Strona 187 z 187 PierwszyPierwszy ... 87137177183184185186187
Pokaż wyniki od 5,581 do 5,589 z 5589

Wątek: Co się dzieje z byłymi Legionistami?

  1. #5581
    Legionista Awatar VBS
    Dołączył
    08.2018
    Posty
    68
    Cytat Zamieszczone przez Marcino Zobacz posta
    On tam coś mało gra ostatnio, może chce wrócić ?
    Niestety NS'i wyjaśnili:
    "Zwróciliśmy się też z prośbą o pomoc do kilku znanych i lubianych Legionistów, którzy w przeszłości mieli okazję grać z eLką na piersi, aby wsparli naszą akcję i zachęcili do wspierania Legii na meczu ze Śląskiem."

  2. #5582
    Ciekawa rozmowa z Furmanem na Weszło.
    http://weszlo.com/2019/03/14/media-l...-dowcipami-ja/ - wrzucam link, bo przy braku formatowania może to być ciężko przeczytać


    Jak ważne są dla ciebie opinie innych ludzi na twój temat?

    To zależy od tego, czy znam te osoby, czy nie. Jeśli mówimy o moich bliskich, znajomych czy nawet ekspertach, którzy znają się na piłce, liczę się z ich uwagami i spostrzeżeniami. Jeśli chodzi o resztę, trochę mniej.

    Ale nie jest tak, że masz to gdzieś?

    Skłamałbym, gdybym powiedział, że kompletnie mnie to nie obchodzi, ale podchodzę do tego z dystansem. Arek Milik opowiadał ostatnio, że włoska piłka charakteryzuje się tym, iż raz kibice cię uwielbiają, a za chwilę mogą uważać cię za dramatycznego zawodnika i to wszystko szybko oraz często się zmienia. Myślę, że u nas jest trochę podobnie.

    Zastanawiam się, skąd wziął się ten zły wizerunek, którego się dorobiłeś. Zadajesz sobie to pytanie?

    Myślę, że na pewno wynika z tego, co dzieje się na boisku. Po meczu z Koroną napisaliście dłuższy artykuł o tym, że cały czas dyskutuję z sędziami. Zgadzam się z nim, bo gdy oglądam powtórki, też często myślę sobie, że to niepotrzebne. Wynika to jednak głównie z tego, że czasami na boisku po prostu nie myślisz – gdy jest jakiś zapalnik, stykowa sytuacja, emocje biorą górę i dopiero po czasie uświadamiasz sobie, że zachowałeś się źle. Ludzie oczywiście się o tym nie dowiedzą i nie wezmą tego pod uwagę, tylko zapamiętają, co zrobiłeś.

    No chyba, że wyciągniesz wnioski i zaczniesz panować nad emocjami.

    Oczywiście, staram się. Nie chcę, żeby ta rozmowa wyglądała tak, że Furman znów czepia się sędziów, ale chyba wszyscy zgodzą się, iż zarówno w poprzednim sezonie, jak i w tym obecnym mieliśmy z arbitrami kilka razy pod górkę, a mimo to ostatnia taka sytuacja, w której mocno kłóciłem się z sędzią, to właśnie ten mecz z Koroną. To była trzecia kolejka. Możecie poszukać czegoś w późniejszych spotkaniach – wy czy ktokolwiek inny – ale raczej nic podobnego nie znajdziecie. Oczywiście to nie jest tak, że teraz Furman w ogóle się nie odzywa, bo choćby ostatnio w Białymstoku dostałem czwartą żółtą kartkę za jeden faul na środku boiska, więc miałem prawo zapytać, ale… no właśnie, zapytać. Teraz zachowuję się w stosunku do arbitrów inaczej. Niedawno nie mogłem zagrać w Legnicy, ale byłem pod szatniami i nawet usłyszałem od sędziego Przybyła: „Szkoda, że nie możesz wystąpić, bo ostatnio dobrze się współpracowało”.

    Sędziowie tego nie przyznają, ale jesteś na ich czarnej liście.

    Też tak słyszałem, ale wydaje mi się, że to już się zmienia. Dziś czasami rozmawiamy przed meczami.

    – Panowie, nie będę z wami dyskutował.
    – I o to chodzi! Jak nie gadasz, to lepiej grasz.

    I tego się trzymam.

    W meczu z Cracovią wszyscy zerkali na ciebie, a zagotował się Cezary Stefańczyk.

    Wiedziałem, że dyskusja może skończyć się źle. Już jak Czarek podchodził do sędziego, widziałem, że ten łapie za kieszonkę, a później było to zetknięcie głowami i czerwona kartka zamiast trzeciej bramki dla nas. Byłem blisko tej sytuacji i złapałem się wtedy za głowę, ale chyba można to zrozumieć. W tym meczu były takie emocje, że na miejscu graczy Cracovii chyba bym się załamał. Dla nas wszystko dobrze się skończyło, choć to zawieszenie jest dla mnie abstrakcją – nawet ludzie z Komisji Ligi radzili Czarkowi, żeby się odwołał, co chyba jest trochę niezrozumiałe, skoro wcześniej wydali taki werdykt, ale oby zostało to skrócone.

    Wróćmy do twojego wizerunku, bo nie wziął się on tylko z tego, że ponoszą czy ponosiły cię emocje i dyskutowałeś z sędziami.

    No i?

    Z czego jeszcze?

    To inni mają o mnie taką a nie inną opinię, więc chyba najpierw trzeba byłoby zapytać ludzi, co ich tak we mnie denerwuje.

    Ja mogę się domyślać, że dużą rolę odgrywa moje przywiązanie do Legii. Nie ukrywajmy – w Polsce, poza Warszawą, Sosnowcem i jeszcze kilkoma miejscami, ludzie Legii z reguły nienawidzą. Ciągle prędzej usłyszę, że „jestem kurwą z Warszawy” niż na przykład „piłkarzykiem z Płocka”. To chyba nawet główny powód. Tym bardziej po tym co powiedziałem, schodząc z boiska po czerwonej kartce w Białymstoku.

    „I tak Legia panowie, i tak Legia mistrzem”.

    Emocje wzięły górę, bo dostałem niezasłużoną czerwoną i właśnie wyrzucano nas z pucharów, po czym widziałem w tunelu, że ludzie patrzą na mnie z takim uśmiechem wyższości, jakby rzeczywiście byli w tym meczu lepsi. Gdyby nie te sytuacje, takie słowa pewnie by nie padły, choć nie żałuję, że ostatecznie stało się inaczej, bo ja nie robię tego na pokaz.

    Mogę dodać, że w tym meczu z Jagiellonią od początku atmosfera była napięta. Już na rozgrzewce zdarzył się pewien przykry wypadek. Na ich stadionie za bramkami nie ma siatek i jeden dzieciak przypadkowo dostał ode mnie tak mocną petardę w twarz, że od razu się złożył. Podbiegłem sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, przeprosiłem i zaproponowałem koszulkę, ale błyskawicznie usłyszałem od zebranych tam rodziców, że „mam ***********” i jeszcze kilka innych rzeczy. Każdy mój kontakt z piłką na tym stadionie to gwizdanie i buczenie. Nie mówię, że mam o to pretensje, ale chciałem pokazać, że czasami niektóre sytuacje i to, że puszczają nam nerwy, wynikają też z pewnych spraw, o których nie wszyscy wiedzą.

    Podobnie jak w sytuacji z odejściem Marcina Kaczmarka? Powiedziałeś, że nie chcesz do niej wracać, ale wydaje mi się, że przedstawienie swojej wersji mogłoby ci wyjść tylko na dobre. Fakty są takie, że bardzo dużo wtedy przegrałeś.

    Nie rozpatruję tego w kategorii wygranej i przegranej. Może ktoś z boku tak to odbiera, ale to nie jest taka sprawa. Wszystko zostało już powiedziane przez prezesa, dyrektora sportowego, trenera Brzęczka, więc można to zostawić. Pół roku później Marcin Kaczmarek odebrał na gali w Płocku nagrodę dla trenera siedemdziesięciolecia Wisły. Nie było okazji do rozmowy, ale normalnie się przywitaliśmy. Dziś trener jest w Termalice razem z Piotrkiem Wlazło, z którym dobrze się znam, więc życzę im, żeby ich kariery rozwijały się jak najlepiej.

    Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie masz sobie nic do zarzucenia?

    (chwila zastanowienia) Nie i możemy przejść do następnego tematu.

    Zapytam jeszcze, czy to prawda, że po tej sytuacji miałeś rozmowę wychowawczą z najbardziej zagorzałymi fanami Wisły, bo usłyszałem taką informację właśnie ze środowiska kibicowskiego.

    Pierwsze słyszę. Było spotkanie z kibicami przed meczem z Legią, ale to jeszcze wtedy, gdy trenerem był Marcin Kaczmarek. To była moja pierwsza runda w Wiśle i graliśmy słabo. Kibice powiedzieli wtedy, że nie chcieliby, żeby ktoś przed spotkaniem mówił cokolwiek o Legii. Nie było to powiedziane do mnie, ale wszyscy wiedzieli, że to ja jestem adresatem. Odpowiedziałem im wprost, że jestem legionistą, ale grając dla Wisły, zrobię wszystko, żebyśmy wygrali.

    Późniejsze poślizgnięcie na Legii w innym meczu wyszło w tym kontekście trochę niefortunnie.

    Niefortunnie, ale po prostu nie zauważyłem Vesovicia, który wykazał się sprytem, w dodatku Legia miała farta, bo ta piłka odbiła się od słupka i trafiła pod nogi Cafu. Wszystko tak się jakoś złożyło, żeby to Furman był tym złym, ale kurczę… Nie chcę użyć niecenzuralnych słów, ale trzeba mieć coś z głową, by mówić, że grałem w tym meczu dla Legii. Przecież to podchodzi pod korupcję, a to najgorsza rzecz, która może być w piłce.

    Obraziłeś się w pewnym momencie na media?

    Było inaczej – w pewnym momencie nie było powodów, żebym się w mediach pojawiał. Najpierw mieliśmy sytuację z trenerem Kaczmarkiem, która została dość szybko wyjaśniona i wszystkie strony – prezes, ja i trener – powiedziały, że nie ma tematu, co media przyjęły. Zostałem w Płocku, gdzie na początku pracy trenera Brzęczka nam nie szło, później było trochę lepiej, ale znów wpadliśmy w dołek, więc nie za bardzo było ze mną o czym rozmawiać. Na nikogo się nie obraziłem, ale przecież nie będę dzwonił do dziennikarzy i prosił, żebyście zrobili ze mną wywiad. To działa w drugą stronę. Dopiero teraz, gdy była sprawa z Romanczukiem i mecz z Cracovią, trochę sobie o mnie przypomnieliście.

    Piłem bardziej do występu w Lidze+ Extra, w trakcie którego wypadłeś źle. Siedziałeś tam trochę jak za karę.

    Niefortunne było to pytanie w „Pomidorze” o Seweryna Kiełpina – czy tracimy przez niego więcej punktów, niż nam ratuje.

    Podobno był zły, że potwierdziłeś.

    Był i nie dziwię mu się, bo też bym był. Wyjaśniliśmy to sobie i przyznałem mu rację, ale druga strona medalu jest taka, że nie skłamałem. Po prostu taka była wtedy nasza sytuacja, przegrywaliśmy wiele spotkań i tak dalej. Choć dziś odpowiedziałbym inaczej, to nie rozkręcałbym z tamtego powodu wielkiej afery, że Furman nadaje na kolegów. Przecież nawet wcześniej w tym samym programie powiedziałem, że to nie tylko Seweryn puszcza bramki, tylko my jako cała drużyna bronimy źle i je tracimy. Tego ludzie nie zapamiętali.

    Okej, Kiełpin Kiełpinem, ale ty całościowo nie wypadłeś korzystnie. Generalnie zachowujesz się trochę tak, jakbyś zapomniał, że futbol to rozrywka i w trakcie tego programu było to mocno widać.

    Media lubią ludzi, którzy dużo się uśmiechają i rzucają dowcipami, ale ja jestem inny, trochę bardziej skryty. Jeśli czegoś nie czuję, to tego nie zrobię. Nie będę się sztucznie szczerzył, żeby ludzie mnie polubili. Byłem w tym programie sobą. Nie oglądałem go drugi raz, ale skoro taki był odbiór, to nic z tym nie zrobię.

    Przed naszym spotkaniem wróciłem do twoich wywiadów z czasów Legii. Na przykład „As wywiadu” z twoim udziałem wyglądał tak, że prowadzący żegnając widzów zażartował, iż zwraca się do tych, którzy jeszcze nie zasnęli – do tego stopnia poprawny politycznie byłeś. W tych pisanych rozmowach pozwalałeś sobie na trochę więcej, ale do wszystkiego, między innymi do krytyki w internecie, odnosiłeś się z przymrużeniem oka. Odnosiłem wrażenie, że to kompletnie inny gość niż w Lidze+ Extra i ten, którego widzę teraz.

    Moim zdaniem po prostu dojrzałem. Gdy wchodziłem do Legii, siedziałem w szatni obok Ljuboi, Żewłakowa, Wawrzyniaka czy Radovicia, więc siłą rzeczy stałem trochę z boku zarówno w szatni, jak i poza nią. Teraz mam siedem lat na karku więcej, trochę w piłce przeżyłem, więc moja rola jest inna. Jest mi dobrze z tą zmianą.

    Pytanie czy po drodze nie zgubiłeś trochę radochy z tego wszystkiego. Odpalam sobie Turbokozaka, w którym wystąpiłeś z Michałem Kucharczykiem i nie wyobrażam sobie, że dziś Furman może dać takie show.

    A może to jest właśnie wasz błąd, że tak mnie zaszufladkowaliście? Na pewno nie było okazji, żeby coś podobnego zrobić. Zauważ, że moja wizyta w Lidze+ Extra zbiegła się z naszą porażką 0-3 na Lechii. Nie wyobrażam sobie tego, że w takim momencie, który był dla nas bardzo trudny, poszedłbym do programu, gdzie robiłbym sobie żarty i ciągle się uśmiechał. Pewnie słyszałeś o Sergio Ramosie, który w trakcie meczu z Ajaksem siedział na trybunach i kręcono o nim film. Real dostawał baty i odpadał z rozgrywek. Myślę, że w tym materiale też nie zobaczymy, że się uśmiecha. Musi być odpowiedni moment, by pokazać weselsze oblicze.

    Mam wrażenie, że trochę zmienił cię wyjazd do Francji, a konkretniej to, że ci tam nie wyszło.

    Życiowo ten czas poza krajem nauczył mnie większej odpowiedzialności i pozwolił trochę lepiej poznać samego siebie. Kompletnie tego okresu nie straciłem, również pod względem piłkarskim, bo poprawiłem dynamikę, której nigdy nie miałem i grę w obronie. Żałuję, że tych meczów było tak mało, ale czasu już nie cofnę.

    Ale po tym nieudanym wyjeździe chyba nie do końca zgadzałeś się z krytyką, która siłą rzeczy się pojawiła.

    Szczerze mówiąc, już o tym nie pamiętam. Z tego okresu zostało mi w głowie tylko to, że ktoś przetłumaczył konferencję trenera Casanovy, na której ostro mnie zjechał i rozeszło się to po polskich mediach. Nie przypominam sobie jednak, żebym się na to obrażał.

    Nie chciałeś przyznać, że wracasz z podkulonym ogonem.

    I teraz też bym tak powiedział. Jakie miałem wyjścia? Mogłem iść do Tuluzy lub zostać w Legii, do której przychodził trener Berg i nie wiadomo było, czy bym u niego grał. Załóżmy, że nie. I co było dla mnie lepsze? Wyjazd do Francji i spróbowanie swoich sił czy zostanie? Gdybym nie pojechał, pewnie pisalibyście, że się przestraszyłem i że nie mam jaj. Powrót do Legii gdy mi nie szło, był najlepszą opcją. Skoro nie grałem przez pół roku, to do Tuluzy nagle nie zgłosi się po mnie Lyon.

    Ale jakieś Amiens już może.

    Takich tematów jednak nie było. Gdy pół roku siedzisz na trybunach, chcesz po prostu uciec. Ja miałem możliwość zrobić to do Legii, ale po powrocie nie było tak, że dostałem coś za darmo. Na początku nie było łatwo, ale z czasem wskoczyłem do składu.

    Masz sobie coś do zarzucenia, jeśli chodzi o okres spędzony we Francji?

    Nie.

    Doprecyzuję, że mówimy stricte o tym, co robiłeś w klubie, by otrzymać szansę.

    Kompletnie nie mam sobie nic do zarzucenia. Powiedziałem ci na początku, że dla mnie najbardziej liczą się opinie osób, z którymi jestem blisko. W tamtej drużynie Tuluzy byli tacy piłkarze jak Jonathan Zebina, Etienne Didot, Martin Braithwaite, Wissam Ben Yedder i Abel Aguilar. Widzieli mnie na treningach i czasami zastanawiali się, dlaczego nie dostaję szansy. Kiedyś był taki okres, w którym drużynie szło słabo i w szatni doszło do męskiej rozmowy z trenerem. Casanova dopytywał się piłkarzy, co się z nimi dzieje, na co Didot, który bywał kapitanem, odpowiedział, że nie ma atmosfery i zapytał, jak się ma czuć taki Furman, który jest we Francji sam, ciężko pracuje, ale nie dostaje okazji, by się pokazać. Czułem, że miałem poparcie u kolegów, ale u trenera tego zabrakło.

    Wiesz, że zaczyna brzmieć to jak klasyk: „trener mnie nie lubiłâ€.

    Tego nie powiedziałem. Pamiętam, jak wróciliśmy do treningów po przerwie letniej. Gdy pracowaliśmy u siebie, trener mówił mi, że super wyglądam. Potem pojechaliśmy na obóz, w trakcie którego naprawdę mocno trenowaliśmy. Po zgrupowaniu, po którym byłem zmiażdżony fizycznie, graliśmy pierwszy sparing – był słaby w moim wykonaniu. Drugi, rozegrany trzy dni później – tak samo. Trener pyta wtedy, co się ze mną dzieje, a ja mówię mu, że czuję się słabo fizycznie. Zagrałem jeszcze w kolejnym, znów piach, ale po nim był koniec. Moim zdaniem to właśnie te spotkania zaważyły. Można powiedzieć, że nie wykorzystałem szansy i zamknąć temat, ale znajdziemy wiele przypadków piłkarzy, na których w podobnych sytuacjach poczekano i wszyscy skorzystali. Ze mną było inaczej.

    Typowych błędów dla młodych Polaków wyjeżdżających za granicę nie popełniłeś?

    Uczyłem się języka. W zasadzie pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po transferze, było poproszenie o lekcje. Usłyszałem, że mogę zacząć za miesiąc, bo tak pasuje ich nauczycielce. Ze mną do drużyny przychodził Serb Dusan Veskovac i mieliśmy chodzić na zajęcia razem. Najczęściej bywało tak, że on po treningach wracał do domu, gdzie czekała na niego rodzina, a ja siedziałem na tych lekcjach sam. W szatni miał trochę łatwiej, bo w drużynie było już dwóch Serbów, ale zrobiłem więcej niż on. Łapałem ten język. Potem, gdy dostałem dzwona od trenera, który wprost powiedział mi, że nie będę grał, morale poszło w dół i pomyślałem sobie, że nie ma sensu się uczyć. To może był błąd.

    Czyli chyba możemy powiedzieć, że największy błąd popełniłeś jeszcze przed transferem, a nie po nim. Mianowicie taki, że w ogóle zdecydowałeś się na ten wyjazd. Nawet we wspomnianym „Asie wywiadu” mówiłeś, że jeszcze nie wiesz, jak potoczy się twoja kariera, ale na pewno nie chciałbyś trafić do Francji. Marcin Kubacki, twój menedżer, też ostatnio powiedział, że odradzał ci ten transfer.

    Była pewna sytuacja po jednym z meczów w Warszawie. Michał Żewłakow zabrał mnie do loży, w której czekał skaut Tuluzy. Opowiadał mi o tym, jakim drużyna gra systemem, w ilu meczach mnie oglądał i zapewniał, że bardzo by mnie chcieli. „Żewłak” wziął mnie wtedy na bok.

    – *****, „Furmi”, szczerze? Ja na twoim miejscu, to już jutro bym tam poleciał, sprawdził wszystko i w ogóle się nie zastanawiał.

    Nie wiem, czy on o tym pamięta, ale ja pamiętam doskonale. Gdy dyrektor sportowy klubu, w dodatku zasłużony piłkarz, z którym grałeś w jednej drużynie, mówi ci takie rzeczy, chyba masz prawo pomyśleć, że ma rację. Nie powiem, że był to dla mnie wielki autorytet, ale liczyłem się z jego zdaniem i pomyślałem sobie wtedy: „kurde, może ta Francja nie będzie taka straszna – trzeba spróbować, bo mogę potem żałować”.

    Ale dyrektor sportowy z zasady bardziej dba o interes klubu niż piłkarza.

    Dokładnie. Wtedy tak nie myślałem, ale teraz różne rzeczy przychodzą mi do głowy. Może Berg widział mecze, uznał, że mnie po prostu nie potrzebuje i stąd ciśnienie na sprzedaż.

    Bogusław Leśnodorski nawet później powiedział, że gdybyś nie odszedł, mógłbyś trafić na wypożyczenie do Podbeskidzia.

    Zawsze medal ma dwie strony i trzeba wybrać właściwą. Choć czasami może się okazać, że żadna taka nie jest.

    Zabolały te słowa o Podbeskidziu?

    W ogóle nie… Ale nie rozmawiajmy o prezesie Leśnodorskim.

    To skoro już gadamy o twoich wojażach, to opowiedz o tym Hellasie. Chwytanie się czegokolwiek?

    Dokładnie tak to wyglądało. Byliśmy na obozie z trenerem Czerczesowem, zadzwonił Marcin Kubacki i powiedział, że jest taki temat, ale trzeba to zrobić jak najszybciej. W Hellasie był wtedy Paweł Wszołek i to przeważyło, że się zdecydowałem. Zadzwoniłem i powiedział, żebym przyjeżdżał.

    „Przyjeżdżaj, nie wygraliśmy jeszcze żadnego meczu”.

    Tak, „ale jak przyjedziesz, to zaczniemy!”. Zdecydowałem się, bo obecność Polaka była dużym plusem.

    Mogło się wydawać, że skoro drużynie nie idzie, to będziesz miał idealne warunki, by się odbić w dobrej lidze, a zaliczyłeś jedynie 19 minut w ostatnim meczu.

    Na mojej pozycji było trzech innych zawodników: Ionita, Viviani i Marrone. Pierwszego Hellas sprzedał za ponad cztery miliony, drugiego najpierw wypożyczał, ale później też nieźle na nim zarobili. W sytuacji klubu te pieniądze były ważne. Ostatni był wypożyczony tak jak ja, ale grał więcej, bo Włosi już tak mają, że gdy mogą, to stawiają na swoich. Po miesiącu rozmawiałem z trenerem i mówił, że na mnie liczy. Wiadomo, że prawie nikt ci nie powie w twarz, że jesteś słaby, tylko usłyszysz w takiej rozmowie, że dobrze pracujesz, ale tak właśnie było. Nie załamywałem się, czekałem na szansę, ale doczekałem się dopiero w ostatnim meczu.

    Tyle. Czasami wracam do tego myślami i zastanawiam się, jak mogłoby się to potoczyć, ale na dłuższą metę to nie ma sensu.

    A gdybyś mógł cofnąć czas, to związałbyś się z koncernem Red Bulla? Podobno trochę nie doceniłeś ich projektu.

    Zdecydowanie wybrałbym tę opcję. Zaważyło to, że klub RB Lipsk był wtedy w trzeciej lidze niemieckiej. Gdyby grali poziom wyżej, poszedłbym tam nawet w ciemno. Układ, z tego co mi przedstawiali, miał być taki, że trafiłbym na pół roku do Salzburga, a po ich awansie, o który walczyli, odszedłbym do Niemiec. Wtedy trochę tego nie czułem.

    Wychodzi na to, że we Włoszech zobaczyłeś, iż piłka to przede wszystkim biznes. Dla ciebie również?

    W pierwszej kolejności zawsze widzę w niej pasję, a w dalszej – biznes. Głównie te rzeczy się na nią składają. Nawet rozmawiałem ostatnio na ten temat z Łukaszem Masłowskim, który twierdzi, że dziś prawdziwej piłki w piłce jest może 30%, a reszta to właśnie biznes. Zgadzam się z nim, ale nie do końca mi to odpowiada. Czasami mówię kolegom z drużyny, że chciałbym wrócić do czasów gimnazjum, gdy startowałem w Legii czy nawet do jeszcze wcześniejszych, gdy mieszkałem w Szydłowcu i biegałem po podwórku. Dla mnie to była prawdziwa zajawka. W trakcie Euro 2000 po ostatnim meczu po prostu wychodziliśmy za blok i pięciu było jedną drużyną z tych, które przed chwilą oglądaliśmy, a pięciu – drugą. Nie musieliśmy nawet używać telefonów, żeby się skrzyknąć. Wtedy liczyła się tylko piłka, bez zaprzątania sobie głowy kontraktem czy tym, do którego klubu powinieneś iść, żeby dobrze trafić.

    Pytam o ten biznes, bo chodzi o tobie taka opinia, że przywiązanie do Legii nie wyjdzie twojej karierze na dobre, choć jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy.

    Z punktu widzenia biznesowego rzeczywiście może tak być. Nie wykluczam, że w samej Legii podchodzą dziś do mnie na takiej zasadzie, iż myślą sobie: „on cały czas chce do nas trafić, więc możemy sprawdzać inne opcje, bo w razie czego zawsze będzie czekał na nasz telefon”. Może tak być i mam tego świadomość, ale – tak jak już powiedziałem – nie mówię tego po to, by lubili mnie kibice czy prezes w końcu powiedział: „no dobra, bierzemy go”. To wychodzi ze mnie, tak czuję. Trafiłem do Warszawy w wieku 13 lat, więc wiem, co to znaczy być legionistą.

    Chodziło mi bardziej o to, że odrzucałeś oferty z lepszych polskich klubów niż Wisła. Powód – „bo Legia”. Już nawet nie mówię o tym Lechu, o którym było głośno – abstrahując od tego, czy oferta była, czy… Czemu się śmiejesz?

    Nic, dokończ.

    Karol Klimczak zdementował te wieści i wyszło trochę tak, że odrzucasz Lecha, choć on nawet cię nie chce.

    A co miał powiedzieć? Napisaliście artykuł, w którym trochę wyszedłem na głupka, ale nie mieliście racji. Owszem, to nie było tak, że faksem przyszła oferta i mój kontrakt do podpisu, w którym mogłem sprawdzić wszystkie warunki. Było za to tak, że pan Rutkowski rozmawiał z Marcinem Kubackim. W tej dyskusji padło stwierdzenie „od razu”, ale odpowiedziałem, że nie ma takiej opcji. Później do Lecha przyszedł Nenad Bjelica, który po jednym z meczów podszedł do mnie i powiedział: „szkoda, że jesteś legionistą, bo już byś u mnie grałâ€. Na podstawie tych faktów powiedziałem, że Lech mnie chciał. Może i nie było oficjalnej oferty, ale skoro padły takie słowa z ust trenera i wiceprezesa, to chyba nie skłamałem.

    Wróćmy do pozostałych klubów. Bardzo chciała cię na przykład Jagiellonia.

    Również kontaktowali się z Marcinem, ale powiedziałem, że nie chcę.

    Bo Legia?

    Bo Legia, ale również dlatego, że – przyznam szczerze – w tamtym momencie uważałem, iż Wisła nie jest gorszym klubem. Że ma brzydszy stadion, że mniej kibiców przychodzi na mecze, ale jeśli chodzi o jakość kadry, nie byliśmy gorsi niż Jagiellonia. Później w sezonie trochę się to potwierdziło, bo oni zdobyli wicemistrzostwo Polski, a my powinnismy skończyć w pucharach, no i w meczach z nimi graliśmy jak równy z równym.

    Mimo wszystko Jagiellonia, która już co sezon jest kandydatem do mistrzostwa, to przynajmniej pół półki wyżej.

    Okej, ale może właśnie tylko tego doświadczenia zabrakło nam, żeby skończyć akurat tamten sezon wyżej niż oni.

    Była też Wisła Kraków, wtedy w trochę innej sytuacji niż dzisiaj. Znów Legia?

    Z jednej strony tak, ale z drugiej – rozmawiałem na ten temat z Semirem Stiliciem i wiedziałem, że choćby sprawa właścicieli jest pogmatwana i różnie może być z pieniędzmi. Szkoda, że taki klub znalazł się w tym położeniu, ale nie wyobrażam sobie, że miałbym przez pół roku nie dostawać pensji.

    Generalnie chodzi o to, że ty mógłbyś grać w drużynie walczącej o mistrzostwo, a jesteś w takiej, dla której otarcie się o puchary było czymś wyjątkowym.

    Okej, z perspektywy czasu to nie wygląda na super wybór, bo lepiej co roku grać o tytuł i puchary, ale muszę się powtórzyć – czasu nie cofnę.

    Pieniądze nie miały znaczenia?

    Dżentelmeni o nich nie rozmawiają.

    Nie oczekuję, że teraz powiesz, iż zarabiasz tyle i tyle, a tam mógłbyś tyle i tyle.

    Nie dostawałem z tych klubów ofert na piśmie, ale słyszałem, że nie byłyby to kontrakty dwa razy wyższe niż ten, który mam w Wiśle.

    W Płocku, jeśli nic się ostatnio nie zmieniło, jesteś najlepiej zarabiającym zawodnikiem w drużynie, ale to ciągle nie jest poziom czołówki w lepszych klubach.

    Tego, mówiąc szczerze, naprawdę nie wiem. Nie mówię, że pieniądze nie mają znaczenia, bo znów bym skłamał, ale nie były najważniejsze.

    Wierzę o tyle, że na dobrą sprawę mógłbyś do ostatniego lata siedzieć w Tuluzie i dalej kasować, a tak trochę straciłeś na odejściu, ale grałeś.

    Tym bardziej, że miałem tak skonstruowany kontrakt, że z każdym rokiem zarabiałbym coraz więcej. Ale tak jak mówię – najpierw piłka, potem biznes. Na razie! Może za rok czy za dwa mi się zmieni.

    A zgodziłbyś się z opinią twojego menedżera, który twierdzi, że niektóre ze złych rzeczy z twoim udziałem, wynikają z tego, że masz ambicje, które niekoniecznie pasują do Wisły? Nie chodzi o to, żeby krytykować klub, ale naturalne jest to, że nie wszyscy w Wiśle wieszają sobie poprzeczkę na tej samej wysokości co ty.

    Nie będę oszukiwał – gdy po raz pierwszy usłyszałem, że chce mnie Wisła Płock, powiedziałem, że nie ma takiej opcji. Dopiero później, gdy wysypał się inny temat, zacząłem się do tego pomysłu przekonywać, co wiązało się też z osobą Łukasza Masłowskiego.

    Zgodzę się z tą opinią, którą przytoczyłeś. Pamiętam, że w pierwszej kolejce po moim przyjściu wygraliśmy z Lechią Gdańsk, w drugiej przegraliśmy z Piastem, a później był mecz z Legią. Chyba przed tym starciem spotkaliśmy się z trenerem mentalnym. Już nie pamiętam, jakiego tematu dotyczyła rozmowa, ale przy wszystkich powiedziałem, że przyszedłem do Płocka, żeby grać o mistrzostwo Polski. Czułem te spojrzenia, które mówiły mniej więcej: „o co mu, do cholery, chodzi?”.

    Przyjechał pan piłkarz i chyba coś mu się pomyliło.

    W dodatku wymachuje rękoma i kilka rzeczy mu nie pasuje. Na początku tak było i wszyscy to widzieli, ale też byłem w tym sobą. Poza tym wynikało to z tego, że i w Legii, i w Tuluzie warunki, w których pracowałem, były trochę inne. Ale dziś już tak nie jest i na nic nie psioczę.

    Pogodziłeś się z losem!

    Można tak powiedzieć. Jeśli miałem wygórowane ambicje, to dziś jest trochę inaczej. Nie wyzbyłem się tego, że ciągle chcę coś w piłce osiągnąć, ale w większym stopniu potrafię dostosować się do sytuacji, w której się znajduję.

    Zasiedziałeś się w Płocku?

    Na początku miał być rok, a leci trzeci sezon.

    Pod koniec tego pierwszego roku prezes Kruszewski o twoim pozostaniu mówił bez większej wiary.

    A jednak. Można powiedzieć, że się zasiedziałem, ale nauczyłem się też tego, że gadanie o przyszłości nie ma sensu. Na tę chwilę jesteśmy na 15. miejscu i mamy dwanaście kolejek, więc wszystko może się wydarzyć. To, co się ze mną stanie, zależy przede wszystkim ode mnie. Jak będę grał dobrze, to może odejdę, ale może być też tak, że z nikim się nie dogadam lub nie dogada się klub i zostanę.

    Czujesz się dziś piłkarzem trochę niedocenianym? Albo inaczej – czy czujesz, że przez twój wizerunek ludzie mają cię za gorszego zawodnika, niż ten, którym rzeczywiście jesteś?

    Kurczę, nie wiem.

    Gdy Jerzy Engel przed mistrzostwami świata powiedział, że w kadrze brakuje mu właśnie ciebie, jego opinia spotkała się raczej z politowaniem.

    Może po części tak być, ale z drugiej strony wiem, że takie postrzeganie nigdy nie jest wymierne. Jeśli ktoś uważa, że nie nadaję się do kadry, jestem średniakiem czy Wisła Płock jest klubem w sam raz dla mnie – okej, ich zdanie. Ja wiem, że stać mnie na więcej. Warto jednak czasami wziąć pod uwagę to, że piłka nie jest sportem indywidualnym, na sukces składa się wiele czynników. Trafiasz do klubu, który realnie walczy o wysokie cele, gdzie sukces napędza kibiców, a pełne trybuny sprawiają, że czasami zrobisz te pięć metrów więcej i wygląda to trochę inaczej. A wiem po sobie, że im większa presja, tym gram lepiej.

    Kto dziś jest najlepszym środkowym pomocnikiem w lidze? Albo możesz wymienić piątkę.

    Powiem tak – jeśli podglądam jakichś zawodników, to raczej nie tych, którzy grają w naszej lidze. Skoro mam wskazać kogoś z ligowców, to na pewno podoba mi się Cafu. Dalej Michał Janota, bo dziesiątki też biorę pod uwagę.

    Kamil Drygas?

    Jest skuteczny, choć sporo strzelił z karnych. To dobry piłkarz, ale jeśli miałbym być szczery, to z Pogoni podoba mi się gra Radka Majewskiego. Do tego wymieniłbym jeszcze Tibę z Lecha i z Jagiellonii… Jeżeli jest w formie, to Pospisil. Zawsze ciężko mi się na niego grało, bo to bardzo inteligentny piłkarz, ma te swoje „krzywusy” i świetnie panuje nad piłką. Mówiąc o najlepszych, wskazałbym tę piątkę, choć nie czuję się od nich gorszy.

    Tak się zawiesiłeś przy tym Pospisilu, że myślałem, iż wymienisz Romanczuka.

    Bez komentarza.

    Byłbyś w szoku, gdybyś dostał powołanie do reprezentacji?

    Nie nazwałbym tego szokiem. Raczej zaskoczeniem. A przede wszystkim byłoby to coś bardzo motywującego, że ktoś z najwyższej półki dostrzegł to, co robię.

    Twoi koledzy z młodzieżówki zaczynają stanowić o obliczu kadry.

    Bartek Bereszyński, Piotrek Zieliński i Arek Milik to pewniacy, a Marcin Kamiński, Karol Linetty i Tomek Kędziora raczej na razie zmiennicy, ale także ważni piłkarze. To tylko pokazuje, że można.

    Jednak wtedy, w kadrze U21, to ty wyprowadzałeś drużynę na mecze w roli kapitana. Ty w ogóle masz się za lidera?

    Myślę, że tak, ale nie jestem liderem, który dużo gada. Bardziej obserwuję, a gdy już coś powiem, to będzie to miało sens. Mam wrażenie, że niektórzy mówią w takich sytuacjach tylko po to, żeby coś mówić – dla stworzenia otoczki, która ma pokazać, że komuś zależy. Lepiej żeby było tego mniej, ale żeby coś to dawało.

    Dobra, pora ustalić jedną rzecz – masz ambicje trenerskie?

    Jeśli mam być szczery, to nie, kompletnie nie. Czasami gdy rozmawiam z kimś o piłce, mówię, że gdybym był trenerem danej drużyny, to ja bym tych piłkarzy pozabijał! Gdybym prowadził takiego Furmana i zrobiłby coś takiego jak na Legii czy wcześniej w Lubinie, gdy wyłożyłem piłkę Pawłowskiemu, to od razu byłby zjazd do bazy!

    Nie widzę się w tym, choć z drugiej strony uważam, że byłbym trenerem.

    Wkurzasz się, gdy słyszysz, że ludzie tak cię nazywają?

    Nie, od razu się z tego śmiałem. Nie ukrywajmy, że wiązało się to też z osobą Łukasza Masłowskiego. Że skoro on jest dyrektorem, a my się znamy, to mógłbym wpływać na skład czy na transfery. Kompletna bzdura i gadanie ludzi, którzy niewiele wiedzą.

    Co jeszcze trener Furman powiedziałby piłkarzowi Furmanowi?

    Podobne rzeczy, na które zwracał mi uwagę trener Brzęczek. Może w pierwszej kolejności to, że powinienem mocniej integrować się z grupą, biorąc pod uwagę moją pozycję w drużynie. Żeby nie zabrzmiało to źle – z każdym kolegą w szatni mam dobry kontakt, ale chodzi o coś więcej. Pamiętam rozmowę z trenerem Brzęczkiem po tym meczu w Lubinie, w którym zawaliłem gola.

    – I jak się czujesz?
    – Chujowo.
    – Na twoim miejscu wziąłbym chłopaków na piwo, żebyście mogli sobie pogadać.

    Przy 25-osobowej kadrze pewnie nie wszystkim by to pasowało, ale można było posłuchać tej rady. Jakieś wyjście później było, ale nie z mojej inicjatywy.

    Sprawa z Romanczukiem czegoś cię nauczyła?

    Żeby zakrywać usta, gdy coś mówię!

    Śmieję się, bo znajomy powiedział mi, że gdy była ta awantura w meczu z Cracovią, realizatorzy transmisji od razu dali kamery na mnie. I podobno z ruchu warg można było wyczytać, że powiedziałem: „panie sędzio!”.

    To może ja zapytam ciebie – czego mogłaby mnie nauczyć?

    Może tego, że – jakkolwiek to zabrzmi – warto dbać o swój wizerunek, bo w innym razie w sytuacjach stykowych ludzie nigdy nie staną po twojej stronie.

    Może. Z mojej strony mogę jeszcze raz powiedzieć, że nie mam sobie nic do zarzucenia, bo nie użyłem tego słowa. Po wspomnianym meczu z Koroną przejrzałem na oczy, zachowuję się na boisku lepiej, choć z drugiej strony – nie będę też stał jak ciotka, gdy ktoś obraża mnie lub moich kolegów. Ale nie ma sensu już tego roztrząsać, bo sprawa została zamknięta.

    To inaczej – jesteś zadowolony z tego, w jaki sposób została zamknięta?

    Tak. Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby w ogóle jej nie było – choćby ze względu na młodych adeptów piłki, którzy musieli na to patrzeć i którym daliśmy zły przykład – ale skoro już była, to wydaje mi się, że zakończyliśmy ją dobrze.

    Czuliście presję ze strony otoczenia, waszych klubów czy związku, by wydać to oświadczenie? Jakkolwiek patrzeć, w pewnym momencie uzyskałeś przewagę.

    Uzyskałem przewagę dlatego, że nic takiego nie powiedziałem. Może mógłbym wejść w tę sprawę dogłębnie i rozstrzygnęłaby się w ogóle na moją korzyść, ale nie chciałem tego. Nie czułem żadnej presji ze strony mojego otoczenia, ale miałem takie przeświadczenie, że ciągniecie tej sprawy mogłoby źle wpłynąć na drużynę. Osłabiłem ją w ten sposób, że nie mogłem zagrać w Legnicy, a chciałem jak najszybciej wrócić, a tamtą kwestię zamknąć – po to, żeby trenować z czystą głową i by w końcu zacząć regularnie punktować.

    Dalej pracujesz nad swoją głową?

    Pracuję z psychologiem Damianem Salwinem i wszystko układa się wzorowo.

    Nad czym?

    Na przykład nad tym, żeby nie rozpamiętywać. Może nie każdy zwróci na to uwagę, ale po złym zagraniu miewałem czasami tak, że kolejne również było nieudane, bo myślami byłem jeszcze przy tym poprzednim. Widzę w tym aspekcie postępy. Ostatnio rozmawialiśmy też o polubieniu samego siebie troszeczkę bardziej.

    To można jeszcze bardziej?

    Na pewno. Tym bardziej, że o ile teraz nie jestem u mnie z tym źle, o tyle wcześniej bywało różnie.

  3. #5583
    Legionista Awatar Chmielo
    Dołączył
    08.2010
    Posty
    7,022
    Gui z bramką przeciwko klubowi Pazdana.
    A Melanż Trwa...

  4. #5584
    Legionista Awatar Chmielo
    Dołączył
    08.2010
    Posty
    7,022
    Orlando Sa strzela bramkę dla Standardu na wagę zwycięstwa.
    A Melanż Trwa...

  5. #5585
    Legionista
    Dołączył
    03.2018
    Posty
    291
    Orlando Sa. Jak można było nie wykorzystać dla drużyny takiego kocura (portugalskiego zresztą). Ciekawe jakie ma relacje z Sa Pinto. Może jakiś transfer

  6. #5586
    Czy ja wiem czy kocur, w chinach też nie szaleje.

  7. #5587
    Legionista Awatar Marcino
    Dołączył
    05.2015
    Skąd
    Białołęka
    Posty
    2,605
    Cytat Zamieszczone przez sprawniejsipl Zobacz posta
    Czy ja wiem czy kocur, w chinach też nie szaleje.
    a jak ma szaleć w Chinach skoro już wrócił do Europy ?
    I wkurzaj się na nasz charakter strączku łuskany
    Spytasz skąd jestem? Powiem z dumą: z Warszawy

    To warszawskie ballady ...

  8. #5588
    Legionista Awatar r9robins
    Dołączył
    05.2011
    Skąd
    Targówek
    Posty
    718
    Wywiad z Ratajem w PS.
    Mówi trochę o sobie i co obecnie u niego słychać więc chyba tu pasuje.

    Krzysztof Ratajczyk: nie rozumiem powołań Brzęczka

    Krzysztof Ratajczyk w reprezentacji Polski rozegrał 16 meczów i strzelił trzy gole. Od 23 lat mieszka w Austrii, a przed meczem Biało-Czerwonych w Wiedniu przyznaje, że ma wątpliwości dotyczące powołań selekcjonera Jerzego Brzęczka.

    Piłkarz, na którego w pierwszej połowie lat 90. specjalnie chodziło się na mecze Legii. Fryzurę a'la Ratajczyk – krótko po bokach, trochę dłużej na czubku głowy – chciał mieć co drugi warszawski nastolatek. Plus kolczyk w uchu. Bardzo dobry, twardo grający lewy obrońca, o którym głośno było także z powodu wydarzeń pozaboiskowych, jak wtedy, gdy pod Marriottem złamał szczękę taksówkarzowi. Krzysztof Ratajczyk – bo o nim mowa – od ponad 20 lat mieszka w Wiedniu i generalnie nie udziela się publicznie. Nawet nie stara się odpowiadać na pojawiające się od czasu do czasu legendy na jego temat. Prawdziwe, jak ta, że pracował w kasynie, fałszywe i krzywdzące, że bił żonę i został wyrzucony z mieszkania.

    – Od razu zaznaczam, że nie poruszam życia prywatnego – oświadcza na początku spotkania, mierząc groźnym spojrzeniem. Tym samym, które powodowało, że w czasie kariery na boisku przeciwnik od razu się zastanawiał, czy warto stawiać się "Ratajowi". Wtedy imponował atletyczną sylwetką, dziś kilogramów ma więcej i jeszcze bardziej wygląda na człowieka, któremu lepiej nie podpaść.

    Nie chce pan mówić o życiu prywatnym, ale osoby, które pamiętają pana z boiska, zastanawiają się, co słychać u "Rataja"?

    Żyję. I tyle powinno wystarczyć. Nie chcę o sobie opowiadać, narażać się później na głupie komentarze. Z piłką nie mam nic wspólnego i to wszystko.

    Rozumiem, że zdrowie i humor dopisują?

    Tak, rodzina i ja jesteśmy szczęśliwi. To najważniejsze. Nie jestem już osobą publiczną i nie mam ochoty czytać komentarzy na mój temat.

    Były nieprawdziwe?

    Mało który. Ktoś coś powiedział, inny wyciągnął wnioski po swojemu i tak powstawały bzdury na mój temat. Dlatego nie lubię udzielać wywiadów.

    Wie pan, jaki miał pan wizerunek w czasie gry w Legii? Jak był pan postrzegany?

    Jako bardzo grzeczny, ułożony chłopak... A poważnie, w przeciwieństwie do wielu piłkarzy nie wchodziłem w układy, nikomu się nie podlizywałem. Nie potrafiłem i nie potrafię przyjść do osoby, której nie lubię, by się do niej uśmiechać. U mnie wszystko jest czarne albo białe. Nie ma miejsca na odcienie szarości.

    Ta cecha charakteru nie przeszkadzała w grze w Legii?

    To były inne czasy. Dziś sprawdza się, jak kto zachowuje się poza boiskiem. Wtedy liczyła się gra. Wychodziło się na murawę, robiło swoje i z tego było się rozliczanym. "Masz zapieprzać 90 minut. Co robisz w wolnym czasie, nie interesuje mnie" – powtarzał trener Janusz Wójcik. Dziś widzę piłkarzy, którzy wszystko robią na pokaz. W internecie pokazują zdjęcia, jak wstają, kładą się spać, co robią na wakacjach. Bez sensu. Kiedy wyjeżdża się na urlop, jedzie się prywatnie, żeby się wyciszyć i nacieszyć rodziną. Nie mam konta na Instagramie i Facebooku, telefon służy mi tylko do dzwonienia, sprawdzania wyników, czasem jakąś grę zainstaluję.

    Gdyby internet był tak rozwinięty w latach 90., też byłby pan poza siecią?

    Trudno mi sobie wyobrazić, żeby na Instagramie zdjęcia publikowali Zbyszek Robakiewicz, Zbyszek Mandziejewicz lub Leszek Pisz. Wszyscy ceniliśmy prywatność, ona nie była na sprzedaż.

    Jak to się stało, że w wieku 18 lat trafił pan z Warty Poznań do Legii, a nie został piłkarzem Lecha?

    Może to kwestia charakteru, że chciałem wszystko robić po swojemu? Jako młody chłopak wyjechać z domu, do innego, nie tak oczywistego jakby się wydawało klubu? Lech mnie chciał, ale jeszcze jako reprezentant kadry juniorów powiedziałem Legii "tak" i dotrzymałem słowa. Potem ludzie z Warszawy dopełnili formalności z rodzicami, bo byłem niepełnoletni.

    Ale to wtedy Lech był na topie. Legia, choć świeżo po meczach z Sampdorią Genua i Manchesterem United w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, broniła się przed spadkiem z ligi.

    Ale dzięki temu, że wielu zawodników odeszło, otworzyła się szansa dla młodych i mogłem więcej grać. Zresztą niedługo później Lech się posypał, Legia poszła w górę, więc to był dobry wybór. Do tego panowało przekonanie, że z Warszawy łatwiej trafić do reprezentacji. No i sprawę służby wojskowej można było załatwić. Zdawałem sobie sprawę, jak mój krok odbierano w Poznaniu. Byłem znienawidzony i to się przez lata nie zmieniło. Już grałem w Austrii, kiedy przyjechałem do Poznania. Poszedłem z kolegą na piwo i przy stoliku stanęło trzech karków. – Wyjdź – powiedzieli. – Dlaczego? – zapytałem. Nic nie powiedzieli, tylko wylali mi piwo na głowę.

    Teraz z Poznaniem lub Warszawą coś pana wiąże?

    Generalnie mało mam kontaktów z Polską. Z żoną przyjeżdżamy do kraju może dwa razy w roku, odwiedzamy teściów w Sanoku. W Poznaniu byłem w zeszłym roku po kilkuletniej przerwie.

    Interesuje się pan jeszcze polską piłką?

    Od czasu do czasu. Jej poziom jest tak samo niski jak austriackiej, więc nie mam powodów, by się jej regularnie przyglądać. Dziś austriacka piłka jest cieniem tej z lat 90. Większość utalentowanych piłkarzy wyjechała za granicę, Salzburg zdominował ligę, a Rapid i Austria zostały daleko w tyle. Widać to po tym, że grać tutaj nie przyjeżdżają już rodacy. Ale nie ma się co dziwić, skoro w Polsce płaci się lepiej niż w Austrii.

    Ogląda pan mecze polskich drużyn?

    Staram się nie robić tego na polskich kanałach. Kiedy słyszę byłych piłkarzy występujących w roli ekspertów, często zastanawiam się, czy kiedykolwiek grali w piłkę. Niektórzy komentatorzy powinni dać sobie spokój. Co innego dzieje się na boisku, a o czym innym mówią. Boją się własnego zdania.

    Pan się nie boi? Jeśli tak, dlaczego sam pan nie komentuje?

    Nie pasowałbym do tego i nie zgodzę się mówić pod czyjeś dyktando. Na przykład dla wszystkich Robert Lewandowski jest postacią pomnikową i nie do ruszenia. Zastanawiam się, czy komentatorom nie pozwala się o nim wypowiadać źle? Przecież to, co wyprawia na boisku przez ostatnie dwa lata, jest tragedią. A w komentarzach non stop jest chwalony. Za co?

    Może dlatego, że jest wybitnym polskim piłkarzem, strzela gola za golem w Bayernie.

    Dobrze, zasłużył, by postawić go na piedestale. Ale czy to znaczy, że teraz nie można go krytykować? Ostatnio obejrzałem kilka meczów Bayernu i na Lewandowskiego nie dało się patrzeć. Była sytuacja, że strzela przewrotką i nie trafia w bramkę. Piłka doszła do zawodnika stojącego przed pustą bramką, który zamknął akcję. Potem czytam o asyście Lewandowskiego. Robi trik w polu karnym, piłka mu ucieka, ale ktoś inny ją przejmuje i strzela. Znów słyszę o świetnym podaniu. Ludzie, miejcie trochę odwagi i mówcie prawdę. W tym momencie Lewandowski jest dla mnie przeciętnym piłkarzem.

    Jak powinien wyglądać atak naszej drużyny w meczu z Austrią?

    Odpowiem jako kibic, a nie ekspert, żeby potem nie słuchać, że nie zasłużyłem na to miano, bo niczego w piłce nie osiągnąłem. Według kibica Krzysztofa Ratajczyka Lewandowskiego nie powinno być w składzie. Taktyka zostanie ustawiona pod niego, a on jest bez formy. Kiedy Lewandowski jest na boisku, inni piłkarze grają pod niego. Lewandowski jest pilnowany, można podać komuś innemu, ale nie, piłka musi być zagrana do "Lewego", choć nie ma prawa do niej dojść. W meczach kadry Lewandowski bierze się za wszystko: strzelanie i rozgrywanie, jest prawie trenerem.

    Na razie trenerem jest Jerzy Brzęczek, z którym grał pan w reprezentacji. Razem występowaliście też w lidze austriackiej. Ma cechy, być dobrym selekcjonerem?

    Chyba nie ma doświadczenia, by pracować z kadrą. Miał tylko jeden dobry sezon z Wisłą Płock, to za mało. Nie rozumiem jego powołań.

    Myśli pan o Jakubie Błaszczykowskim?

    Tak. Powołując siostrzeńca, Brzęczek wyrządza krzywdę przede wszystkim piłkarzowi. W efekcie ludzie będą go pamiętać za sprawę z biletami podczas Euro 2012 i z tego, że do kadry brał go wujek. Nie za osiągnięcia boiskowe. Jak można powoływać kogoś, kto dwa lata nie gra w piłkę? Ktoś powie, że nie ma lepszego. Nie można tego ocenić, bo nie sprawdza się innych. To, co robi Brzęczek, jest zaprzeczeniem, jak powinien działać selekcjoner.

    Nie jest tak, że krytykuje pan obecnych piłkarzy, bo wychodzi z założenia: "Za moich czasów to dopiero była klasa"?

    To były inne czasy, wszystko się zmieniło. Nie ma co tego porównywać. Teraz futbol i wszystko z nim związane to biznes. Lewandowski buduje swoją markę, jego wizerunek budowany jest nie tylko grą, ale i działaniami pozaboiskowymi. Dzięki temu nawet, kiedy gra gorzej, to i tak jest na topie. Takie mam zdanie jako kibic, który w wolnym czasie ogląda piłkę.

    Co jeszcze pan w nim robi?

    Dużo czytam. Zresztą czytałem już w szkole podstawowej. Kiedyś nie można było tak łatwo kupić książek, więc chodziłem po bibliotekach.

    Jako piłkarz Legii też pan dużo czytał?

    Tak, książkę zawsze miałem przy sobie. A że ktoś może być zdziwiony, tylko potwierdza, że opinie o człowieku często są fałszywe. W stosunku do czasów gry w Legii różnica polega na tym, że kiedyś czytałem wszystko. Teraz koncentruję się na okresie II wojny światowej, głównie na działaniach wojennych z udziałem Polaków. Bardzo interesuję się Powstaniem Warszawskim, ale kampanią wrześniową już mniej. Czytam biografie przywódców z tamtych lat.

    Dlaczego akurat historia?

    Nie wiem. Jako młody człowiek pochłaniałem książki Bogusława Wołoszańskiego. Dobrze się je czytało, ale to była jednak sensacja. Z czasem zacząłem czytać bardziej dokumentalne pozycje.

    Teraz co pan czyta?

    Trzy książki jednocześnie. Biorę jedną, zostawiam, żeby przemyśleć jakiś wątek, dowiedzieć się o nim więcej i sięgam po kolejną. Obecnie otwarte mam trzy. Nie wiem po raz który "Pięć lat kacetu" Stanisława Grzesiuka. Do tego "Życiors własny przestępcy" Urke Nachalnika. Tę książkę już kiedyś czytałem, a później długo nie mogłem jej dostać, aż udało mi się ją upolować. Akcja rozgrywa się w XX-leciu międzywojennym i dotyczy Żyda, który miał zostać rabinem, a stał się przestępcą. Trzecia książka jest o tematyce wojennej, ale nie pamiętam tytułu.

    Dlaczego wraca pan do książek?

    Bo za każdym razem można dowiedzieć się czegoś nowego. Ponownie sięgnąłem po "Pięć lat kacetu", które w zasadzie znam na pamięć. Jeszcze raz je otworzyłem, bo wyszło wydanie rozszerzone o wątki okrojone przez cenzurę. Dodane treści są wyróżnione drukiem i jestem ich bardzo ciekawy. Do Grzesiuka wróciłem też dlatego, że niedawno przeczytałem pierwszą powojenną książkę o obozie koncentracyjnym. Napisał ją austriacki komunista, który przeżył Buchenwald. Teraz można skonfrontować ją z opowieściami Grzesiuka.

    Ile pozycji ma pana domowa biblioteka?

    Nie wiem. Wiele książek straciłem, trochę zginęło. Mieliśmy włamanie i trzy wielkie kartony z książkami trafił szlag.

    W czwartek wieczorem odłoży pan książkę i obejrzy mecz?

    Tak. Z austriacką kadrą nie jest dobrze, ale nie byłbym optymistą. Remis będzie naszym sukcesem.

    PS.
    Szacun Rataj. Pamiętam jak kiedyś Mielcarski, który teraz jest wielkim teoretykiem futbolu i sprzedaje te swoje cienkie mądrości w C+, zrobił Ci dziurę w nodze (mecz o ile pamiętam był w Zabrzu). Dziś większość tych boiskowych mazgajów z Lewandowskim na czele poszczała by się w gacie ale Ty grałeś dalej. Nota bene ten pedał nie dostał wtedy nawet żółtej kartki. Zdrowia Rataj i jeszcze raz szacun że nie owijasz w bawełnę.

  9. #5589
    Gol Dudy w meczu z Węgrami.

    EDIT
    Plus asysta.

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •