym, czy mamy prowadzić politykę „jagiellońskąâ€ czy „piastowskąâ€. Wschodni wymiar naszej polityki to nie jest coś, co można zarzucić w imię wymiaru zachodniego. To polityka, która nijak nie jest i nigdy nie będzie alternatywą, ale trzeba się nią zajmować, bo to tyle, co zabezpieczenie tyłów. Polityka regionalna to również nie alternatywa dla kierunku euroatlantyckiego, a jedynie środek wzmocnienia naszego znaczenia na Zachodzie.

                            Trzeba grać na wielu fortepianach?

                            Tak, a to znaczy: pielęgnować wszystkie te polityki równocześnie – różne są tylko perspektywy czasowe.

                            Prawica skądinąd też tego nie rozumie, bo co rusz słyszymy o Międzymorzu, Trójmorzu czy koncepcji ABC, a nie potrafimy choćby poprawnie ułożyć sobie stosunków z sąsiadami. Jak można mówić o przywództwie regionalnym, gdy mamy fatalne relacje z Litwą, naprzemiennie złe lub marne z Białorusią i nijakie z Czechami i Słowacją?

                            O jakichś nowych blokach czy wielkich sojuszach można myśleć w horyzoncie kilku dekad, a nie w czasie jednej kadencji. Ale to dygresja.

                            Wróćmy na oś wschód-zachód: czy Rosja zainspirowała reset z samą sobą?

                            Kiedy słyszymy o wpływach rosyjskiej agentury w Polsce, to jest w tym sporo prawdy, bo efekty jej działania widać przecież w przestrzeni publicznej. Choćby tam, gdzie coraz wyraźniej dochodzą do głosu siły radykalnie antyukraińskie i takie, które wmawiają nam, że oto Władimir Putin jest rzekomo „obrońcą moralności”. Skądinąd większej głupoty nie da się chyba sformułować... Ile by jednak Rosjanie nie mieli tu agentów, to z pewnością nie dominują politycznie nad Polską tak, jak Stany Zjednoczone.

                            Ale to, pana zdaniem, dobrze czy źle?

                            Mówię to jako entuzjasta sojuszu z Amerykanami i człowiek, który był nie mniejszym entuzjastą budowy u nas tarczy antyrakietowej. Byłem skądinąd jej zwolennikiem nie dlatego, że wierzę, że aż tak wiele znaczymy dla Stanów Zjednoczonych, ale dlatego, że nie wierzę, żebyśmy znaczyli nadmiernie wiele. Budowa tarczy oznaczałaby tyle, że Amerykanie będą nas bronić nie dlatego, że nas lubią, że jesteśmy „przedmurzem”, obojętnie czy chrześcijaństwa czy demokracji, ale dlatego, że stalibyśmy się częścią ich systemu bezpieczeństwa. Lepiej stać się ćwierćkolonią amerykańską niż półkolonią jakiegoś innego, bliższego geograficznie, kraju.

                            No dobrze, czyli to amerykańscy agenci wpływu zmusili nas do resetu?

                            Spójrzmy na to w ten sposób: gdy mowa o resecie rosyjsko-amerykańskim, to wiemy dobrze, co za niego dostali Amerykanie. Znamy listę spraw, w których Waszyngton potrzebuje Moskwy. To na pewno rozmowy sześciostronne w sprawie Korei Północnej, wstrzymanie dostaw systemów obrony przeciwlotniczej kompleksu S300 do Iranu i wspólne naciski w sprawie tamtejszego programu atomowego. Do tego Rosjanie do pewnego momentu odgrywali ważną dla Amerykanów rolę w Syrii – gdyby bowiem Barack Obama zmuszony został do bombardowania Syrii, tak jak go namawiano, to mielibyśmy tam irańsko-amerykańską proxy war.

                            Której Amerykanie nie chcieli?

                            Oznaczałaby ona brak dealu atomowego z Iranem, a to z kolei – perspektywę bombardowania Iranu, utrudnienie pivotu w kierunku Chin, do którego Amerykanie musieli sobie „wyczyścić” Bliski Wschód, wreszcie zapewne saudyjski program nuklearny. Dużo gorszy niż irański, bo Saudyjczycy to nie jest cywilizacja, która ma 2 tysiące lat. Upraszczając można powiedzieć, że tak jak Irańczycy są najpierw Persami, potem muzułmanami, a na końcu szyitami, tak Saudyjczycy to najpierw wahabici, potem muzułmanie, a ledwie na końcu Arabowie. Jedna bomba w ich ręku jest gorsza niż cały arsenał w rękach irańskich...

                            Z tej wycieczki na Bliski Wschód rozumiem tyle, że Amerykanie dostali bardzo dużo za reset, a Rosja tak naprawdę nie wiadomo?

                            Nikt tego nie wie, a wciąż słyszymy, że przy okazji resetu Władimir Putin zrobił Amerykanów „w konia”. I tu jest sprzeczność. Nie można w kółko powtarzać, że Putin wygrał na resecie i równocześnie milczeć, gdy przychodzi do odpowiedzi na pytanie: co zyskał? Rezygnację z tarczy antyrakietowej? Przecież tarcza powstaje, tylko w nieco innej formie. Zostają nam spekulacje, ale wiemy czego chcą Rosjanie. Chcą otóż kontroli nad Ukrainą i Białorusią.

                            I mogli to dostać od Amerykanów?

                            Od Amerykanów Rosjanie mogli domagać się szepnięcia paru mocnych słów swoim sojusznikom w Europie: żeby ograniczyli się do udawania, że walczą o Ukrainę i Białoruś.

                            Po kilku rozmowach z ludźmi, którzy wiedzą więcej ode mnie nt. relacji Warszawa-Waszyngton mam podstawy sądzić, że reset polsko-rosyjski z 2008 roku to nie, jak głosi czasem prawica, dowód machinacji rosyjskiej agentury, ale raczej stokrotnie większych wpływów amerykańskich. I że poszedł dalej niż się powszechnie sądzi i nie ograniczał się wyłącznie do relacji polsko-rosyjskich.

                            W sensie: relacji bezpośrednich?

                            Proszę zwrócić uwagę, że rosyjski interes na kierunku ukraińskim i białoruskim – przynajmniej w momencie resetu – nie był sprzeczny z interesem amerykańskim. I faktycznie, USA swą dyplomację na Ukrainie ograniczały do spraw nieistotnych, a na Białorusi do oświadczeń w sprawie demokracji. My te opowieści o demokracji kupujemy, bo dla nas Ameryka to pochodnia wolności, ale wiemy skądinąd, że USA potrafią prowadzić bardzo twardą realpolitik z Saudyjczykami czy Uzbekami, na tle których Łukaszenka to przecież wzorcowy liberał i demokrata.

                            A czy Radek Sikorski miał swoją wizję polityki wschodniej? Może też ewoluował? Początkowo kojarzono go z twardą opcją pro-atlantycką, potem był rzecznikiem zwrotu „kontynentalnego”, w stronę Niemiec i Francji, czego wyrazem była mowa w Bundestagu...

                            Ze względu na różne doświadczenia współpracy nie jestem wobec niego obiektywny; niewątpliwie to bardzo inteligentny człowiek. Ale pytanie o wizję czy wyobraźnię polityka nie jest najważniejsze. Kiedyś spytałem Gleba Pawłowskiego: „Jaki właściwie jest Putin? Jak go rozumieć?”. Odpowiedział: „A co cię to obchodzi? Obserwuj politykę...”. Nie wiem, w co wierzy Radek Sikorski. Na pewno nie widzę w jego działaniu niczego, co byłoby sprzeczne z amerykańskim interesem.

                            Po negocjacjach w sprawie tarczy z lata 2008 roku Lech Kaczyński uznał go niemal za antyamerykańskiego.

                            Prezydent widocznie zakładał, że Amerykanie są niezmienni w swej polityce, a

                            Radek Sikorski przewidywał przyszłe działania USA po zmianie administracji. Moim zdaniem był konsekwentnie proamerykański, tylko lepiej, sprawniej antycypował zmiany amerykańskiej polityki.

                            Ufam, że to wynik jego przenikliwości intelektualnej.

                            I polityka wschodnia była po prostu podporządkowana nastrojom czy planom USA?

                            Największą tajemnicą polskiej polityki wschodniej jest jej brak. Ona mało kogo dziś w Polsce obchodzi...

                            Za Kwaśniewskiego tak nie było. Za Lecha Kaczyńskiego zresztą też.

                            Aleksander Kwaśniewski miał jeszcze sprawny aparat urzędniczy, Tusk już go nie miał, bo sam kazał go rozmontować. Jakiś rok temu minister Bartłomiej Sienkiewicz udzielił wspaniałego – w swej nieuświadomionej chyba szczerości – wywiadu Cezaremu Michalskiemu, który ukazał się na łamach „Dziennika Opinii” Krytyki Politycznej. Sienkiewicz na ponad 10 stronach tłumaczy w nim, jeśli rzecz ująć w skrócie, że Polska jest krajem tak słabym, że lepiej, by nie porywała się na jakiekolwiek strategiczne projekty. Myślenie w kategoriach strategii jest bowiem marnowaniem sił, a państwo powinno skupić się na bieżącym zarządzaniu, bo to jest kres jego możliwości. Do tych wniosków minister doszedł po pierwszej Radzie Ministrów, w której brał udział. Wspomina ją następująco: „Ona trwała trzy godziny i była poświęcona «matkom pierwszego kwartału». To było na tej Radzie Ministrów rozbierane do ostatniej śrubki w sensie konsekwencji ludzkich, w sensie bezpieczeństwa budżetowego, w sensie racji moralnych, w sensie operacyjnym. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Znalazłem się w centrum zarządzania państwem i nagle się okazuje, że tym, co rozpala wszystkich ludzi przy stole i jest tak naprawdę istotą tego centrum, nie jest wielki polski zakład z losem między Rosją a Niemcami, nie jest trzystuletnia historia Polaków, którzy mają okazję odwrócić swoją kartę (‌). I prawdę mówiąc, wtedy odkryłem tę kompletnie niewidoczną tkankę rządzenia Platformy i jej sens”.

                            Trzystuletnia historia Polaków musi być ważniejsza?

                            Dramatyczne jest to, że minister Sienkiewicz ani w czasie posiedzenia Rady Ministrów, ani dwa lata później nie zrozumiał rzeczy oczywistej: że to była to po prostu źle przygotowana Rada Ministrów. Kurtyna. Zaczęli nami rządzić ludzie, którzy nie mają pojęcia o sprawnym zarządzaniu.

                            Poza zarządzaniem PR-em oczywiście. PR zaś to gra na krótki dystans. I tu jest zasadnicza różnica. Otóż Aleksander Kwaśniewski miał do polityki wschodniej serce, ale też – i może to jest nawet ważniejsze – miał świadomość długości procesu. On nie oczekiwał cudów, także na kierunku litewskim. To też skądinąd jest element polityki wschodniej, bo formalnie Litwa jest w unijnym koszyku, ale skoro toczymy tam grę z Rosjanami, to ja osobiście, gdy mówię o naszej polityce wschodniej, zawsze mówię wówczas również i o Litwie.

                            Odcinek litewski to chyba nie było pasmo sukcesów...

                            Kwaśniewski oczywiście koniec końców naszych problemów z Litwinami nie rozwiązał, tak samo zresztą jak Lech Kaczyński, obydwu Litwini oszukiwali, np. w sprawie Możejek, ale też polskiej mniejszości. A jednak obydwaj prezydenci rozumieli, że to nie daje nam prawa się obrazić. W tym leży ich wielkość: wiedzieli, że nawet jak nic nie wychodzi, trzeba uparcie walczyć dalej.

                            A ich następcy? W rządzie i w pałacu prezydenckim?

                            Problem Radka Sikorskiego polegał na tym, że on chciał mieć „wielki sukces” w polityce wschodniej, a mieć go nie mógł. Na tamtym kierunku można tylko ciut-ciut ugrać, albo wszystko przegrać. Jak ktoś chce wielkich sukcesów i jeszcze chce na tym budować swój image, to lepiej niech robi coś innego.

                            Partnerstwo Wschodnie to nie było duże osiągnięcie? Wciągnęliśmy Szwecję i Niemcy do gry o wschód, w imię naszych priorytetów.

                            Przypominam sobie rozmowę ministra Sikorskiego z ówczesnym szefem administracji Aleksandra Łukaszenki, a dziś ministrem spraw zagranicznych Białorusi, Władimirem Makiejem. Kiedy nasz minister mówił o Partnerstwie Wschodnim, minister Makiej ostentacyjnie odłożył długopis. W moich rozmowach Białorusini pytali tylko: a konkretnie, to ile tam jest kasy?

                            Partnerstwo było, moim zdaniem, nieudane, bo wzorowano je na czymś, co myśmy sami przerabiali w latach 90. Tyle że nie było perspektywy członkostwa! Poza tym program przeżarty był unijną nowomową – jako człowiek, który nie pracował nigdy na kierunku unijnym, nawet nie rozumiałem tych dokumentów.

                            Na szczęście podwładny mi zaznaczał, co jest istotne – z kilkunastu stron było to najczęściej kilkanaście zdań. Jeśli ja, jako polski dyplomata tego nie rozumiałem, to co miał zrozumieć białoruski urzędnik? Różni mądrzy ludzie uzasadniali, dlaczego to było ważne, ale jako człowiek pracujący na wschodzie widziałem, że to nie wywoływało realnego zainteresowania po drugiej stronie.

                            Nigdzie?

                            Może z wyjątkiem Mołdawii, ale ten kraj ma realną perspektywę członkostwa, a poza tym potężny holownik do Europy, jakim jest Rumunia; w przypadku Białorusi to nie miało znaczenia. Powtórzę: tu nie chodzi o wielkie wizje, ale o codzienny konkret. Stosunki z Aleksandrem Łukaszenką to jest sinusoida, raz jest lepiej, raz gorzej. A my jesteśmy pierwsi do zamrażania relacji i ostatni do odmrażania. Kiedy wszyscy już z nimi rozmawiają, to my dopiero zaczynamy, a kiedy wszyscy ledwie zaczynają zaostrzać kurs my już jesteśmy w czołówce sankcyjnego peletonu. W ten sposób skracamy sobie okres, kiedy możemy cokolwiek ugrać. Zawsze jesteśmy w kontrze do trendu, bez politycznego refleksu.


                            SMOLEŃSK, CZYLI POLSKIE WIZYTY TO ZBYT CZĘSTO JEST BAŁAGAN I PARTYZANTKA

                            Dwa lata po inicjacji Partnerstwa Wschodniego następują feralne obchody rocznicy zbrodni katyńskiej. Czy rok 2010 i katastrofa Smoleńska były fundamentalną cezurą w polskiej polityce wschodniej?

                            Fundamentalne jest to, co się stanie z Ukrainą i Białorusią, których ta katastrofa nie dotyczy. Ale to był bardzo ważny rok z dwóch powodów. Po pierwsze, z punktu widzenia polityki wewnętrznej, która może na lata zostanie sparaliżowana Smoleńskiem, a co przekłada się na zdolność prowadzenia polityki zagranicznej w ogóle. A po drugie, ze względu na wnioski na temat stanu polskiego państwa, które należało wysnuć, a tego nie uczyniono. Dyskusję o przebiegu i konsekwencjach zdominowały bowiem trzy kłamstwa.

                            O zamachu?

                            Kłamią, mam niestety takie wrażenie, niemal wszystkie strony. Po pierwsze, kłamstwo nie tyle nawet o zamachu – bo badać wolno każdą wersję zdarzeń – ile spisku na życie prezydenta. Narracja zmierza bowiem do tego, że Tusk z Putinem zabili Lecha Kaczyńskiego. A to jest podłość, bo ja widziałem 10 kwietnia Tuska w Smoleńsku i to był człowiek w stanie głębokiego szoku. Natomiast odpowiada politycznie za brak profesjonalizmu i za amatorszczyznę. I za granie z Władimirem Putinem, mimo, że intencje Rosji – co najmniej od pamiętnego przemówienia w Monachium w 2007 roku – były oczywiste.

                            Skądinąd bardzo bym chciał, by doszło do ujawnienia notatek z wizyty Donalda Tuska w Moskwie w roku 2008. Tej, podczas której – jak mówił Radek Sikorski – doszło do propozycji podziału Ukrainy. Minister Sikorski potem się rakiem wycofał z tej wypowiedzi. Prawda leży jednak w dokumentach. Niekoniecznie tylko tych, które pozostały w MSZ.

                            Co ma Pan na myśli?

                            To, że prawda leży w dokumentach. Niekoniecznie tylko tych, które pozostały w MSZ.

                            Rozumiem, że drugie kłamstwo to „Polacy, nic się nie stało”?

                            Najpierw anegdotycznie: miesiąc po katastrofie p.o. prezydenta Bronisław Komorowski był w Moskwie. 36 godzin przedtem, zanim znalazł się na Białorusi, a konkretnie w Witebsku, skąd miał lecieć z powrotem do Polski, zadzwonił do mnie wiceminister spraw zagranicznych Białorusi. Z pytaniem, czy ja coś wiem, że Polski prezydent będzie na terytorium Białorusi, bo dowiedział się czegoś takiego od Rosjan. Po prostu kancelaria prezydenta zapomniała, że Witebsk jest w innym kraju niż Rosja, w związku z czym zapomniała poinformować polską ambasadę... To może tyle na temat wniosków z katastrofy. A kłamstwa strony rządowej i jej zwolenników dotyczą dwóch kwestii. Po pierwsze, jakoby „państwo zdało egzamin” – g... prawda, bo nie zdało. I drugie kłamstwo – że można było zakładać dobrą wolę Rosjan.

                            Państwo nie zdało egzaminu, bo sprawne państwa doprowadzają swych prezydentów bezpiecznie na ziemię?

                            Nie mówię nawet o samej katastrofie, ale o tym, co bezpośrednio po niej. Z polskiego samolotu z Donaldem Tuskiem wysypały się młode panie z Centrum Informacyjnego Rządu, a Rosjanie przysłali departament prawno-traktatowy, patomorfologów i prawników od prawa lotniczego.

                            Game over, bo oni byli przygotowani profesjonalnie, a my robiliśmy pospolite ruszenie. Zresztą polskie wizyty to zdecydowanie za często jest bałagan i partyzantka.

                            Jak 10 kwietnia rano usłyszałem przez telefon „katastrofa”, a potem rozłączyło rozmowę, to pomyślałem, że znowu nasi zapomnieli jakiegoś wieńca, więc spokojnie ubierałem się dalej. Po prostu słowo katastrofa intuicyjnie kojarzyło mi się z tym, że znów coś nie wyszło. Tylko, że nie wiedziałem, że tym razem aż tak bardzo.

                            Kto, za co odpowiada, kto załatwia?

                            Świetnie ilustruje problem nagranie, jak Barack Obama chce otworzyć drzwi i wysiąść z samochodu. Szef jego ochrony wykonuje gest ręką i prezydent odchyla się z powrotem na siedzenie. Bo prezydent USA rozumie, że wprawdzie jest najpotężniejszym politykiem świata i ma guzik atomowy, ale to nie on decyduje, kiedy w jego limuzynie otwierają się drzwi. A u nas jest: jak ja chce wysiąść, to pan ma mi otworzyć!

                            A jak chcę lądować, to ma pan wylądować?

                            Do przypadku smoleńskiego nie chcę się tu odnosić, bo z tego co wiemy, to co prawda sugerowano opinii publicznej, że usiłowano zmusić pilotów do lądowania, ale potem okazało się, że takie słowa jednak nie padły.

                            A co z tą „dobrą woląâ€ Rosjan. Grali na coś od początku? Bo to, że zwieźli profesjonalną ekipę, to chyba nie jest zarzut?

                            No właśnie. Jako ówczesny szef placówki białoruskiej przyjmowałem w Witebsku najpierw Jarosława Kaczyńskiego, a potem Donalda Tuska. Ekipa rządowa wyjechała do Smoleńska dopiero 40 minut później, a dojechała jako pierwsza. Do granicy nie było żadnych problemów, Białorusini zachowali się, można powiedzieć, non plus ultra: wpuszczali ludzi nie tylko bez wiz, ale i nawet bez paszportów, dane spisywali z dowodów, a raz (sic!) z karty kredytowej. Skądinąd mimo tego musiałem walczyć o to, by im za to podziękować. W Warszawie były problemy z tym, żeby temu okropnemu dyktatorowi z Mińska nawet za tę pomoc powiedzieć „dziękuję”. A my zgody na przelot samolotów, które standardowo zgłasza się z tygodniowym wyprzedzeniem, otrzymywaliśmy od ręki, raz zajęło to dosłownie 15 minut.

                            A po przekroczeniu granicy? Jak już Białorusini was przepuścili?

                            Rosjanie od początku zachowywali się prowokacyjnie. Autokar Kaczyńskiego wstrzymywano w trakcie jazdy, a potem zatrzymano przy wjeździe na lotnisko. Byłem świadkiem rozmów delegacji rządowej, gdzie padały słowa „znowu nas Rosjanie wy...ali”, byłem świadkiem i tłumaczem, jak jeden z szefów protokołu Putina mówił, że „teraz premier Putin chce przekazać kondolencje Jarosławowi Kaczyńskiemu, jak chcecie te kondolencje, to idźcie tam do namiotu”. Krótko mówiąc, nieprawdą jest, że nie wiedziano o tym, jak oni się zachowują. Na marginesie, skandalem jest też to, że obie delegacje się ze sobą nie spotkały. Oni mogą się nawet nienawidzić, ale nie mieli prawa tego Rosjanom pokazać.

                            Czego właściwie Polska powinna chcieć na wschodzie, w Białorusi i w Ukrainie. Jakie mamy tam cele i interesy?

                            Tak ogólnie, to żeby oni byli na Zachodzie. A tak realnie, to żeby nie byli na Wschodzie. Ale w tym punkcie wracamy do początku naszej rozmowy. To trzeba przełożyć na język konkretów. Gdy zostałem charge d’affaires RP w Mińsku i spytałem o instrukcje, odpowiedziano mi, żebym administrował ambasadą. Innymi słowy, MSZ nie miał dla ambasady na Białorusi żadnych zadań. Inna sprawa, że gdybym wówczas uznał, że to dobry pomysł i nie robiłbym nic, nie „wychylał się” to pewnie byśmy nie rozmawiali, bo dalej pracowałbym w MSZ. Inna sprawa, że w tymże MSZ nie brak naprawdę mądrych, szlachetnych i profesjonalnych dyplomatów – tyle, że mało kto ich słucha.

                            I co, pana zdaniem, mamy konkretnie do załatwienia?

                            Na Białorusi cztery sprawy: mniejszość, prywatyzacja majątku narodowego, dyslokacja wojsk rosyjskich i jeszcze sprawy historyczne. Po pierwsze, Polacy na Białorusi. Ta mniejszość powinna być naszym lobby – a wtedy musi mieć siłę, a więc wykształcenie i pieniądze, a przy tym pamięć, że są Polakami. Można oczywiście chcieć ich do Polski ściągnąć, ale żeby nie ściągać bezrobotnych, to też powinni być wykształceni. A my zachowujemy się tak, jakbyśmy woleli, żeby oni walczyli o demokrację... Zatem najpierw ustalmy, czego my od nich chcemy, bo ja rok kierowałem mińską placówką i wciąż nie wiem, czego Polska chce od swojej mniejszości w tym kraju.

                            A co to znaczy „prywatyzacja majątku narodowego”?

                            Mówiąc metaforycznie, białoruski Mieczysław Wilczek nie tylko już żyje, ale zdążył zostać ministrem. Ze względu na kryzys prezydent Łukaszenka musi pozwalać zarabiać swoim oligarchom – obecnie około 50 procent gospodarki Białorusi jest w prywatnych rękach, trwa więc tzw. uwłaszczenie nomenklatury.

                            I co nam do tego?

                            Trzeba wziąć w tym procesie udział. Nasz kawałek tortu nie będzie rzecz jasna wielki, ale nawet mały jest lepszy niż żaden. Mamy tu zresztą jedną przewagę nad Rosją: kraść jest fajnie na wschodzie, ale fundusz emerytalny trzyma się na zachodzie. Rosyjska ani ukraińska oligarchia nie będzie u nas trzymać pieniędzy, bo to są za duże sumy na nasz rynek. Ale już oligarchię białoruską moglibyśmy „ugościć”, ale trzeba by się pozbyć wyrazu obrzydzenia na swojej szlachetnej, pełnej dziedzictwa Jana Pawła II i etosu Solidarności twarzy. To w ogóle jest szerszy problem: my stypendia proponujemy wyłącznie opozycji, a komu Amerykanie dawali Fulbrighta?

                            Młodym reformatorom?

                            Tak, a ci młodzi reformatorzy z czasem uznali, że mercedes jest fajniejszy od wołgi. Można ich, jeśli ktoś ma taką potrzebę, odsądzać od czci i wiary, ale to tamci ludzie zagwarantowali realizację tego, czego chcieli Amerykanie.

                            A czego my możemy chcieć od samego Aleksandra Łukaszenki?

                            Ten kawałek tortu, o którym mówiłem, wymaga akceptacji samej góry. Jak prezydent pobłogosławi jakiś duży kontrakt z udziałem Polaków, to na niższym poziomie gubernatorzy pobłogosławią kolejne – niezupełnie w czynie społecznym, ale jednak. Pierwszy sygnał musi jednak wyjść od prezydenta. Tam działa odwrotna logika niż na Zachodzie, gdzie zaczyna się od małych interesów, żeby budować zaufanie, a z czasem uzyskuje dostęp do większych kontraktów.

                            Co poza skokiem na białoruski majątek narodowy?

                            Musimy walczyć o to, żeby nie doszło do dyslokacji rosyjskich sił zbrojnych na Białorusi, zwłaszcza bazy myśliwców. Bo my dzisiaj przejmujemy się Kaliningradem, ale za chwilę możemy mieć wojska Federacji Rosyjskiej pod połową naszej wschodniej granicy.

                            No i ostatnia ważna kwestia to historia – chodzi o załatwienie sprawy tzw. białoruskiej listy katyńskiej i cmentarza, jak się domyślamy, w Kuropatach. Nie można jednak dopuścić, by było to meritum – sprawa historii to ma być oczyszczenie przedpola do pozostałych, ważniejszych tematów. Nasz największy błąd polega na tym, że otwieramy temat listy białoruskiej teraz, kiedy już wszyscy na Zachodzie z Łukaszenką rozmawiają, a trzeba było zacząć, kiedy oni byli w izolacji – wtedy można było załatwić to tanio, dziś trzeba będzie zapłacić drożej.

                            Mówimy o polskiej mniejszości, o oligarchach i o władzach Białorusi, a co z opozycją?

                            Opozycja polityczna jest obecnie spacyfikowana, społeczeństwo białoruskie też – i nic dziwnego, jeśli potraktować wojnę w Ukrainie jako następstwo Majdanu, a tak traktują te wydarzenia media i większość Białorusinów. Łatwo zrozumieć, że żadnego Majdanu na Białorusi nie będzie. Pamiętajmy też, że Polska stawiała i stawia na opozycję radykalną – o ile w przypadku PiS można to było jeszcze jakoś zrozumieć, o tyle w przypadku PO brak zainteresowania nurtem „okrągłostołowym”, dopuszczającym jakieś negocjacje z władzą, to zupełny absurd. Z kolei obecna ekipa rządząca zarzuciła w ogóle wsparcie dla opozycji, co oczywiście też jest przesadą – mówię to jako człowiek, który od lat wzywa, by jednak rozmawiać z reżimem w Mińsku. Zapomnieliśmy, że przecież Zachód miał swoje ups and downs w relacjach z PRL, ale nigdy nie obciął pieniędzy dla opozycji do zera. Białoruska opozycja będzie tych środków szukać i jeśli nie u nas, to łatwo sobie odpowiedzieć, gdzie je znajdzie.


                            Kończyć Majdan, nie mamy poparcia Zachodu

                            Pomówmy o Ukrainie. W kontekście tego, co pan mówił o resecie i jego skutkach – czy Zachód stracił zainteresowanie włączeniem Ukrainy w swoją orbitę? A może to Polska przelicytowała wciągając Ukrainę w porozumienie z Europą, które nie miało szans powodzenia?


                            Nie było innego wyjścia. Ze względu na zagrożenie rosyjską ekspansją imperialną nie mamy innej możliwości niż aktywna polityka na wschodzie. Z drugiej strony rzeczywiście było wiele sygnałów, że Rosja zareaguje tak, a nie inaczej. Co nie oznacza, że to my jesteśmy winni utraty Krymu czy wojny w Donbasie – bo to Rosjanie napadli na Ukrainę.

                            A czy nie należało być bardziej wstrzemięźliwym?

                            To tak naprawdę pytanie o element racjonalny w rosyjskiej polityce: oni napadli Ukrainę, bo dzięki temu perspektywa Ukrainy jako części Zachodu jest praktycznie zerowa. Ale i tu jest druga strona medalu: czy my wierzymy, żeby gdyby porozumienie wileńskie zostało w 2013 roku podpisane, to oni kiedykolwiek by z tego przedpokoju integracji wyszli, czy raczej utknęliby tam na dekady, tak jak Turcja?

                            Ale na początku naszej rozmowy usłyszałem, że na wschodzie trzeba walczyć o cele w długim okresie.

                            Ale w inny sposób.

                            Trzeba było czekać na chwilę, gdy statystyki handlu jeszcze wyraźniej przesunęłyby się na korzyść Zachodu. Ten proces z każdym rokiem postępował: coraz więcej obrotów z UE, z Rosją coraz mniej, ale to jednocześnie nie dawało Rosji pretekstu do interwencji.

                            Ja będąc mocno antyrosyjskim pisałem jeszcze w trakcie Majdanu, żeby go szybko kończyć, że nie mamy poparcia Zachodu, że Janukowycz jest, jaki jest, ale może być gorzej. Dziś niby jest „lepiej” – rządzą siły prozachodnie. Ale perspektywy europejskiej dla Ukrainy w mojej ocenie nie ma.

                            Czyli Sikorski miał rację, kiedy naciskał opozycję na jakieś porozumienie z Janukowyczem?

                            Tak. To, co mu się często stawia jako zarzut, było – w tym akurat wypadku – dowodem jego mądrości. Wygląda na to, że trzeba było poczekać pół roku, do wyborów, skoro Janukowycz i tak był politycznym trupem, a Rosji o wiele trudniej byłoby wejść na Krym i do Donbasu.

                            A jakie są właściwie cele Rosji w Ukrainie?

                            Rządzić Ukrainą z Kijowa, a nie z Doniecka. Pamiętajmy, że rządzić to nie znaczy być kochanym tylko mieć wpływ na procesy polityczne.

                            A co można jeszcze ugrać na Zachodzie w tej sprawie? To znaczy, co my i co Ukraina może dla siebie ugrać?

                            Przede wszystkim musimy wiedzieć, jakie danie dla Ukrainy pichcą z Rosją nasi sojusznicy zachodni – dlatego zawsze powtarzam, że działalność wywiadowczą prowadzić należy na wszystkich istotnych kierunkach, także po to, by sprawdzać np. wiarygodność deklaracji Niemców czy Francuzów. Musimy walczyć o opcję „wracamy do rozmowy o Ukrainie na Zachodzie za 20 lat”. Bo inaczej dostaniemy lepsze „mechanizmy współpracy” z Rosją, które znaczyć będą tyle, że Zachód uzna, że Ukraina to rosyjska strefa wpływów.

                            To dość minimalistyczne podejście z naszej strony...

                            W wypadku Ukrainy nie mamy już opcji dla nas najlepszej. Jest tylko opcja zła i trochę mniej zła. Zła to Ukraina w rosyjskiej strefie wpływów. Opcja mniej zła, albo może inaczej – opcja „second best”, to jakaś forma neutralności Ukrainy.

                            Tylko u nas za takie postawienie sprawy komentatorzy i eksperci rzucają się do gardła, że to zdrada. Ale to byłaby zdrada, gdyby alternatywa była lepsza, a nie gorsza. Lepszej tymczasem nie ma nawet na stole.

                            Czy Prawo i Sprawiedliwość oraz rząd mają jakkolwiek spójny obraz wschodu i priorytetów polskiej polityki na tym kierunku?

                            W PiS nie brak ludzi, którzy mają to wszystko logicznie i spójnie poukładane. To skądinąd paradoks, że w PiS chwilami – niestety tylko chwilami – więcej jest kontynuacji tej polityki, którą rozpoczął Krzysztof Skubiszewski i Tadeusz Mazowiecki. Tyle, że w PiS to się nazywa „polityka wschodnia Lecha Kaczyńskiego”. Jeszcze większy paradoks polega na tym, że rewizjonistami w polityce wschodniej do tej pory byli politycy PO, którzy tak chętnie się z kolei do Skubiszewskiego i Mazowieckiego odwoływali. Przechodząc do konkretów – są tacy ludzie, jak np. Przemysław Żurawski vel Grajewski. Profesor nawet kiedy mówi o Międzymorzu, to bardzo rozsądnie, z wyczuciem i zrozumieniem, że to plan na wiele lat – nie wprost, ale domyślnie wynika z jego słów, że to dziś nierealne – a więc pracujmy drobiazgowo nad relacjami z sąsiadami, a jak Rosja kiedyś osłabnie, może coś z tej pracy nam przyjdzie...

                            Ale to zdaje się nie jest jedyna opcja w PiS?

                            Jest też niestety druga grupa, którą uosabia wiceminister Jan Dziedziczak, a która reprezentuje podejście czysto endeckie, pełne resentymentów. I to środowisko jest wpływowe –

                            po PiS-ie krąży miraż, którym udało się zarazić liderów PiS. To mianowicie miraż jakiejś siły na prawo od PiS, która odebrać miałaby partii elektorat odwołując się do sentymentów endeckich i antyukraińskich.

                            Mam obawę, że rozsądek tej części PiS, którą utożsamiam z P. Żurawskim vel Grajewskim idzie w parze z jego subtelnością jako człowieka. Subtelność to wartość, ale niekoniecznie w grach gabinetowych, a w tych, a nie w starciu idei, wykuje się ostateczny kształt polityki wschodniej PiS.

                            Tzn. że widmo wzrostu popularności Ruchu Narodowego ustawia politykę PiS na kierunku wschodnim?

                            Nie tylko. Mowa o specyficznych środowiskach, w PiS i poza nim, które nigdy nie poczują się dobrze na Zachodzie z racji różnych ideologicznych zaczadzeń. W ich oglądzie Zachód jest jakoby niemoralny, co wiąże się często z obsesją homofobiczną i na temat gender. A Rosja to wówczas katechon powstrzymujący rozpad chrześcijańskiej cywilizacji. Nieraz nietrudno o skojarzenia ze Stowarzyszeniem Patriotycznym „Grunwald”... No i jest trochę jawnej rosyjskiej agentury, ale to nie ona jest najważniejsza.

                            Rozumiem, że jest taka opcja na prawicy, ale czy ona może realnie wygrać? Ustawić trwale priorytety PiS?

                            Ona nie musi wygrać, wystarczy, że od czasu do czasu spowoduje jakiś skandal, scysję z sąsiadami, jakiś rodzaj prowokowanego konfliktu... Mówiliśmy długo o tym, że politykę wschodnią trzeba realizować z konsekwencją, wyczuciem i taktem, in the long run, a te środowiska po prostu co jakiś czas będą wsadzać kij w szprychy. Dziś wygląda to niejednoznacznie. Np. dobra nominacja ambasadorska Jana Piekło na Ukrainę sugerowałaby, że PiS nie zawsze endeckiemu podejściu ulega, ale tak naprawdę o wszystkim zadecydują dalsze nominacje. Bo jeśli w roli konsulów generalnych wyślemy ludzi głoszących, że Lwów to polskie miasto, to główną rolą ambasadora Piekło będzie tłumaczenie się z ich wypowiedzi...


                            Polityka zagraniczna nie oparta na kompromisie nie istnieje

                            A Rosjanie?

                            Wielu naszych ekspertów twierdzi, że rosyjska polityka to tylko świetny PR i ewentualnie niezła taktyka, ale o żadnej długofalowej strategii nie ma mowy. Ci sami ludzie potem ze zdziwieniem konstatują, że znowu nas Rosjanie ograli.

                            Jeden z rosyjskich dyplomatów wyłożył mi to bardzo prosto: wy tworzycie swoje wielkie strategie, po czym my – dzięki tuzinowi „zaledwie taktycznych” zwycięstw – wywracamy ją wam do góry nogami.

                            Ilość tych taktycznych, uzyskiwanych doraźnie, na pozór mało istotnych zwycięstw przechodzi w końcu w strategiczną jakość.

                            Czyli faktycznie jesteśmy jak ta brzydka i biedna panna na wydaniu? I nic nie możemy? Nawet snuć wielkich planów na przyszłość?

                            Nie, to druga, obok prawicowych snów o naszej potędze, fałszywa – tym razem – nazwijmy ją umownie „salonowa” skrajność. Ale faktycznie, zamiast wielkich planów, skupmy się na sprawach taktycznych, załatwiajmy konkretne sprawy w relacjach z sąsiadami. Zróbmy mapę drogową rozwiązywania problemów zamiast rojeń o załatwieniu czegoś w wielkim pakiecie. A na początek ustalmy, w gronie reprezentantów najważniejszych obozów politycznych, że istnieje jakieś minimum w polityce zagranicznej, które jest nam wspólne i którego nie będziemy rozgrywać przeciw sobie na użytek wewnętrzny. Bo jak tego nie ustalimy, to nie ma znaczenia, która opcja w Polsce wygra, bo zawsze ktoś nam nieprzyjazny na zewnątrz będzie mógł liczyć, że ekipa się zmieni i znów będzie można realizować obce nam cele. Pierwszy tekst, jaki zamieściliśmy na portalu Ośrodka Analiz Strategicznych, autorstwa Krzysztofa Raka, głosił właśnie tę tezę: polityka zagraniczna nie oparta na kompromisie nie istnieje. Ja dodałbym do tego jeszcze jedno. Czas otóż na operowanie w świecie interesów, a nie wartości.

                            Co to znaczy konkretnie?

                            W świecie interesów można „grać”. W świecie wartości można jedynie wygłaszać przemówienia o tym, co dobre i słuszne. To skądinąd polska specjalność. Poza nami mało kto to robi, więc albo my wiemy coś, czego nie wie nikt poza nami, albo wszyscy rozumieją coś, czego my nie rozumiemy. Stawiam na tą drugą opcję. Jedyną tymczasem wartością w polityce zagranicznej jest Polska i interesy. Wieloletni premier Wielkiej Brytanii Henry Temple powiedział kiedyś „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Czas na Realpolitik, które nie jest, jak twierdzą jego krytycy, wyborem polityki, w której nawet rezygnacja z własnych interesów jest dopuszczalna, ale sztuką twardego, pozbawionego złudzeń definiowania interesów państwa i takiego wyboru środków realizacji, by ugrać najwięcej jak tylko można.

                            Naszym problemem jest to, że my zapominamy, że dyplomacja to gra, handel, próba ugrania najwięcej jak się da, nawet jeśli owo „najwięcej” to mniej niż byśmy chcieli.

                            To czynnik wewnętrzny, na pewno kluczowy. Ale jest jeszcze zewnętrzny: politykę wschodnią musimy uprawiać wspólnie z partnerami z UE. Prawica wyszydzała slogany o „płynięciu w głównym nurcie UE”, ale jak z niego wypadamy, to chyba tym bardziej tracimy wpływ na kogokolwiek... Rządowi PO zarzucano, że zamiast o interesy dba o wizerunek, ale teraz ten wizerunek jest fatalny. To chyba nie jest bez znaczenia dla naszych wpływów w UE?

                            To może od końca. Wypowiedzi ministra Waszczykowskiego o cyklistach i wegetarianach czy jego współpracowników o widelcach nazwać „nieszczęśliwymi” – to eufemizm. Delikatnie rzecz ujmując. To jasne, że w dyplomacji trzeba być miłym i to szczególnie wtedy, jak się ma sprzeczne z kimś interesy. Relacje dyplomatyczne mają wielkie znaczenie – zgoda. Ale działanie nakierowane tylko na wizerunek było ogromnym problemem poprzednich ekip, czego dowodem nieszczęsny reset z Rosją. Abstrahując od czynników, o których była już mowa, reset ogłoszono przedtem, zanim go uzgodniono. Tak nie wolno, bo wtedy już w negocjacjach trzeba się zgodzić na wszystko – żeby nie stracić twarzy. I nie można na siłę „płynąć w głównym nurcie”, jeśli jego kierunek jest sprzeczny z naszymi interesami.

                            OK, ale tzw. „atmosfera” czy „wizerunek Polski w Europie” nabierają chyba znaczenia w sytuacji, kiedy np. w UE ważą się relacje z Rosją. Nie przez Ukrainę, ale przez Syrię i Aleppo.

                            To prawda, mamy dziś moment, w którym szala się zaczyna przechylać i można by spróbować dołożyć obciążnik, by przeważyła nasza opcja – a nie potrafimy go dołożyć. A moglibyśmy, gdyby starczyło nam wyobraźni.

                            Dlatego byłem bardzo za tym, byśmy np. przyjęli uchodźców, oczywiście pod warunkiem, że nie pozostawaliby w zamknięciu. Większość z nich i tak by wyjechała do Europy Zachodniej czy Skandynawii, a nasza pozycja wobec Niemiec – w sprawie gazociągu bałtyckiego, statusu Ukrainy czy sankcji wobec Rosji – byłaby zupełnie inna.

                            W dyplomacji lepiej nie mówić „nie”, nawet jeśli to, co mówimy ma „nie” oznaczać.

                            Zwłaszcza, że na czele niemieckiego rządu lepszej kanclerz raczej nie będzie.

                            Rzeczywiście, biorąc pod uwagę, że alternatywą jest SPD, a do tego panią Merkel Putin osobiście poszczuł psem, więc nie ma między nimi osobistej chemii.

                            A czy moglibyśmy o wschód grać w jednej drużynie z Niemcami?

                            W jakimś stopniu tak, ale bez złudzeń. Niemcy znów są tam, gdzie co chwilę kieruje ich historia. Zbyt są potężni, by być tylko jednym z równych, zbyt są mali, by rządzić samodzielnie. To powoduje, że Berlin jest niejako skazany na rolę – tu nieprzypadkowo nawiązuję do Bismarcka – „uczciwego maklera”, czyli tego, kto bierze odpowiedzialność za równowagę mocarstw na kontynencie europejskim. W tej roli Niemcy nie mogą nadmiernie wyraźnie stać po jednej ze stron konfliktu. Muszą bowiem zdobyć i utrzymać zaufanie wszystkich aktorów, a więc również i Moskwy.

                            A gdzie w tym wszystkim nasze bezpieczeństwo?

                            Uważam, że podczas szczytu NATO osiągnęliśmy optimum tego, co możliwe. Wiele więcej nie ugramy. Dla Amerykanów Chiny zawsze będą ważniejsze, podobnie jak dla Niemiec Rosja. Żeby coś się zmieniło, musielibyśmy przekonać Zachód, że Rosja chce nas napaść. Mam wrażenie, że przyjęto założenie, że Rosjanie niczego nie zrobią, nawet jeśli w państwach NATO będą stacjonować choćby ograniczone kontyngenty sił starych państw członkowskich paktu. To logiczne założenie, ale z drugiej strony jeśli jest błędne, to te siły, które będą na niewiele się zdadzą.

                            Wojny nie będzie?

                            Nie ma nadmienię dużego ryzyka wojny, a jeśli już, to tylko bardzo ograniczonej.

                            Ewentualne zagrożenie może płynąć z dwóch czynników. Po pierwsze, wysokiej gotowości bojowej armii rosyjskiej, przez co do wywołania konfliktu wystarczy nawet przypadkowy zapalnik. A po drugie, z brawury Rosjan, którzy mają skłonność do przelicytowywania.

                            Militarnie to niebezpieczne, ale politycznie dla Polski korzystne, bo ostatnio Rosjanom udało się nawet Francuzów doprowadzić do furii. Obydwa te procesy równolegle narastają: Rosjanie coraz bardziej przelicytowują i irytują Zachód, ale zarazem zwiększa się zagrożenie jawną konfrontacją. Jest jednak jeszcze jeden element. Otóż choć militarnie trzeba być zawsze przygotowanym na najgorsze, to miejmy jednak świadomość – i Zachód też ją ma – że Rosją rządzi elita skorumpowana, a nie fanatyczna. Bo jak się wierzy naprawdę w jakąś ideologię, to nie okrada się własnego państwa. A jak się nie wierzy, to nie po to kupuje się Bentleye, żeby nie mieć do nich części zamiennych, ani nie wysyła kochanek do Cannes, żeby nie móc ich odwiedzić.

                            No to trzeba się bać czy cieszyć?

                            Kluczowe jest, aby nie doszło do żadnego incydentu z naszym udziałem – dlatego pomysły p. Romana Kuźniara – skądinąd dorady b. prezydenta RP (sic!), żeby strzelać do rosyjskich samolotów nad Bałtykiem uważam za kuriozalne i niebezpieczne. A jeśli już ktoś ma strzelać i ginąć, to niech to będą wszyscy, byleby nie my i nie Bałtowie.

                            Jakby miał Pan prognozować to‌.

                            To powiedziałbym, że przegraliśmy. Trzeba dalej robić swoje, ale założyć, że na wyniki trzeba będzie czekać wiele lat. Jeśli jednak mamy grać, tak jak do tej pory, to może lepiej sobie darować. To byłoby skądinąd takie bardzo polskie. Zamiast zrobić coś lepiej, mądrzej, profesjonalnej, obrazić się i zabrać swoje zabawki, nadąć się i rozpamiętywać, że chcieliśmy dobrze.
                            http://www.krytykapolityczna.pl/arty...-jest-jej-brak
                            http://www.krytykapolityczna.pl/arty...yba-nie-bedzie
                            Ostatnio edytowany przez bloniaq; [ARG:4 UNDEFINED].
                            Nie dotykaj forum, bo cię curva zmiecie z planszy
                            -------------
                            Jedynie prawda jest ciekawa

                            Józef Mackiewicz

                            Komentarz


                            • Rzeczywiscie coraz ciekawsze źródła. Lewacka menda co ściągała niemiecką antife na Marsz Nepodleglosci i retortowe dziecko, promujące się jako ekspert prawicy. To może jeszcze jakiś wywiadzik Lisa z Rzeplińskim?
                              Ostatnio edytowany przez Noris; [ARG:4 UNDEFINED].
                              "Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. Nigdy na to nie zezwolimy. Będziemy ich nękać tak długo, dopóki Polska się znów nie pokryje lodem. Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym."

                              Israel Singer na Światowym Kongresie Żydów

                              Komentarz


                              • D. Trump ogłosił nominację na sekretarza obrony - zostanie nim gen. James "Mad Dog" Mattis. Weteran wojen w Zatoce Perskiej, w Afganistanie i w Iraku(obu). Jeden z najbardziej nieprzejednanych "jastrzębi" w amerykańskiej polityce.
                                Jako ciekawostka podam że Mad Dog jest twórcą kilku bardzo ciekawych bon motów:
                                -Przychodzę w pokoju, nie prowadzę ze sobą artylerii. Błagam was ze łzami w oczach: Nie zadzierajcie ze mną, bo będę musiał was wszystkich powybijać - do liderów politycznych w Iraku po odesłaniu z kraju sprzętu ciężkiego
                                -Bądźcie uprzejmi, bądźcie profesjonalni. Ale miejcie w głowie plan zabicia każdego kogo spotkacie. - w odezwie do żołnierzy 1st Marine Division przed inwazją na Irak
                                I moje ulubione w formie graficznej - podczas pożegnania z żołnierzami odlatującymi do domu z Iraku



                                Przy okazji wygłaszania przemówienia w Ohio mocno przejechał się po dziennikarzach i ich profesjonalizmie. Jak ktoś lubi posłuchać "orania" to polecam sobie odtworzyć przemówienie Trumpa



                                Zamieszczone przez bloniaq Zobacz posta
                                Moim zdaniem bardzo ciekawy.
                                rly?
                                Ostatnio edytowany przez Buziek_LG; [ARG:4 UNDEFINED].
                                Podstawą materialną narodu jest ziemia, przemysł i handel. Kto ziemię, przemysł i handel oddaje w ręce cudzoziemców, ten sprzedaje narodowość swoją, ten zdradza swój naród.

                                Komentarz

                                Pracuję...
                                X