Strona 128 z 143 PierwszyPierwszy ... 2878118124125126127128129130131132138 ... OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 3,811 do 3,840 z 4289

Wątek: Działania Klubu

  1. #3811
    Legionista Awatar Jestem
    Dołączył
    12.2016
    Posty
    1,343
    Cytat Zamieszczone przez beka Zobacz posta
    jedno - na czym polega ta wspolpraca?
    Na razie na robieniu wspólnych zdjęć od roku z okładem chyba

    p.s. Być może o czymś nie wiemy, ale skoro nie wiemy to nie wiemy i nie ma co się domyślać czy komfabulować bez nadmiernej potrzeby.
    Z końmi się nie kopię bo przegram, z idiotami staram się nie dyskutować bo sprowadzają dyskusję do swojego poziomu, na argumenty ad personam staram się nie reagować, patrz wcześniejsze punkty - no i tylko krowa nie zmienia zdania ...

  2. #3812
    Legionista Awatar jkp
    Dołączył
    03.2015
    Posty
    191
    No i czeka nas kolejna rewolucja w lecie... 10 trener od 2010 roku. Jak w tym klubie ma być stabilizacja, przemyślana polityka kadrowa, szkoleniowa, finansowa. Piłkarze po raz kolejny dostają znak, że im nic nie grozi, że najwyżej się zmieni trenera.
    Żeby nie było, "nie płaczę po Jozaku". Ale w mojej ocenie jest trochę tak, że przegrywamy i wpadamy w kryzysy bo ciągle zmieniany trenerów..

  3. #3813
    Legionista Awatar Raffels
    Dołączył
    02.2007
    Skąd
    Konstancin
    Posty
    7,583
    Cytat Zamieszczone przez jkp Zobacz posta
    No i czeka nas kolejna rewolucja w lecie... 10 trener od 2010 roku. Jak w tym klubie ma być stabilizacja, przemyślana polityka kadrowa, szkoleniowa, finansowa. Piłkarze po raz kolejny dostają znak, że im nic nie grozi, że najwyżej się zmieni trenera.
    Żeby nie było, "nie płaczę po Jozaku". Ale w mojej ocenie jest trochę tak, że przegrywamy i wpadamy w kryzysy bo ciągle zmieniany trenerów..
    Otóż to. Jak w Legii ma być dobrze, skoro jest problem ze znalezieniem dobrego trenera, porządnego sztabu i dania mu kredytu zaufania? Co chwilę trafia tutaj ktoś, kto się uczy. Może pora w końcu postawić na fachowca?
    Lepiej być ciemniakiem niż pedałem i lewakiem!

  4. #3814
    Legionista Awatar Kucharz
    Dołączył
    08.2010
    Skąd
    dzieciak z Mokotowa, dorosły na Ochocie
    Posty
    928
    Cytat Zamieszczone przez Raffels Zobacz posta
    Otóż to. Jak w Legii ma być dobrze, skoro jest problem ze znalezieniem dobrego trenera, porządnego sztabu i dania mu kredytu zaufania? Co chwilę trafia tutaj ktoś, kto się uczy. Może pora w końcu postawić na fachowca?
    I pomyśleć, że to wszystko zaczęło się od pogonienia trenera, który wywalczył dublet i po rundzie jesiennej zajmował pierwsze miejsce w lidze...

  5. #3815
    Legionista Awatar Runi
    Dołączył
    01.2012
    Skąd
    K B H
    Posty
    3,824
    Gdybyśmy chociaż zmieniali na trenerów

  6. #3816
    Legionista Awatar crolick
    Dołączył
    05.2003
    Skąd
    Syreni Gród
    Posty
    5,292
    Od kiedy na trybunach jest dostępne alko?
    Coś mi umknęło czy to niedawno wprowadzili?

  7. #3817
    Legionista
    Dołączył
    05.2003
    Skąd
    WX
    Posty
    8,105
    Cytat Zamieszczone przez beka Zobacz posta
    jedno - na czym polega ta wspolpraca?
    Pewnie na tym, że Miodek próbuje za wszelką cenę opchnąć komuś tego kartofla, ale wszyscy kupcy widząc zjazd jaki zaliczył na wszystkich polach nie dostrzegają tego ogromnego potencjału za który DM żąda więcej niż zapłacił BL&MW.
    "To trzeba przeżyć, żeby to zrozumieć, żeby w to uwierzyć!"


    Bynajmniej to nie przynajmniej!

  8. #3818
    Legionista Awatar beka
    Dołączył
    07.2011
    Posty
    3,537
    Biorac pod uwage, ze BL&MW mieli bodajze 40% to nic dziwnego, ze za 100% Mioduski chce wiecej. A czy ma realne oczekiwania to ciezko powiedziec, bo jest tez prawdopodobne, ze mocno przeplacil swoich partnerow biznesowych.

  9. #3819
    Legionista
    Dołączył
    05.2003
    Skąd
    WX
    Posty
    8,105
    Kwestia ile kosztowało go pozostałe 60%, jednak przejmując klub w największej hossie, ciężko oczekiwać szybkiego zbliżenia się do tamtej wartości "rynkowej".
    "To trzeba przeżyć, żeby to zrozumieć, żeby w to uwierzyć!"


    Bynajmniej to nie przynajmniej!

  10. #3820
    Legionista Awatar Mistarz
    Dołączył
    05.2011
    Skąd
    Powiśle -> Mokotów -> Wawer
    Posty
    747
    Cytat Zamieszczone przez Kawa Zobacz posta
    Kwestia ile kosztowało go pozostałe 60%, jednak przejmując klub w największej hossie, ciężko oczekiwać szybkiego zbliżenia się do tamtej wartości "rynkowej".
    Czyli podsumowując pazerny ****** 2x traci.

  11. #3821
    Tu potrzebny jest duet pokroju Leśnodorski-Czerczesow i mistrz gwarantowany.

  12. #3822
    Legionista Awatar trzeci
    Dołączył
    09.2011
    Skąd
    Powiśle
    Posty
    1,181
    Komunikat Legii Warszawa
    Informujemy, że Legia Warszawa przesłała do Komisji Ligi Ekstraklasy S.A. wniosek o podjęcie działań prewencyjnych mających na celu niedopuszczenie do naruszenia przez klub Jagiellonia Białystok obowiązujących przepisów związkowych i powszechnie przyjętych standardów w zakresie zasad przyjęcia oraz organizacji procesu wpuszczania kibiców Klubu na mecz organizowany w ramach rozgrywek Lotto Ekstraklasy na stadionie w Białymstoku w dniu 6 maja 2018 r. Legia Warszawa zwróciła się do Komisji Ligi z prośbą o możliwe najszybsze rozpatrzenie wniosku.
    Komunikat Jagiellonii Białystok
    W środę w Komendzie Miejskiej Policji w Białymstoku odbyło się spotkanie służb porządkowych, przedstawicieli miasta i spółek miejskich, Jagiellonii Białystok oraz Legii Warszawa przed zaplanowanym na 6 maja 2018 roku meczem 34. kolejki Lotto Ekstraklasy Jagiellonia Białystok - Legia Warszawa.
    W związku z planowanym przyjazdem kibiców gości przedstawiciele stołecznego klubu zostali poinformowani, że nie będzie możliwe wniesienie na trybuny elementów oprawy meczowej, oraz wielkoformatowych symboli klubowych, takich jak flagi i sektorówki, co nie spotkało się ze sprzeciwem ze strony przedstawicieli Legii Warszawa. Naszą decyzję motywujemy obawami o zakłócenie porządku na terenie imprezy masowej spowodowanej możliwym sprofanowaniem na trybunach Stadionu Miejskiego barw Jagiellonii, które zostały utracone w maju 2013 roku, a później wielokrotnie profanowane podczas meczów Legii z Jagiellonią.
    Wbrew obiegowym opiniom, które ku naszemu zdziwieniu pojawiły się w mediach i stały się obiektem ożywionych dyskusji fani warszawskiego zespołu będą mogli wejść na trybuny w szalikach, czapkach, koszulkach oraz innych częściach garderoby identyfikujących ich jako kibiców Legii Warszawa.
    Czegoś tu nie rozumiem

  13. #3823
    Dlaczego ten śmieszny klubik zamawia bilety dla swoich kibiców na mecze przy Łazienkowskiej? Przecież może dojść do sprofanowania ich barw, i zakłócenia porządku.

  14. #3824
    Legionista Awatar Jestem
    Dołączył
    12.2016
    Posty
    1,343
    Cytat Zamieszczone przez Robert E. Lee Zobacz posta
    Dlaczego ten śmieszny klubik zamawia bilety dla swoich kibiców na mecze przy Łazienkowskiej? Przecież może dojść do sprofanowania ich barw, i zakłócenia porządku.
    Właściwie to właśnie sobie zapewnił swoim komunikatem "profanację" swoich barw przez najbliższe lata
    Z końmi się nie kopię bo przegram, z idiotami staram się nie dyskutować bo sprowadzają dyskusję do swojego poziomu, na argumenty ad personam staram się nie reagować, patrz wcześniejsze punkty - no i tylko krowa nie zmienia zdania ...

  15. #3825
    Legionista Awatar Vickson
    Dołączył
    10.2016
    Skąd
    Targówek/Bródno
    Posty
    79
    Cytat Zamieszczone przez trzeci Zobacz posta
    Czegoś tu nie rozumiem
    Już się wyjaśniło.

    Cyt: "Tymczasem według naszych informacji Legia i jej kibice nadal sprzeciwiają się tego rodzaju praktykom "Jagi". Stołeczny klub potwierdził to na Twitterze:

    "W związku z nieprawdziwymi informacjami o braku sprzeciwu Legii Warszawa wobec stanowiska Jagiellonii w sprawie przyjazdu kibiców Legii na mecz w Białymstoku, przypominamy że klub stanowczo zaprotestował i przesłał stosowny wniosek do Komisji Ligi."

  16. #3826
    Jako, że kampania prezydencka zaczęła się na dobre, Patryk Jaki zabrał głoś w sprawie boisk przy Łazienkowskiej
    HGW kilka lat nie potrafi podjąć prostej decyzji,aby przekazać zaniedbany teren obok Ł3 na rozbudowę m.in boisk dla dzieci. Legia sama chce wszystko sfinansować. HGW woli „krzaki” zamiast sportu dzieci. Obiecuje, że takie traktowanie dumy stolicy się zmieni.
    https://twitter.com/PatrykJaki/statu...81541614534657

    Miodek ma teraz czas, żeby się wykazać i ugrać coś dla klubu.

  17. #3827
    Cytat Zamieszczone przez Robert E. Lee Zobacz posta
    Jako, że kampania prezydencka zaczęła się na dobre, Patryk Jaki zabrał głoś w sprawie boisk przy Łazienkowskiej

    https://twitter.com/PatrykJaki/statu...81541614534657

    Miodek ma teraz czas, żeby się wykazać i ugrać coś dla klubu.
    Miodek to stary Platformers i KODomita, nie zdziwię się, że będzie chciał coś ugrać ale promując Trzaskowskiego.

  18. #3828
    Legionista
    Dołączył
    10.2012
    Skąd
    znikąd
    Posty
    774
    ale żenada, teraz słoik Jaki który tyle razy opowiadał jak to kocha Odrę Opole będzie przebierał się za kibica Legii?

    pierdole te wybory, jak w 2 turze bedzie Jaki i HGW, sorry Trzaskowski to nie pójdę

  19. #3829
    Legionista Awatar Raffels
    Dołączył
    02.2007
    Skąd
    Konstancin
    Posty
    7,583
    Cytat Zamieszczone przez UlicznyObserwator Zobacz posta
    Miodek to stary Platformers i KODomita, nie zdziwię się, że będzie chciał coś ugrać ale promując Trzaskowskiego.
    Patrząc na to jak koleżanka Trzaskowskiego traktuje Legię to mam wątpliwości.

    rafo122: Nie idąc na wybory oddajesz głos na Trzaskowskiego, wiesz o tym?
    Lepiej być ciemniakiem niż pedałem i lewakiem!

  20. #3830
    https://twitter.com/ogorkowazryzem/s...92279485796352
    Szybko zerwał z siebie szalik Dumy Stolicy

  21. #3831
    Legionista Awatar Benek
    Dołączył
    09.2011
    Posty
    10,598
    O jebaniutki Cwaniak jak każdy inny ale ma to wybaczone bo kolejnych lat Hanki Warszawa nie wytrzyma.
    312meczów*
    65 goli*
    52 asysty*

    jest tylko jeden King!!!!

    *dane mogą ulec zmianie

  22. #3832
    Legionista Awatar Jestem
    Dołączył
    12.2016
    Posty
    1,343
    Cytat Zamieszczone przez rafo122 Zobacz posta
    ale żenada, teraz słoik Jaki który tyle razy opowiadał jak to kocha Odrę Opole będzie przebierał się za kibica Legii?

    pierdole te wybory, jak w 2 turze bedzie Jaki i HGW, sorry Trzaskowski to nie pójdę
    No co Ty chcesz zrobić?! Odra Opole ma duże szanse na awans do ekstraklapy w tym roku ale niestety nie ma boiska. Jaki zrobi prosty ruch, zmieni nazwę na Wisła Warszawa i obsadzi ten klub na Konwiktorskiej. W ten sposób będziemy mieć dwie ekstraklapowe drużyny w Warszawie
    Z końmi się nie kopię bo przegram, z idiotami staram się nie dyskutować bo sprowadzają dyskusję do swojego poziomu, na argumenty ad personam staram się nie reagować, patrz wcześniejsze punkty - no i tylko krowa nie zmienia zdania ...

  23. #3833
    Legionista Awatar Raffels
    Dołączył
    02.2007
    Skąd
    Konstancin
    Posty
    7,583
    Cytat Zamieszczone przez Jestem Zobacz posta
    No co Ty chcesz zrobić?! Odra Opole ma duże szanse na awans do ekstraklapy w tym roku ale niestety nie ma boiska. Jaki zrobi prosty ruch, zmieni nazwę na Wisła Warszawa i obsadzi ten klub na Konwiktorskiej. W ten sposób będziemy mieć dwie ekstraklapowe drużyny w Warszawie
    Ale jesteś zabawny...
    Lepiej być ciemniakiem niż pedałem i lewakiem!

  24. #3834
    Legionista Awatar Jestem
    Dołączył
    12.2016
    Posty
    1,343
    Cytat Zamieszczone przez Raffels Zobacz posta
    Ale jesteś zabawny...
    No taki już jestem
    Z końmi się nie kopię bo przegram, z idiotami staram się nie dyskutować bo sprowadzają dyskusję do swojego poziomu, na argumenty ad personam staram się nie reagować, patrz wcześniejsze punkty - no i tylko krowa nie zmienia zdania ...

  25. #3835
    Legionista
    Dołączył
    03.2011
    Posty
    623
    Wywiad z byłym dyrektorem szkółki Lecha, idzie zaobserwować różnicę w tym jak funkcjonowało (wciąż funkcjonuje?) to u nich, a jak nadal nie jest u nas. Tematyka okołolechowa, ale warto czytać pomiędzy wierszami. Lepszego tematu chyba nie ma. Przyznam,że nie rozumiem, czemu ten człowiek nie trafił do nas.

    Łukasz Olkowicz: Który z piłkarskich uniwersytetów w Polsce kształci najlepiej?

    Marek Śledź: W Poznaniu. Na akademię Lecha spoglądam z sentymentem, bo to moje dziecko. Wprawdzie pozbawili mnie praw rodzicielskich, ale to projekt, który pielęgnowałem od podstaw.

    Zabolało odebranie praw?

    Marek Śledź: Pewnie, że tak. Nie było łatwo się z tym pogodzić, ale mój świętej pamięci tata mówił: „Synu, pamiętaj, szlachcic boso, ale w ostrogach”. Podniosłem wysoko czoło i odszedłem, zostawiając dobrze funkcjonującą akademię.

    Wyczuwam żal.

    Marek Śledź: Było, minęło. Na początku działalności akademii wiele osób niecierpliwiło się, ale dzisiaj efekty są widoczne. Nie chcę tworzyć mitów, że to wyłącznie moja zasługa, ale to ja ten projekt budowałem. Nie ukrywam, że wielokrotnie stając w opozycji do władz klubu, przekonując ich do kilku rzeczy. Na wiele spraw byli otwarci, ale też zdarzało nam się skonfliktować. Nie ma mnie już w Lechu, ale moje pomysły są realizowane, więc podążają drogą, którą wskazałem.

    Dlaczego w ogóle odszedł pan z Lecha?

    Marek Śledź: Zamieszało lobby menedżerskie. Myślę, że jakiś szampan strzelił po moim odejściu. Nie godziłem się na obecność agentów w klubie, dlatego nie byłem ich ulubieńcem. Młody piłkarz budowany przez sztab w klubie nie potrzebuje innych doradców niż rodzice i ci, którzy go prowadzą. Co taki menedżer może dać 15-latkowi? Za wyjątkiem karmienia nadzieją lub oferowania pieniędzy czy innych dóbr materialnych.

    Ale czy da się bez tego obejść? Menedżerowie interesują się coraz młodszymi zawodnikami, to znak czasu

    Marek Śledź: Uchronić się nie da, ale nie wolno bezgranicznie im się poddawać. Jeśli już są, to niech funkcjonują w oparciu o zasady etyczne, budując siebie jako współpartnerów projektu dotyczącego zawodnika.

    A jak jest?

    Marek Śledź: Nie no... To była granda, rycie w głowach młodym chłopakom. Ja ci załatwię lepszy klub, wyjedziesz za granicę, zarobisz. Zaczęły się konflikty. Nasi trenerzy negatywnie ocenili zawodnika po meczu, a menedżer zabiegał o jego akceptację, więc mówił: „Człowieku, oni się nie znają. Super zagrałeś, miałeś takie dwa podania...”. Więc kto będzie przyjemniejszy dla dziecka? Trener, który ciągle wymaga, czy menedżer, który chwali? Ale to nie jest droga do sukcesu i wszyscy o tym wiemy.

    Stąd w Lechu pomysł z certyfikacją agencji menedżerskich?

    Marek Śledź: Nie chciałem się na to zgodzić. Proszę sobie wyobrazić, że niemalże musiałbym sugerować zawodnikom podpisywanie umów ze wskazanymi agentami. Nie mogłem nikogo stawiać przed takim wyborem. Pół Polski mówiłoby, że mam z tego profity.

    Mówimy o dwóch agencjach – Fabryka Futbolu i ProSport Manager. Dlaczego akurat one?

    Marek Śledź: Nie wiem. To zarząd decydował. Duża grupa piłkarzy miała z nimi podpisane umowy. Ze mną przeważnie nie rozmawiali, bo wyrzucałem ich z gabinetu. Wolałem spotkać się z zawodnikiem i jego rodzicami. Oni mogą nie znać przepisów, ale zawsze chcą dobra swojego dziecka. Tak samo jak ja. Czy jako szef akademii nie chcę, żeby ich dziecko było świetnym piłkarzem? Robiłem wszystko, by było najlepsze na świecie. Po co mi pośrednik, który mu miesza w głowie? Co może wnieść do tego projektu? On jest potrzebny w seniorach, gdzie trzeba zadbać o zapisy w kontrakcie, finanse. Niech tym się zajmują, ale nie u 15-latka. Rozumiałem tendencję, że klub chciał stworzyć parasol ochronny dla wychowanków, ale powinna nim być jakość akademii.

    Jest pan idealistą?

    Marek Śledź: Może nie w takiej surowej definicji, ale trochę tak. Bardziej człowiekiem o ugruntowanych wartościach.

    I wierzył pan, że wszyscy piłkarze pozostaną w klubie do wieku seniora, nie będą rozglądać się za innymi rozwiązaniami?

    Marek Śledź: Moją, może nie utopijną, ale ideą fix było przeświadczenie, że im mocniejszy klub, im lepsze warunki, tym łatwiej będzie zatrzymać zawodnika. Dlaczego ma wyjechać do Herthy, skoro Lech gwarantuje mu szybszą drogę do pierwszego zespołu?

    Jak jest rola rodzica w tym wszystkim?

    Marek Śledź: Istotna. Dobra akademia sprawdza się na trzech płaszczyznach: szkoleniowej, edukacyjnej i wychowawczej. W dwóch ostatnich rodzic odgrywa ogromną rolę, powinien kontrolować edukację dziecka, wspierać ten proces. Zakładamy te same koszulki, mówimy tym samym językiem, by dziecko nie miało przywileju wyboru, że trener powiedział „musisz”, a rodzic „nie musisz”.Wtedy wybierze co łatwe i przyjemne, a nie obowiązkowe.

    A aspekt szkoleniowy?

    Marek Śledź: Nie dopuszczam w nim rodzica, nie ma dialogu. Jeśli przychodziłby i pytał „Dlaczego syn grał pięć minut, a nie siedem? Dlaczego na prawym skrzydle, a nie na lewym?”, to niech zabiera go do innego ośrodka.

    Tak ostro?

    Marek Śledź: Tak, bo to znaczy, że nam nie ufa. A jak to świadczy o rodzicu, że największy skarb oddaje w ręce takich osób. Jeśli jest inaczej, to niech nam zostawi sprawy szkoleniowe. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Moja osoba jest gwarantem jakości pracy.

    Rodzice próbują ingerować?

    Marek Śledź: Najchętniej ingerowaliby we wszystko, co dotyczy ich dziecka. W ten sposób starają się rekompensować mu brak swojego czasu. W sobotę pojadę na mecz, będę cię dopingował i wszystko jest w porządku. Rodzice często przelewają też na dziecko własne niespełnione marzenie.

    Wyobrażają sobie, że mają w domu drugiego Lewandowskiego.

    Marek Śledź: Mam taki napis w akademii: „Jeśli uważasz, ze twój syn to drugi Messi, zabierz go od razu do domu”. Rodzic to bardzo ważny partner. Naszą rolą jest go przygotować, by rozumiał swoją rolę i był wsparciem dla dziecka. W Rakowie każdy z trenerów ma obowiązek raz na pół roku spotkać się z nimi. W obecności syna dowiadują się, w jakich elementach zrobił postęp, na co powinni zwrócić uwagę, za co pochwalić. Gdy trener dochodzi do braków i gorszych stron, wtedy wyprasza zawodnika i zostają sami rodzice.

    Wróćmy do Lecha, gdzie co sezon przebija się jeden-dwóch wychowanków. A co z resztą?

    Marek Śledź: Na ten temat trwały spory z pierwszymi trenerami. Gdy pomijali wychowanków, pytałem: – Dlaczego nie bierzecie piłkarza z naszej akademii? – Bo jeszcze nie jest gotowy. A ja potrzebują przygotowanego – odpowiadali.

    Dziwi się pan?

    Marek Śledź: Nie da się wychować juniora od razu na potrzeby ekstraklasy. On musi pobyć w nowym środowisku kilka miesięcy, rozegrać parę meczów, popełnić błędy. Trzeba mu dać czas. To tak jakbyśmy chcieli gimnazjalistę przygotować do matury.

    Cierpliwość nie jest w naszej piłce cenioną cnotą.

    Marek Śledź: Jest za to chora presja sztucznego wyniku. Nie zdecyduje o nim jeden młokos, który wejdzie na 20 minut. Jeśli byłoby odwrotnie, to wartość zespołu jest zerowa. Gdy na ostatnie minuty wpuszczamy 18-latka i on ma zadecydować o przegranej, to co możemy powiedzieć o dziesięciu pozostałych? Jeśli popełni błąd zakończony stratą gola, po to jest tych dziesięciu, żeby strzelić dwa gole. Największy deficyt w polskiej piłce widzę w zarządzaniu klubami.

    Gdzie dokładnie?

    Marek Śledź: W braku jasnej, przejrzystej, ugruntowanej ekonomicznie i spokojnej, a nie emocjonalnej, kultury zarządzania. Każdy klub powinien mieć strategię, jak chce grać. W założeniu Lech, podobnie jak Legia, ma dominować. Ich nie interesuje zwycięstwo 1:0, tylko 5:0. Jeśli wiadomo, jak drużyna ma grać, to też wiemy, jakich piłkarzy chcemy wychować, jakiego profilu szukać. Planujemy, jak klub ma wyglądać w sezonie 2024/25, a nie w obecnym.

    Jak pan podchodzi do ogrywania juniorów? Woli pan, żeby rywalizowali z najlepszymi rówieśnikami w CLJ, czy wcześniej próbowali w seniorach – w III czy IV-ligowych rezerwach?

    Marek Śledź: CLJ to milowy krok PZPN. Im więcej scentralizowanych rozgrywek, tym korzystniej dla juniorów. Żeby być lepszy, trzeba grać z lepszymi. To sprowokuje kluby, by pozyskiwać najzdolniejszych nastolatków, oni też zechcą przyjść do klubu z CLJ, co będzie samoistną selekcją. Natomiast CLJ, choćby na najwyższym poziomie, nie zastąpi zderzenia z piłką seniorską, wyrachowaną czy sprymitywizowaną, gdzie wynik determinuje zachowanie.

    Dlatego Lech tak ochoczo wypożycza piłkarzy? Jan Bednarek, Robert Gumny czy Kamil Jóźwiak zanim wskoczyli do jego składu, zdobywali doświadczenie poza Poznaniem.

    Marek Śledź: Na początku zarzucano nam w klubie, że juniorów z akademii nikt nie chce. Nie dziwiłem się, skoro byli schowani. Zaproponowałem: „Pokażcie ich w pierwszym zespole. Niech zagrają trzy-cztery mecze i wtedy wypożyczajcie do I ligi”. Tak zaczęli robić. Chłopak zagrał 200 minut w ekstraklasie i I-ligowiec już chętniej sięgał po takiego młodzieżowca. A on może zagrać sezon na wypożyczeniu i za chwilę być w pierwszym zespole.

    Jaka jest optymalna ścieżka rozwoju dla juniora w takim klubie, jak Lech?

    Marek Śledź: Powinna prowadzić z grup młodzieżowych do II ligi w seniorach. Choć nie ma reguł. Piłkarza z silną osobowością i gotowego do rywalizacji trzeba wprowadzać do ekstraklasy. Ważne, by nie wrzucać go do jednego worka z pozostałymi. Drużyna grająca w lidze i dodatkowo w pucharach przygotowuje się od jednego meczu do drugiego.

    Te puchary w przypadku naszych drużyn to przeważnie kończą się w sierpniu.

    Marek Śledź: No dobrze, ale zespoły w nich występujące idą rytmem – roztrenowanie, rozruch, przygotowanie do kolejnego spotkania. Jeśli nastolatek nie jest podstawowym zawodnikiem, to mało gra i mało trenuje. Wychodzi na to, że jest trenowany, a nie szkolony. A takich zawodników trzeba dalej szkolić, przygotowywać do gry w pierwszym zespole.

    W Lechu przywiązywaliście wagę do wyników juniorów?

    Marek Śledź: W CLJ zazwyczaj graliśmy młodszym rocznikiem, podobnie wśród juniorów młodszych. I oni trzy lata z rzędu byli w stanie zdobyć mistrzostwo Polski. W juniorach starszych z reguły docieraliśmy do finałów, ocieraliśmy się o medale, ale mistrzostwa nie zdobywaliśmy.

    Ktoś w klubie miał pretensje?

    Marek Śledź: Nie, w ogóle nie było nacisku. Oczywiście była wewnętrzna ambicja, bo nie ma trenera czy dyrektora akademii, którzy nie chcieliby wygrać CLJ. To był jakiś mini-cel, ale nigdy nie robiliśmy tego sztucznie, nie zdarzało się ściągać na najważniejsze mecze zawodników z pierwszej drużyny. Często nawet z rezerw ich nie przesuwaliśmy. Mecz w III lidze był ważniejszy niż w CLJ.

    Dlaczego większość polskich klubów opiera się przed wprowadzaniem młodzieży? Przecież młodzi piłkarze wyjeżdżają z ekstraklasy za coraz większe pieniądze, co powinno być opłacalne dla wszystkich.

    Marek Śledź: Bo z tym młodymi trzeba pracować, mieć na nich pomysł. To tak, jakby pan miał pod opieką ucznia, którego musi przygotować do zawodu dziennikarza. Łatwiej wziąć gotowego. Skoro jest film „Tańczący z wilkami”, to ten o polskich trenerach nazywałby się „Walczący o posadę”. Oni najczęściej nie myślą długofalowo, raczej kalkulują, czy ich nie zwolnią: jeszcze dwie kolejki, trzy, może uda się pociągnąć pół roku.

    Więc może powinniśmy szukać winy nie u trenerów, a u prezesów?

    Marek Śledź: Powiedziałem już o największych rezerwach w polskim futbolu – formule zarządzania klubami.

    Zmienia się to choć trochę?

    Marek Śledź: W niewielkich obszarach. Mam cichą nadzieję, że projekt w Rakowie się powiedzie i zmieni moje postrzeganie właścicieli. Pokaże, że są postacie, które potrafią zrozumieć, inwestować. Ja nigdy nie pytam „czy”, tylko „kiedy”. Nie mam grama wątpliwości, że umiem zbudować wysoko efektywny projekt.

    Za granicą też?

    Marek Śledź: Czuję się mocny w tym, co robię. Jeśli zacząłbym pracę w Hiszpanii czy we Włoszech, to efekty byłyby podobne, jak w Lechu. Pojawiały się zapytania z Niemiec i Austrii, ale wtedy nie chciałem podejmować rozmów. Niedawno odwiedziłem akademię w Wolfsburgu, oglądałem ich ośrodek. Dziwiło mnie, gdy dyrektor wywieszał białą flagę, mówił, że coś się nie uda. Kurczę, dajcie mi to w ręce, a podniosę was o dwa piętra. Bo jestem w stanie zrobić. Ale mam swoje lata, a w paszporcie wpisane obywatelstwo polskie. To nie jest dobra reklama na europejskim rynku.

    Był pan zaskoczony, gdy usłyszał, że musi odejść z Lecha?

    Marek Śledź: Liczba niezgodności między mną, a Piotrem Rutkowskim była na tyle duża, że mogłem się spodziewać. Liczyłem, że obronię się wartością mojej pracy. Że zostanie doceniona, a inni przełkną pigułkę, powiedzą: „Może i jest trudny w relacjach, ale utrzymuje akademię na wysokim poziomie”.

    Co znaczy ten trudny w relacjach?

    Marek Śledź: Nie uprawiam polityki. Mówię, co myślę i nie obdarzam innych szacunkiem ze względu na to, że są prezesami, tylko jakimi są ludźmi. Konsekwentnie realizuję to, co zostało ustalone, egzekwując od siebie i innych. Gdy statek zaczyna dryfować w innym kierunku, zwracam na to uwagę. Nie wszyscy to akceptują. Wolą usłyszeć to, co im się podoba.

    Czego pan oczekiwał?

    Marek Śledź: Uzurpowałem sobie prawo do wpływu na transfery z zagranicy. Jako dyrektor akademii chciałem mieć prawo veta, gdybyśmy na tę pozycję mieli w akademii uzdolnionego chłopca, a tym ruchem blokowali mu drogę.

    Duża władza.

    Marek Śledź: Według wzorów najlepszych akademii w Europie, dyrektor jest partnerem dla zarządu, osobą z argumentami decyzyjnymi. Domagałem się również prawa do opinii przy zmianach trenerów.

    To już nie duża, a ogromna władza.

    Marek Śledź: Akademia to projekt stabilny, funkcjonujący od lat, oparty na określonej metodologii. Załóżmy, że w szkoleniu stawiamy na ultraofensywny styl, Lech ma dominować i strzelać dużo goli. A przychodzi trener, były obrońca, który świetnie czuje się w grze z kontry. I nie rozumie tych założeń. To wie pan, on może zrujnować całą naszą pracę, odstrzelić wychowanków, których przygotowywaliśmy przez tyle lat. Dlatego chciałem wcześniej spotkać się z nim, wytłumaczyć, jak pracujemy, jakich zawodników chcemy wychowywać.

    Lech ma stałą strategię gry?

    Marek Śledź: Za moich czasów miał.

    Jak chce grać?

    Marek Śledź: Ofensywnie, z chęcią dominacji. Lech zdobywa dużo bramek, obok Górnika jest najskuteczniejszy w ekstraklasie. Zawodników dobiera się pod określony profil.

    A trenerów dobiera się pod ten ogólny zarys?

    Marek Śledź: Nie wiem. Nie konsultowano ze mną decyzji, gdy Maciek Skorża zastępował Mariusza Rumaka. Co prawda potem mnie za to przeproszono, ale otwarcie mówiłem na spotkaniach zarządu, że nic o tym nie wiedziałem. Przy moim odejściu wykorzystywano za to przypadek Krystiana Bielika.

    Którego prosto z akademii przechwyciła Legia, a po pół roku sprzedała do Arsenalu Londyn.

    Marek Śledź: Przedstawiłem mu ofertę, on z niej nie skorzystał. Nie chciałem tworzyć precedensu. Wybrał inną drogę. Dobrą czy złą – czas pokaże.

    Bielikowi nie spodobała się wyznaczona ścieżka rozwoju w Lechu.

    Marek Śledź: Obok niego widziałem wielu utalentowanych chłopaków. Dziś okazuje się, że Kamil Jóźwiak jest zdolny, a Robertem Gumnym interesują się zachodnie kluby. Gdyby przeszedł do Borussii Mönchengladbach, to byłby transferowy rekord ligi i większe pieniądze, niż za odejście Krystiana. Więc sami sobie odpowiadamy, kto miał rację.

    Będą następni?

    Marek Śledź: Lech zarobi dzięki akademii 50-60 milionów euro. Pokazują się Gumny z Jóźwiakiem, w I-ligowym Podbeskidziu ogrywa się Tomczyk. Z piłkarzy urodzonych w 1999 jest Kurminowski wypożyczony na Słowację i Moder w kadrze pierwszego zespołu. Z rocznika 2000 Klupś już zadebiutował w Lechu, a z 2001 Pleśnierowicz był na obozie z zespołem Bjelicy. Maszyna działa prawidłowo. Myślę, że nic nie zatnie się do rocznika 2002.

    A dalej?

    Marek Śledź: Akademia nie funkcjonuje tak, jak wcześniej, przestała być tak zunifikowana. My byliśmy jednomyślni w szkoleniu, konsekwentnie realizowaliśmy obraną drogę. Nie była ona zamknięta, tylko wyjątkowo twórcza. Obawiam się, że poniżej rocznika 2002 klub odczuje zmiany w akademii.

    Z której odeszło wielu trenerów.

    Marek Śledź: To moje dzieci.

    I duży upływ krwi dla akademii.

    Marek Śledź: Ta strata na razie nie jest jeszcze tak dostrzegalna. Siłą rozpędu maszyna kręci się dalej. Dopiero w kolejnych latach Lech może mieć kłopot. Tak jak zawodnikowi trzeba pokazać drogę rozwoju, podobnie jest z trenerem. Ja byłem dla nich tutorem, wyznaczałem ścieżki. Planowałem, w którym miejscu będą za dwa-trzy lata. Ktoś powiedział, że miarą lidera jest to, czy ludzie pójdą za nim. Jestem dumny, że tak wielu trenerów podążyło za mną. Niektórzy postrzegali mnie jako tyrana, który obdzierał tych młodych ludzi z kreatywności.

    Nie przeczę, że też to słyszałem.

    Marek Śledź: Jeśli byłaby to prawda, to czy spod mojej ręki wyszliby trenerzy potrafiący zarządzać innymi projektami? Patryk Kniat był dyrektorem sportowym Elany, Przemek Małecki, Wojtek Tomaszewski, Marcin Salamon i Marcin Kardela pracują przy młodzieżowych reprezentacjach Polski. Oni wszyscy byli przygotowywani do samodzielnego podejmowania decyzji, zarządzania. Ich wartość na rynku jest na tyle duża, że gdy ruszyli w Polskę, to zaistnieli w innych miejscach. To top trenerów piłki młodzieżowej w kraju.

    Za to wychowankowie Lecha grają w zespołach z Premier League, Bundesligi i Serie A.

    Wyjechali też Kędziora, Bielik, Golla. Podkreślam, bo mam do tego prawo i nigdy nie pozwolę sobie go odebrać, że legitymacją mojej pracy jest akademia Lecha. Nic tego nie zmieni. Proszę pokazać drugą osobę w kraju, która do reprezentacji Polski na ostatnie Młodzieżowe Mistrzostwa Europy wprowadziła pięciu piłkarzy i dwóch trenerów.

    Średnio udany ten turniej.

    Marek Śledź: Pomijam to, ale Linetty, Kownacki, Bielik, Kędziora i Bednarek oraz trenerzy Dorna i Kasprzak wywodzą się z akademii Lecha. Mówię tylko o faktach, nie tworzę mitów. Ktoś może zapytać, jaka w tym moja rola? Byłem szefem tego projektu. Nie wiem, jaka jest zasługa inżyniera, który budował most. Pracuje przy nim wiele osób, ale ktoś zarządza całością.

    Od którego z wytransferowanych wychowanków Lecha czuć było talent na kilometr, a który musiał nadrabiać pracą?

    Marek Śledź: Ponadprzeciętny był Dawid Kownacki, doskonale sobie radził w meczach z dwa-trzy lata starszymi. Często jest tak, że trener stoi z boku i widzi pewne rozwiązania. Dlaczego tam nie zagrałeś? Dlaczego nie podałeś? Stara się podpowiedzieć. Dawidowi trudno było coś podpowiedzieć, bo wybierał optymalne rozwiązania. Gdzie mógł zagrać, tam zagrywał. Oczywiście na pewnym etapie miał zawirowanie mentalne, za szybko przyszły pieniądze, blask. Musiał zdecydować, co go bardziej pociąga – świat celebrytów czy piłkarzy? Na całe szczęście wybrał ten drugi.

    Jego przeciwieństwem jest kolega z Sampdorii, Karol Linetty.

    Marek Śledź: Zawodnik z drugiego bieguna. Pokorny, skromny, o afirmacji życia, którą można by uznać za wzorcową – od nikogo niczego nie oczekuje, tylko od siebie. Dawid z reguły podejmował dobre decyzje, Karol, gdy podjął złą, to zaraz ją naprawił zaangażowaniem. Był też trzeci garnitur, jak Tomek Kędziora. Mozolną, systematyczną i katorżniczą doszedł do tak cenionej na rynku perfekcji rzemieślniczej. W drużynie nie ma przecież samych artystów. Jest też Janek Bednarek wywodzący się z zintelektualizowanej rodziny, partner w rozmowie, imponujący dziś ustawieniem na boisku, mądrością, przewidywaniem.

    Z czego rozliczać akademię? Z piłkarzy dostarczanych do pierwszego zespołu?

    Marek Śledź: Jeśli istniałby tylko taki warunek, byłoby to bardzo proste.

    Więc z czego?

    Marek Śledź: Jest różnica między piłką nożną, a piłką polską. Nie zawsze to te same dyscypliny. Ile było transferów między naszymi klubami? Piątek przeszedł do Cracovii, wcześniej Pazdan czy Masłowski do Legii. Nieliczni. Czyli można założyć, że na transferach pomiędzy naszymi klubami nikt biznesu nie zrobi. A gdzie można? Na transferach za granicę. I teraz stawiamy pytanie – szkolić na potrzeby ekstraklasy, czy klubów z zagranicy? Jeśli to drugie, to drużyny w lidze traktujemy jako przystanek dla uzdolnionego zawodnika. Oczywiście wychowanek w szatni pierwszego zespołu jest tańszy niż każdy obcokrajowiec.

    Ile kosztuje wychowanie zawodnika?

    Marek Śledź: Nigdy tego nie liczyłem, zresztą mówimy o sporcie zespołowym. Wiele klubów dorabia sobie nieuczciwą teorię, że mają zawodnika, którego wychowali. Tak naprawdę nie wychowali, tylko zawdzięczają go przypadkowi. Czy prowadziłby go jeden trener, czy drugi, to nie ma znaczenia. Ten chłopiec ze swoim talentem i tak zostałby piłkarzem.

    Jak Robert Lewandowski.

    Marek Śledź: Urodził się uzdolniony, był tytanem pracy, miał wsparcie w rodzicach, trochę szczęścia i wypłynął.

    W akademii liczy się powtarzalność?

    Marek Śledź: Bezwzględnie. Jak w Lechu. To jedyny element oceniający pracę akademii. Nie okazjonalność, że raz na pięć lat wygramy i wychowamy zawodnika. W Lechu co roku jeden-dwóch wychowanków wchodzi do pierwszego zespołu. Po krótkim okresie stanowią jego trzon, zbliżają się do reprezentacji Polski, interesują się nimi w Europie. To oznacza dobrze obraną drogę. Na zawodnikach z akademii Lecha, których wytransferowano na rynki zagraniczne przez różne kluby, bo mówię też o Bieliku, zarobiono w przybliżeniu 17,6 miliona euro.

    Ile wynosił budżet akademii Lecha?

    Marek Śledź: Za moich czasów milion euro. Nie potrzebowałem więcej na jej dobre funkcjonowanie. Oczywiście na wiele rzeczy brakowało, choćby na regularne wyjazdy naszych zespołów do Hiszpanii czy Anglii, ale nadrabialiśmy to sparingami z Niemcami czy Czechami. Jeśli ktoś zastanawia się, jak zarobić w polskiej piłce, to nie tylko dzięki sponsorom czy sprzedaży gadżetów. Biznesem może być też akademia.

    A wyniki? Lech w ostatnich pięciu latach raz był mistrzem Polski. Legia ściągając zawodników z zewnątrz, może i przepłacając, wygrywała cztery razy.

    Marek Śledź: Spójrzmy, ile razy Lech był poza piątką.

    Wątpię, żeby satysfakcjonowało to jego kibiców.

    Marek Śledź: Wielkie ambicje są normalne. Legia i Lech zdominowały rywalizację w lidze, depcze im po piętach Jagiellonia. Z tych klubów to Lech we wprowadzaniu wychowanków jest najbardziej systemowy.

    Zgadza się. Tylko nie zapełnia gablot pucharami.

    Marek Śledź: Nie wiadomo, jak zakończy się ten sezon. Przyjdzie taki moment, że Lech powtórzy sukces dwa-trzy razy z rzędu. Proszę pamiętać, że inwestycje w jego akademię to ciągle krótki okres. Ośrodki przygotowujące zawodników do najwyższych wyzwań budowano dekadami, a nie w pięć lat. Proszę spojrzeć na historię La Masii, liczy sobie ponad 30 lat.

    A jakie były początki akademii Lecha?

    Marek Śledź: Zaczynałem od Amiki, a po fuzji przeniosłem się do Lecha. Działania w klubie były wtedy ukierunkowane na pierwszy zespół, budowa poważnej akademii pozostawała w sferze planów. Po wypadku samochodowym rozstałem się z Lechem na rok.

    Co pan wtedy robił?

    Marek Śledź: To był dla mnie dość trudny okres. Nigdzie nie pracowałem, żyliśmy z żoną ubogo. Był rok 2012, gdy prezesi Lecha zapytali, czy nie podjąłbym się budowy profesjonalnej akademii. Przed wyjazdem do Poznania na rozmowy dostałem od żony najpotężniejszy oręż, jaki mogła mi podarować. Powiedziała: „Pamiętaj, że nic nie musisz”. To przyświeca mi do dzisiaj – ja nie muszę, ja bardzo chcę.

    Bardzo pan chciał szefować akademii?

    Marek Śledź: Lech był pierwszym klubem w Polsce, który tak wyraźnie zaznaczył niezależność akademii. Wyszedł naprzeciw pomysłom forsowanym przeze mnie przed podpisaniem umowy.

    Czyli?

    Marek Śledź: Wydzielenie budżetu akademii, pozostawienie mi jurysdykcji w jej sprawach. To ja miałem dobierać ludzi. Poprosiłem też o utworzenie funkcji dyrektora akademii, żeby to nie był trener-koordynator, jak to wcześniej się nazywało.

    Nie miał pan doświadczenia w tej roli.

    Marek Śledź: Przez kilka lat odpowiadałem za szkolenie w SEMP-ie Warszawa, później przygotowywałem się we Wronkach. To, że dziś jestem w stanie zbudować projekt akademii od fundamentów po strych, zawdzięczam wielu osobom, od których się uczyłem. Nie byłem dobrym matematykiem, a co za tym idzie nie byłbym dobrym księgowym. Ale pokazano mi, jak zarządzać budżetem, planować go i rozliczać. O tyle jestem mądrzejszy, bardziej kompletny.

    Poza epizodem w Polonii Słubice nie pracował pan w seniorskiej piłce. Nie myślał pan, żeby dłużej zostać w niej dłużej?

    Marek Śledź: Z Polonią awansowaliśmy z IV do III ligi, dziś byłaby to II. W końcówce sezonu miałem serię życia – w siedmiu meczach zdobyliśmy 21 punktów, bramki 21:2. Odszedłem po pół roku, różne sprawy zdecydowały. Już wiedziałem, że praca z seniorami nie jest dla mnie.

    Dlaczego?

    Marek Śledź: Wokół tego było za dużo brudu, na który się nie godziłem. Piłkarzyków, którzy wiecznie mieli roszczenia i niewiele chcieli zrozumieć z filozofii uprawiania sportu. Do tego chora presja wyniku, która nie miała podstaw pojawić się na tym poziomie, bo klub był fatalnie zorganizowany.

    Jak pan trafił do Amiki?

    Marek Śledź: W 2003 roku zadzwonił Maciek Skorża, pracujący wtedy we Wronkach. Zaproponował pracę przy drużynie juniorów młodszych. „Poznasz strukturę klubu, zobaczysz, jak to wygląda. To trochę inne realia niż miałeś do tej pory, bo tam odpowiadałeś za wszystko. We Wronkach będziesz miał wokół siebie profesjonalną otoczkę”. I tak zaczęła się moja przygoda z Wielkopolską, która trwała 12 lat.

    A dlaczego ta w Miedzi Legnica trwała tylko jedenaście miesięcy?

    Marek Śledź: Jedna osoba stanęła na przeszkodzie projektu.

    Kto?

    Marek Śledź: Nie powiem.

    Właściciel klubu?

    Marek Śledź: Nie. Przyjął taką postawą, jaką przyjął i podążył za ścieżką wyrysowaną przez kogoś innego. Nie miał obiekcji dotyczących mojej pracy.

    Ale raczej nie sprowadzał pana na niecały rok.

    Marek Śledź: Pracowałem tam krótko, ale bardzo efektywnie. Ściągnąłem trenerów z Lecha, w juniorach młodszych zdetronizowaliśmy Zagłębie Lubin. Wydawało się, że zbudujemy ciekawy projekt, ale się nie udało. Osoby, przez którą odszedłem, nie zamierzam oceniać w relacjach zawodowych. Może jest skutecznym menedżerem. Natomiast w kategoriach ludzkich to najgorszy typ człowieka, jakiego poznałem. Nie chciałbym już spotykać takich postaci na swojej drodze. Razem ze mną z Miedzi odeszło czterech trenerów oraz wiceprezes i dyrektor sportowy.

    Teraz zajmuje się pan szkoleniem w Rakowie, nazywając to najtrudniejszym wyzwaniem ze wszystkich. Największe problemy macie z infrastrukturą.

    Marek Śledź: Akademia jest jak stół. Ma cztery nogi i nie może być chwiejna. Nie da się zastąpić krótszej nogi dłuższą.

    Te nogi to...

    Marek Śledź: Pierwsza to infrastruktura. Nie tylko boiska, ale i zaplecze – pokoje trenerów, szatnie, sale audiowizualne. W Rakowie jest przeciętna, więc staram się wycisnąć z tej cytryny jak najwięcej przez organizację. I to jest druga noga. Trzecią stanowi to, co jest największą wartością mojej pracy – szkoleniowe know-how, czyli pomysł na prowadzenie piłkarzy, podstawy programu.

    A czwarta?

    Marek Śledź: Przygotowani ludzie, którzy są w stanie sprostać wymaganiom. W Rakowie nie możemy sobie pozwolić na ściągnięcie 30 osób. Mam w głowie wychowanków, których z chęcią pociągnąłbym za sobą i stworzył ten projekt zdecydowanie szybciej, ale to trenerzy wysokobudżetowi i z innymi już ambicjami.

    Czyli to odpada.

    Marek Śledź: Jedyną drogą pozostaje wychowanie nowych trenerów, przygotowanie ich do pracy. W Rakowie jest grupa uzdolnionych młodych osób, która pozytywnie odpowiedziała na zaproponowany przeze mnie pomysł. Chcą się uczyć, robią to z oddaniem. Największy deficyt, o jakim wspominaliśmy, to infrastruktura, na którą już nie mamy wpływu.

    Są szanse, żeby to zmienić?

    Marek Śledź: Wiele osób stara się ją poprawić, ale to naszywanie łaty na stare dziury. Lobbuję u właściciela o budowę ośrodka pod Częstochową. Uboższe gminy z chęcią przekazałyby tereny w zamian za inwestycje. To logiczne. Dzięki ośrodkowi pojawiłyby się u nich miejsca pracy, bo ktoś musi sprzątać, skosić trawę, może powstałby sklep.

    Znalazł się pan teraz, z całym szacunkiem dla Rakowa, na uboczu. Nie ciągnie pana do tych najlepszych klubów?

    Marek Śledź: Nie jest tajemnicą, że po odejściu z Lecha startowałem w otwartym konkursie na dyrektora akademii Zagłębia Lubin.

    Wygrał Krzysztof Paluszek.

    Marek Śledź: To kolejny klub, którego nieprawdopodobne możliwości nie są wykorzystywane. Jak na ich warunki i budżet, efektywność powinna być większa. Mam wrażenie, że towarzyszy mi trochę nieprawdziwego mitu, strachu.

    Przed czym?

    Marek Śledź: Jestem bezkompromisowy w działaniu. Prezesi boją się osoby, która będzie konsekwentnie dążyła do tego, co zaplanowane.

    Pan chce mieć całą władzę w akademii?

    Marek Śledź: Zdecydowanie. Wchodzę ze swoim know-how i decyduję o czterech obszarach: finansowym, organizacyjnym, personalnym i szkoleniowym. Jeśli mam to zapewnione, wtedy realizuję projekt. Bez tego nie podejmuję się zadania.

    Jest w panu chęć pokazania władzom Lecha, że się pomylili?

    Marek Śledź: Praca w Rakowie ma podłoże ambicjonalne. Ktoś może powiedzieć, że fajnie się Śledziowi pracowało w Lechu, bo miał duży budżet. W Częstochowie przyszedłem do klubu II-ligowego, zaczynałem w ubogich warunkach i z mniejszym budżetem. Zamierzam pokazać, że i w takich okolicznościach może się udać. Jeśli akademię Rakowa wzniesiemy do poziomu, jaki zakładam, uznam to za znaczący sukces.

    Co nim będzie?

    Marek Śledź: Stworzenie jednej ze stu najlepiej szkolących akademii w Europie. Bycie najlepszym w Polsce mnie nie interesuje.
    https://www.przegladsportowy.pl/pilk...n-euro/29ltzn4
    Cytat Zamieszczone przez Robert E. Lee
    Chodzi o tworzenie syndromu oblężonej twierdzy. "Nie wińcie nas. Byłby mistrz, tylko sędziowie, var i dziennikarze z Warszawy..."

  26. #3836
    Legionista
    Dołączył
    03.2011
    Posty
    623
    Wywiad z byłym dyrektorem szkółki Lecha, idzie zaobserwować różnicę w tym jak funkcjonowało (wciąż funkcjonuje?) to u nich, a jak nadal nie jest u nas. Tematyka okołolechowa, ale warto czytać pomiędzy wierszami. Lepszego tematu chyba nie ma. Przyznam,że nie rozumiem, czemu ten człowiek nie trafił do nas.

    Łukasz Olkowicz: Który z piłkarskich uniwersytetów w Polsce kształci najlepiej?

    Marek Śledź: W Poznaniu. Na akademię Lecha spoglądam z sentymentem, bo to moje dziecko. Wprawdzie pozbawili mnie praw rodzicielskich, ale to projekt, który pielęgnowałem od podstaw.

    Zabolało odebranie praw?

    Marek Śledź: Pewnie, że tak. Nie było łatwo się z tym pogodzić, ale mój świętej pamięci tata mówił: „Synu, pamiętaj, szlachcic boso, ale w ostrogach”. Podniosłem wysoko czoło i odszedłem, zostawiając dobrze funkcjonującą akademię.

    Wyczuwam żal.

    Marek Śledź: Było, minęło. Na początku działalności akademii wiele osób niecierpliwiło się, ale dzisiaj efekty są widoczne. Nie chcę tworzyć mitów, że to wyłącznie moja zasługa, ale to ja ten projekt budowałem. Nie ukrywam, że wielokrotnie stając w opozycji do władz klubu, przekonując ich do kilku rzeczy. Na wiele spraw byli otwarci, ale też zdarzało nam się skonfliktować. Nie ma mnie już w Lechu, ale moje pomysły są realizowane, więc podążają drogą, którą wskazałem.

    Dlaczego w ogóle odszedł pan z Lecha?

    Marek Śledź: Zamieszało lobby menedżerskie. Myślę, że jakiś szampan strzelił po moim odejściu. Nie godziłem się na obecność agentów w klubie, dlatego nie byłem ich ulubieńcem. Młody piłkarz budowany przez sztab w klubie nie potrzebuje innych doradców niż rodzice i ci, którzy go prowadzą. Co taki menedżer może dać 15-latkowi? Za wyjątkiem karmienia nadzieją lub oferowania pieniędzy czy innych dóbr materialnych.

    Ale czy da się bez tego obejść? Menedżerowie interesują się coraz młodszymi zawodnikami, to znak czasu

    Marek Śledź: Uchronić się nie da, ale nie wolno bezgranicznie im się poddawać. Jeśli już są, to niech funkcjonują w oparciu o zasady etyczne, budując siebie jako współpartnerów projektu dotyczącego zawodnika.

    A jak jest?

    Marek Śledź: Nie no... To była granda, rycie w głowach młodym chłopakom. Ja ci załatwię lepszy klub, wyjedziesz za granicę, zarobisz. Zaczęły się konflikty. Nasi trenerzy negatywnie ocenili zawodnika po meczu, a menedżer zabiegał o jego akceptację, więc mówił: „Człowieku, oni się nie znają. Super zagrałeś, miałeś takie dwa podania...”. Więc kto będzie przyjemniejszy dla dziecka? Trener, który ciągle wymaga, czy menedżer, który chwali? Ale to nie jest droga do sukcesu i wszyscy o tym wiemy.

    Stąd w Lechu pomysł z certyfikacją agencji menedżerskich?

    Marek Śledź: Nie chciałem się na to zgodzić. Proszę sobie wyobrazić, że niemalże musiałbym sugerować zawodnikom podpisywanie umów ze wskazanymi agentami. Nie mogłem nikogo stawiać przed takim wyborem. Pół Polski mówiłoby, że mam z tego profity.

    Mówimy o dwóch agencjach – Fabryka Futbolu i ProSport Manager. Dlaczego akurat one?

    Marek Śledź: Nie wiem. To zarząd decydował. Duża grupa piłkarzy miała z nimi podpisane umowy. Ze mną przeważnie nie rozmawiali, bo wyrzucałem ich z gabinetu. Wolałem spotkać się z zawodnikiem i jego rodzicami. Oni mogą nie znać przepisów, ale zawsze chcą dobra swojego dziecka. Tak samo jak ja. Czy jako szef akademii nie chcę, żeby ich dziecko było świetnym piłkarzem? Robiłem wszystko, by było najlepsze na świecie. Po co mi pośrednik, który mu miesza w głowie? Co może wnieść do tego projektu? On jest potrzebny w seniorach, gdzie trzeba zadbać o zapisy w kontrakcie, finanse. Niech tym się zajmują, ale nie u 15-latka. Rozumiałem tendencję, że klub chciał stworzyć parasol ochronny dla wychowanków, ale powinna nim być jakość akademii.

    Jest pan idealistą?

    Marek Śledź: Może nie w takiej surowej definicji, ale trochę tak. Bardziej człowiekiem o ugruntowanych wartościach.

    I wierzył pan, że wszyscy piłkarze pozostaną w klubie do wieku seniora, nie będą rozglądać się za innymi rozwiązaniami?

    Marek Śledź: Moją, może nie utopijną, ale ideą fix było przeświadczenie, że im mocniejszy klub, im lepsze warunki, tym łatwiej będzie zatrzymać zawodnika. Dlaczego ma wyjechać do Herthy, skoro Lech gwarantuje mu szybszą drogę do pierwszego zespołu?

    Jak jest rola rodzica w tym wszystkim?

    Marek Śledź: Istotna. Dobra akademia sprawdza się na trzech płaszczyznach: szkoleniowej, edukacyjnej i wychowawczej. W dwóch ostatnich rodzic odgrywa ogromną rolę, powinien kontrolować edukację dziecka, wspierać ten proces. Zakładamy te same koszulki, mówimy tym samym językiem, by dziecko nie miało przywileju wyboru, że trener powiedział „musisz”, a rodzic „nie musisz”.Wtedy wybierze co łatwe i przyjemne, a nie obowiązkowe.

    A aspekt szkoleniowy?

    Marek Śledź: Nie dopuszczam w nim rodzica, nie ma dialogu. Jeśli przychodziłby i pytał „Dlaczego syn grał pięć minut, a nie siedem? Dlaczego na prawym skrzydle, a nie na lewym?”, to niech zabiera go do innego ośrodka.

    Tak ostro?

    Marek Śledź: Tak, bo to znaczy, że nam nie ufa. A jak to świadczy o rodzicu, że największy skarb oddaje w ręce takich osób. Jeśli jest inaczej, to niech nam zostawi sprawy szkoleniowe. Zrobimy to najlepiej, jak potrafimy. Moja osoba jest gwarantem jakości pracy.

    Rodzice próbują ingerować?

    Marek Śledź: Najchętniej ingerowaliby we wszystko, co dotyczy ich dziecka. W ten sposób starają się rekompensować mu brak swojego czasu. W sobotę pojadę na mecz, będę cię dopingował i wszystko jest w porządku. Rodzice często przelewają też na dziecko własne niespełnione marzenie.

    Wyobrażają sobie, że mają w domu drugiego Lewandowskiego.

    Marek Śledź: Mam taki napis w akademii: „Jeśli uważasz, ze twój syn to drugi Messi, zabierz go od razu do domu”. Rodzic to bardzo ważny partner. Naszą rolą jest go przygotować, by rozumiał swoją rolę i był wsparciem dla dziecka. W Rakowie każdy z trenerów ma obowiązek raz na pół roku spotkać się z nimi. W obecności syna dowiadują się, w jakich elementach zrobił postęp, na co powinni zwrócić uwagę, za co pochwalić. Gdy trener dochodzi do braków i gorszych stron, wtedy wyprasza zawodnika i zostają sami rodzice.

    Wróćmy do Lecha, gdzie co sezon przebija się jeden-dwóch wychowanków. A co z resztą?

    Marek Śledź: Na ten temat trwały spory z pierwszymi trenerami. Gdy pomijali wychowanków, pytałem: – Dlaczego nie bierzecie piłkarza z naszej akademii? – Bo jeszcze nie jest gotowy. A ja potrzebują przygotowanego – odpowiadali.

    Dziwi się pan?

    Marek Śledź: Nie da się wychować juniora od razu na potrzeby ekstraklasy. On musi pobyć w nowym środowisku kilka miesięcy, rozegrać parę meczów, popełnić błędy. Trzeba mu dać czas. To tak jakbyśmy chcieli gimnazjalistę przygotować do matury.

    Cierpliwość nie jest w naszej piłce cenioną cnotą.

    Marek Śledź: Jest za to chora presja sztucznego wyniku. Nie zdecyduje o nim jeden młokos, który wejdzie na 20 minut. Jeśli byłoby odwrotnie, to wartość zespołu jest zerowa. Gdy na ostatnie minuty wpuszczamy 18-latka i on ma zadecydować o przegranej, to co możemy powiedzieć o dziesięciu pozostałych? Jeśli popełni błąd zakończony stratą gola, po to jest tych dziesięciu, żeby strzelić dwa gole. Największy deficyt w polskiej piłce widzę w zarządzaniu klubami.

    Gdzie dokładnie?

    Marek Śledź: W braku jasnej, przejrzystej, ugruntowanej ekonomicznie i spokojnej, a nie emocjonalnej, kultury zarządzania. Każdy klub powinien mieć strategię, jak chce grać. W założeniu Lech, podobnie jak Legia, ma dominować. Ich nie interesuje zwycięstwo 1:0, tylko 5:0. Jeśli wiadomo, jak drużyna ma grać, to też wiemy, jakich piłkarzy chcemy wychować, jakiego profilu szukać. Planujemy, jak klub ma wyglądać w sezonie 2024/25, a nie w obecnym.

    Jak pan podchodzi do ogrywania juniorów? Woli pan, żeby rywalizowali z najlepszymi rówieśnikami w CLJ, czy wcześniej próbowali w seniorach – w III czy IV-ligowych rezerwach?

    Marek Śledź: CLJ to milowy krok PZPN. Im więcej scentralizowanych rozgrywek, tym korzystniej dla juniorów. Żeby być lepszy, trzeba grać z lepszymi. To sprowokuje kluby, by pozyskiwać najzdolniejszych nastolatków, oni też zechcą przyjść do klubu z CLJ, co będzie samoistną selekcją. Natomiast CLJ, choćby na najwyższym poziomie, nie zastąpi zderzenia z piłką seniorską, wyrachowaną czy sprymitywizowaną, gdzie wynik determinuje zachowanie.

    Dlatego Lech tak ochoczo wypożycza piłkarzy? Jan Bednarek, Robert Gumny czy Kamil Jóźwiak zanim wskoczyli do jego składu, zdobywali doświadczenie poza Poznaniem.

    Marek Śledź: Na początku zarzucano nam w klubie, że juniorów z akademii nikt nie chce. Nie dziwiłem się, skoro byli schowani. Zaproponowałem: „Pokażcie ich w pierwszym zespole. Niech zagrają trzy-cztery mecze i wtedy wypożyczajcie do I ligi”. Tak zaczęli robić. Chłopak zagrał 200 minut w ekstraklasie i I-ligowiec już chętniej sięgał po takiego młodzieżowca. A on może zagrać sezon na wypożyczeniu i za chwilę być w pierwszym zespole.

    Jaka jest optymalna ścieżka rozwoju dla juniora w takim klubie, jak Lech?

    Marek Śledź: Powinna prowadzić z grup młodzieżowych do II ligi w seniorach. Choć nie ma reguł. Piłkarza z silną osobowością i gotowego do rywalizacji trzeba wprowadzać do ekstraklasy. Ważne, by nie wrzucać go do jednego worka z pozostałymi. Drużyna grająca w lidze i dodatkowo w pucharach przygotowuje się od jednego meczu do drugiego.

    Te puchary w przypadku naszych drużyn to przeważnie kończą się w sierpniu.

    Marek Śledź: No dobrze, ale zespoły w nich występujące idą rytmem – roztrenowanie, rozruch, przygotowanie do kolejnego spotkania. Jeśli nastolatek nie jest podstawowym zawodnikiem, to mało gra i mało trenuje. Wychodzi na to, że jest trenowany, a nie szkolony. A takich zawodników trzeba dalej szkolić, przygotowywać do gry w pierwszym zespole.

    W Lechu przywiązywaliście wagę do wyników juniorów?

    Marek Śledź: W CLJ zazwyczaj graliśmy młodszym rocznikiem, podobnie wśród juniorów młodszych. I oni trzy lata z rzędu byli w stanie zdobyć mistrzostwo Polski. W juniorach starszych z reguły docieraliśmy do finałów, ocieraliśmy się o medale, ale mistrzostwa nie zdobywaliśmy.

    Ktoś w klubie miał pretensje?

    Marek Śledź: Nie, w ogóle nie było nacisku. Oczywiście była wewnętrzna ambicja, bo nie ma trenera czy dyrektora akademii, którzy nie chcieliby wygrać CLJ. To był jakiś mini-cel, ale nigdy nie robiliśmy tego sztucznie, nie zdarzało się ściągać na najważniejsze mecze zawodników z pierwszej drużyny. Często nawet z rezerw ich nie przesuwaliśmy. Mecz w III lidze był ważniejszy niż w CLJ.

    Dlaczego większość polskich klubów opiera się przed wprowadzaniem młodzieży? Przecież młodzi piłkarze wyjeżdżają z ekstraklasy za coraz większe pieniądze, co powinno być opłacalne dla wszystkich.

    Marek Śledź: Bo z tym młodymi trzeba pracować, mieć na nich pomysł. To tak, jakby pan miał pod opieką ucznia, którego musi przygotować do zawodu dziennikarza. Łatwiej wziąć gotowego. Skoro jest film „Tańczący z wilkami”, to ten o polskich trenerach nazywałby się „Walczący o posadę”. Oni najczęściej nie myślą długofalowo, raczej kalkulują, czy ich nie zwolnią: jeszcze dwie kolejki, trzy, może uda się pociągnąć pół roku.

    Więc może powinniśmy szukać winy nie u trenerów, a u prezesów?

    Marek Śledź: Powiedziałem już o największych rezerwach w polskim futbolu – formule zarządzania klubami.

    Zmienia się to choć trochę?

    Marek Śledź: W niewielkich obszarach. Mam cichą nadzieję, że projekt w Rakowie się powiedzie i zmieni moje postrzeganie właścicieli. Pokaże, że są postacie, które potrafią zrozumieć, inwestować. Ja nigdy nie pytam „czy”, tylko „kiedy”. Nie mam grama wątpliwości, że umiem zbudować wysoko efektywny projekt.

    Za granicą też?

    Marek Śledź: Czuję się mocny w tym, co robię. Jeśli zacząłbym pracę w Hiszpanii czy we Włoszech, to efekty byłyby podobne, jak w Lechu. Pojawiały się zapytania z Niemiec i Austrii, ale wtedy nie chciałem podejmować rozmów. Niedawno odwiedziłem akademię w Wolfsburgu, oglądałem ich ośrodek. Dziwiło mnie, gdy dyrektor wywieszał białą flagę, mówił, że coś się nie uda. Kurczę, dajcie mi to w ręce, a podniosę was o dwa piętra. Bo jestem w stanie zrobić. Ale mam swoje lata, a w paszporcie wpisane obywatelstwo polskie. To nie jest dobra reklama na europejskim rynku.

    Był pan zaskoczony, gdy usłyszał, że musi odejść z Lecha?

    Marek Śledź: Liczba niezgodności między mną, a Piotrem Rutkowskim była na tyle duża, że mogłem się spodziewać. Liczyłem, że obronię się wartością mojej pracy. Że zostanie doceniona, a inni przełkną pigułkę, powiedzą: „Może i jest trudny w relacjach, ale utrzymuje akademię na wysokim poziomie”.

    Co znaczy ten trudny w relacjach?

    Marek Śledź: Nie uprawiam polityki. Mówię, co myślę i nie obdarzam innych szacunkiem ze względu na to, że są prezesami, tylko jakimi są ludźmi. Konsekwentnie realizuję to, co zostało ustalone, egzekwując od siebie i innych. Gdy statek zaczyna dryfować w innym kierunku, zwracam na to uwagę. Nie wszyscy to akceptują. Wolą usłyszeć to, co im się podoba.

    Czego pan oczekiwał?

    Marek Śledź: Uzurpowałem sobie prawo do wpływu na transfery z zagranicy. Jako dyrektor akademii chciałem mieć prawo veta, gdybyśmy na tę pozycję mieli w akademii uzdolnionego chłopca, a tym ruchem blokowali mu drogę.

    Duża władza.

    Marek Śledź: Według wzorów najlepszych akademii w Europie, dyrektor jest partnerem dla zarządu, osobą z argumentami decyzyjnymi. Domagałem się również prawa do opinii przy zmianach trenerów.

    To już nie duża, a ogromna władza.

    Marek Śledź: Akademia to projekt stabilny, funkcjonujący od lat, oparty na określonej metodologii. Załóżmy, że w szkoleniu stawiamy na ultraofensywny styl, Lech ma dominować i strzelać dużo goli. A przychodzi trener, były obrońca, który świetnie czuje się w grze z kontry. I nie rozumie tych założeń. To wie pan, on może zrujnować całą naszą pracę, odstrzelić wychowanków, których przygotowywaliśmy przez tyle lat. Dlatego chciałem wcześniej spotkać się z nim, wytłumaczyć, jak pracujemy, jakich zawodników chcemy wychowywać.

    Lech ma stałą strategię gry?

    Marek Śledź: Za moich czasów miał.

    Jak chce grać?

    Marek Śledź: Ofensywnie, z chęcią dominacji. Lech zdobywa dużo bramek, obok Górnika jest najskuteczniejszy w ekstraklasie. Zawodników dobiera się pod określony profil.

    A trenerów dobiera się pod ten ogólny zarys?

    Marek Śledź: Nie wiem. Nie konsultowano ze mną decyzji, gdy Maciek Skorża zastępował Mariusza Rumaka. Co prawda potem mnie za to przeproszono, ale otwarcie mówiłem na spotkaniach zarządu, że nic o tym nie wiedziałem. Przy moim odejściu wykorzystywano za to przypadek Krystiana Bielika.

    Którego prosto z akademii przechwyciła Legia, a po pół roku sprzedała do Arsenalu Londyn.

    Marek Śledź: Przedstawiłem mu ofertę, on z niej nie skorzystał. Nie chciałem tworzyć precedensu. Wybrał inną drogę. Dobrą czy złą – czas pokaże.

    Bielikowi nie spodobała się wyznaczona ścieżka rozwoju w Lechu.

    Marek Śledź: Obok niego widziałem wielu utalentowanych chłopaków. Dziś okazuje się, że Kamil Jóźwiak jest zdolny, a Robertem Gumnym interesują się zachodnie kluby. Gdyby przeszedł do Borussii Mönchengladbach, to byłby transferowy rekord ligi i większe pieniądze, niż za odejście Krystiana. Więc sami sobie odpowiadamy, kto miał rację.

    Będą następni?

    Marek Śledź: Lech zarobi dzięki akademii 50-60 milionów euro. Pokazują się Gumny z Jóźwiakiem, w I-ligowym Podbeskidziu ogrywa się Tomczyk. Z piłkarzy urodzonych w 1999 jest Kurminowski wypożyczony na Słowację i Moder w kadrze pierwszego zespołu. Z rocznika 2000 Klupś już zadebiutował w Lechu, a z 2001 Pleśnierowicz był na obozie z zespołem Bjelicy. Maszyna działa prawidłowo. Myślę, że nic nie zatnie się do rocznika 2002.

    A dalej?

    Marek Śledź: Akademia nie funkcjonuje tak, jak wcześniej, przestała być tak zunifikowana. My byliśmy jednomyślni w szkoleniu, konsekwentnie realizowaliśmy obraną drogę. Nie była ona zamknięta, tylko wyjątkowo twórcza. Obawiam się, że poniżej rocznika 2002 klub odczuje zmiany w akademii.

    Z której odeszło wielu trenerów.

    Marek Śledź: To moje dzieci.

    I duży upływ krwi dla akademii.

    Marek Śledź: Ta strata na razie nie jest jeszcze tak dostrzegalna. Siłą rozpędu maszyna kręci się dalej. Dopiero w kolejnych latach Lech może mieć kłopot. Tak jak zawodnikowi trzeba pokazać drogę rozwoju, podobnie jest z trenerem. Ja byłem dla nich tutorem, wyznaczałem ścieżki. Planowałem, w którym miejscu będą za dwa-trzy lata. Ktoś powiedział, że miarą lidera jest to, czy ludzie pójdą za nim. Jestem dumny, że tak wielu trenerów podążyło za mną. Niektórzy postrzegali mnie jako tyrana, który obdzierał tych młodych ludzi z kreatywności.

    Nie przeczę, że też to słyszałem.

    Marek Śledź: Jeśli byłaby to prawda, to czy spod mojej ręki wyszliby trenerzy potrafiący zarządzać innymi projektami? Patryk Kniat był dyrektorem sportowym Elany, Przemek Małecki, Wojtek Tomaszewski, Marcin Salamon i Marcin Kardela pracują przy młodzieżowych reprezentacjach Polski. Oni wszyscy byli przygotowywani do samodzielnego podejmowania decyzji, zarządzania. Ich wartość na rynku jest na tyle duża, że gdy ruszyli w Polskę, to zaistnieli w innych miejscach. To top trenerów piłki młodzieżowej w kraju.

    Za to wychowankowie Lecha grają w zespołach z Premier League, Bundesligi i Serie A.

    Wyjechali też Kędziora, Bielik, Golla. Podkreślam, bo mam do tego prawo i nigdy nie pozwolę sobie go odebrać, że legitymacją mojej pracy jest akademia Lecha. Nic tego nie zmieni. Proszę pokazać drugą osobę w kraju, która do reprezentacji Polski na ostatnie Młodzieżowe Mistrzostwa Europy wprowadziła pięciu piłkarzy i dwóch trenerów.

    Średnio udany ten turniej.

    Marek Śledź: Pomijam to, ale Linetty, Kownacki, Bielik, Kędziora i Bednarek oraz trenerzy Dorna i Kasprzak wywodzą się z akademii Lecha. Mówię tylko o faktach, nie tworzę mitów. Ktoś może zapytać, jaka w tym moja rola? Byłem szefem tego projektu. Nie wiem, jaka jest zasługa inżyniera, który budował most. Pracuje przy nim wiele osób, ale ktoś zarządza całością.

    Od którego z wytransferowanych wychowanków Lecha czuć było talent na kilometr, a który musiał nadrabiać pracą?

    Marek Śledź: Ponadprzeciętny był Dawid Kownacki, doskonale sobie radził w meczach z dwa-trzy lata starszymi. Często jest tak, że trener stoi z boku i widzi pewne rozwiązania. Dlaczego tam nie zagrałeś? Dlaczego nie podałeś? Stara się podpowiedzieć. Dawidowi trudno było coś podpowiedzieć, bo wybierał optymalne rozwiązania. Gdzie mógł zagrać, tam zagrywał. Oczywiście na pewnym etapie miał zawirowanie mentalne, za szybko przyszły pieniądze, blask. Musiał zdecydować, co go bardziej pociąga – świat celebrytów czy piłkarzy? Na całe szczęście wybrał ten drugi.

    Jego przeciwieństwem jest kolega z Sampdorii, Karol Linetty.

    Marek Śledź: Zawodnik z drugiego bieguna. Pokorny, skromny, o afirmacji życia, którą można by uznać za wzorcową – od nikogo niczego nie oczekuje, tylko od siebie. Dawid z reguły podejmował dobre decyzje, Karol, gdy podjął złą, to zaraz ją naprawił zaangażowaniem. Był też trzeci garnitur, jak Tomek Kędziora. Mozolną, systematyczną i katorżniczą doszedł do tak cenionej na rynku perfekcji rzemieślniczej. W drużynie nie ma przecież samych artystów. Jest też Janek Bednarek wywodzący się z zintelektualizowanej rodziny, partner w rozmowie, imponujący dziś ustawieniem na boisku, mądrością, przewidywaniem.

    Z czego rozliczać akademię? Z piłkarzy dostarczanych do pierwszego zespołu?

    Marek Śledź: Jeśli istniałby tylko taki warunek, byłoby to bardzo proste.

    Więc z czego?

    Marek Śledź: Jest różnica między piłką nożną, a piłką polską. Nie zawsze to te same dyscypliny. Ile było transferów między naszymi klubami? Piątek przeszedł do Cracovii, wcześniej Pazdan czy Masłowski do Legii. Nieliczni. Czyli można założyć, że na transferach pomiędzy naszymi klubami nikt biznesu nie zrobi. A gdzie można? Na transferach za granicę. I teraz stawiamy pytanie – szkolić na potrzeby ekstraklasy, czy klubów z zagranicy? Jeśli to drugie, to drużyny w lidze traktujemy jako przystanek dla uzdolnionego zawodnika. Oczywiście wychowanek w szatni pierwszego zespołu jest tańszy niż każdy obcokrajowiec.

    Ile kosztuje wychowanie zawodnika?

    Marek Śledź: Nigdy tego nie liczyłem, zresztą mówimy o sporcie zespołowym. Wiele klubów dorabia sobie nieuczciwą teorię, że mają zawodnika, którego wychowali. Tak naprawdę nie wychowali, tylko zawdzięczają go przypadkowi. Czy prowadziłby go jeden trener, czy drugi, to nie ma znaczenia. Ten chłopiec ze swoim talentem i tak zostałby piłkarzem.

    Jak Robert Lewandowski.

    Marek Śledź: Urodził się uzdolniony, był tytanem pracy, miał wsparcie w rodzicach, trochę szczęścia i wypłynął.

    W akademii liczy się powtarzalność?

    Marek Śledź: Bezwzględnie. Jak w Lechu. To jedyny element oceniający pracę akademii. Nie okazjonalność, że raz na pięć lat wygramy i wychowamy zawodnika. W Lechu co roku jeden-dwóch wychowanków wchodzi do pierwszego zespołu. Po krótkim okresie stanowią jego trzon, zbliżają się do reprezentacji Polski, interesują się nimi w Europie. To oznacza dobrze obraną drogę. Na zawodnikach z akademii Lecha, których wytransferowano na rynki zagraniczne przez różne kluby, bo mówię też o Bieliku, zarobiono w przybliżeniu 17,6 miliona euro.

    Ile wynosił budżet akademii Lecha?

    Marek Śledź: Za moich czasów milion euro. Nie potrzebowałem więcej na jej dobre funkcjonowanie. Oczywiście na wiele rzeczy brakowało, choćby na regularne wyjazdy naszych zespołów do Hiszpanii czy Anglii, ale nadrabialiśmy to sparingami z Niemcami czy Czechami. Jeśli ktoś zastanawia się, jak zarobić w polskiej piłce, to nie tylko dzięki sponsorom czy sprzedaży gadżetów. Biznesem może być też akademia.

    A wyniki? Lech w ostatnich pięciu latach raz był mistrzem Polski. Legia ściągając zawodników z zewnątrz, może i przepłacając, wygrywała cztery razy.

    Marek Śledź: Spójrzmy, ile razy Lech był poza piątką.

    Wątpię, żeby satysfakcjonowało to jego kibiców.

    Marek Śledź: Wielkie ambicje są normalne. Legia i Lech zdominowały rywalizację w lidze, depcze im po piętach Jagiellonia. Z tych klubów to Lech we wprowadzaniu wychowanków jest najbardziej systemowy.

    Zgadza się. Tylko nie zapełnia gablot pucharami.

    Marek Śledź: Nie wiadomo, jak zakończy się ten sezon. Przyjdzie taki moment, że Lech powtórzy sukces dwa-trzy razy z rzędu. Proszę pamiętać, że inwestycje w jego akademię to ciągle krótki okres. Ośrodki przygotowujące zawodników do najwyższych wyzwań budowano dekadami, a nie w pięć lat. Proszę spojrzeć na historię La Masii, liczy sobie ponad 30 lat.

    A jakie były początki akademii Lecha?

    Marek Śledź: Zaczynałem od Amiki, a po fuzji przeniosłem się do Lecha. Działania w klubie były wtedy ukierunkowane na pierwszy zespół, budowa poważnej akademii pozostawała w sferze planów. Po wypadku samochodowym rozstałem się z Lechem na rok.

    Co pan wtedy robił?

    Marek Śledź: To był dla mnie dość trudny okres. Nigdzie nie pracowałem, żyliśmy z żoną ubogo. Był rok 2012, gdy prezesi Lecha zapytali, czy nie podjąłbym się budowy profesjonalnej akademii. Przed wyjazdem do Poznania na rozmowy dostałem od żony najpotężniejszy oręż, jaki mogła mi podarować. Powiedziała: „Pamiętaj, że nic nie musisz”. To przyświeca mi do dzisiaj – ja nie muszę, ja bardzo chcę.

    Bardzo pan chciał szefować akademii?

    Marek Śledź: Lech był pierwszym klubem w Polsce, który tak wyraźnie zaznaczył niezależność akademii. Wyszedł naprzeciw pomysłom forsowanym przeze mnie przed podpisaniem umowy.

    Czyli?

    Marek Śledź: Wydzielenie budżetu akademii, pozostawienie mi jurysdykcji w jej sprawach. To ja miałem dobierać ludzi. Poprosiłem też o utworzenie funkcji dyrektora akademii, żeby to nie był trener-koordynator, jak to wcześniej się nazywało.

    Nie miał pan doświadczenia w tej roli.

    Marek Śledź: Przez kilka lat odpowiadałem za szkolenie w SEMP-ie Warszawa, później przygotowywałem się we Wronkach. To, że dziś jestem w stanie zbudować projekt akademii od fundamentów po strych, zawdzięczam wielu osobom, od których się uczyłem. Nie byłem dobrym matematykiem, a co za tym idzie nie byłbym dobrym księgowym. Ale pokazano mi, jak zarządzać budżetem, planować go i rozliczać. O tyle jestem mądrzejszy, bardziej kompletny.

    Poza epizodem w Polonii Słubice nie pracował pan w seniorskiej piłce. Nie myślał pan, żeby dłużej zostać w niej dłużej?

    Marek Śledź: Z Polonią awansowaliśmy z IV do III ligi, dziś byłaby to II. W końcówce sezonu miałem serię życia – w siedmiu meczach zdobyliśmy 21 punktów, bramki 21:2. Odszedłem po pół roku, różne sprawy zdecydowały. Już wiedziałem, że praca z seniorami nie jest dla mnie.

    Dlaczego?

    Marek Śledź: Wokół tego było za dużo brudu, na który się nie godziłem. Piłkarzyków, którzy wiecznie mieli roszczenia i niewiele chcieli zrozumieć z filozofii uprawiania sportu. Do tego chora presja wyniku, która nie miała podstaw pojawić się na tym poziomie, bo klub był fatalnie zorganizowany.

    Jak pan trafił do Amiki?

    Marek Śledź: W 2003 roku zadzwonił Maciek Skorża, pracujący wtedy we Wronkach. Zaproponował pracę przy drużynie juniorów młodszych. „Poznasz strukturę klubu, zobaczysz, jak to wygląda. To trochę inne realia niż miałeś do tej pory, bo tam odpowiadałeś za wszystko. We Wronkach będziesz miał wokół siebie profesjonalną otoczkę”. I tak zaczęła się moja przygoda z Wielkopolską, która trwała 12 lat.

    A dlaczego ta w Miedzi Legnica trwała tylko jedenaście miesięcy?

    Marek Śledź: Jedna osoba stanęła na przeszkodzie projektu.

    Kto?

    Marek Śledź: Nie powiem.

    Właściciel klubu?

    Marek Śledź: Nie. Przyjął taką postawą, jaką przyjął i podążył za ścieżką wyrysowaną przez kogoś innego. Nie miał obiekcji dotyczących mojej pracy.

    Ale raczej nie sprowadzał pana na niecały rok.

    Marek Śledź: Pracowałem tam krótko, ale bardzo efektywnie. Ściągnąłem trenerów z Lecha, w juniorach młodszych zdetronizowaliśmy Zagłębie Lubin. Wydawało się, że zbudujemy ciekawy projekt, ale się nie udało. Osoby, przez którą odszedłem, nie zamierzam oceniać w relacjach zawodowych. Może jest skutecznym menedżerem. Natomiast w kategoriach ludzkich to najgorszy typ człowieka, jakiego poznałem. Nie chciałbym już spotykać takich postaci na swojej drodze. Razem ze mną z Miedzi odeszło czterech trenerów oraz wiceprezes i dyrektor sportowy.

    Teraz zajmuje się pan szkoleniem w Rakowie, nazywając to najtrudniejszym wyzwaniem ze wszystkich. Największe problemy macie z infrastrukturą.

    Marek Śledź: Akademia jest jak stół. Ma cztery nogi i nie może być chwiejna. Nie da się zastąpić krótszej nogi dłuższą.

    Te nogi to...

    Marek Śledź: Pierwsza to infrastruktura. Nie tylko boiska, ale i zaplecze – pokoje trenerów, szatnie, sale audiowizualne. W Rakowie jest przeciętna, więc staram się wycisnąć z tej cytryny jak najwięcej przez organizację. I to jest druga noga. Trzecią stanowi to, co jest największą wartością mojej pracy – szkoleniowe know-how, czyli pomysł na prowadzenie piłkarzy, podstawy programu.

    A czwarta?

    Marek Śledź: Przygotowani ludzie, którzy są w stanie sprostać wymaganiom. W Rakowie nie możemy sobie pozwolić na ściągnięcie 30 osób. Mam w głowie wychowanków, których z chęcią pociągnąłbym za sobą i stworzył ten projekt zdecydowanie szybciej, ale to trenerzy wysokobudżetowi i z innymi już ambicjami.

    Czyli to odpada.

    Marek Śledź: Jedyną drogą pozostaje wychowanie nowych trenerów, przygotowanie ich do pracy. W Rakowie jest grupa uzdolnionych młodych osób, która pozytywnie odpowiedziała na zaproponowany przeze mnie pomysł. Chcą się uczyć, robią to z oddaniem. Największy deficyt, o jakim wspominaliśmy, to infrastruktura, na którą już nie mamy wpływu.

    Są szanse, żeby to zmienić?

    Marek Śledź: Wiele osób stara się ją poprawić, ale to naszywanie łaty na stare dziury. Lobbuję u właściciela o budowę ośrodka pod Częstochową. Uboższe gminy z chęcią przekazałyby tereny w zamian za inwestycje. To logiczne. Dzięki ośrodkowi pojawiłyby się u nich miejsca pracy, bo ktoś musi sprzątać, skosić trawę, może powstałby sklep.

    Znalazł się pan teraz, z całym szacunkiem dla Rakowa, na uboczu. Nie ciągnie pana do tych najlepszych klubów?

    Marek Śledź: Nie jest tajemnicą, że po odejściu z Lecha startowałem w otwartym konkursie na dyrektora akademii Zagłębia Lubin.

    Wygrał Krzysztof Paluszek.

    Marek Śledź: To kolejny klub, którego nieprawdopodobne możliwości nie są wykorzystywane. Jak na ich warunki i budżet, efektywność powinna być większa. Mam wrażenie, że towarzyszy mi trochę nieprawdziwego mitu, strachu.

    Przed czym?

    Marek Śledź: Jestem bezkompromisowy w działaniu. Prezesi boją się osoby, która będzie konsekwentnie dążyła do tego, co zaplanowane.

    Pan chce mieć całą władzę w akademii?

    Marek Śledź: Zdecydowanie. Wchodzę ze swoim know-how i decyduję o czterech obszarach: finansowym, organizacyjnym, personalnym i szkoleniowym. Jeśli mam to zapewnione, wtedy realizuję projekt. Bez tego nie podejmuję się zadania.

    Jest w panu chęć pokazania władzom Lecha, że się pomylili?

    Marek Śledź: Praca w Rakowie ma podłoże ambicjonalne. Ktoś może powiedzieć, że fajnie się Śledziowi pracowało w Lechu, bo miał duży budżet. W Częstochowie przyszedłem do klubu II-ligowego, zaczynałem w ubogich warunkach i z mniejszym budżetem. Zamierzam pokazać, że i w takich okolicznościach może się udać. Jeśli akademię Rakowa wzniesiemy do poziomu, jaki zakładam, uznam to za znaczący sukces.

    Co nim będzie?

    Marek Śledź: Stworzenie jednej ze stu najlepiej szkolących akademii w Europie. Bycie najlepszym w Polsce mnie nie interesuje.
    https://www.przegladsportowy.pl/pilk...n-euro/29ltzn4
    Cytat Zamieszczone przez Robert E. Lee
    Chodzi o tworzenie syndromu oblężonej twierdzy. "Nie wińcie nas. Byłby mistrz, tylko sędziowie, var i dziennikarze z Warszawy..."

  27. #3837
    coraz chudszy Awatar Kijek
    Dołączył
    06.2004
    Skąd
    miasto gwiazd
    Posty
    5,910
    Cytat Zamieszczone przez Darex13 Zobacz posta
    idzie zaobserwować
    Chryste Panie, w jakim to języku?
    MIODUSKI Z LEGII WON!
    Miro, hvala za sve.

    Pudel o BL
    Bogusław zarządzał Legią w sposób intuicyjny, wręcz ręczny. Proste, ręczne sposoby już nie wystarczą. I w tym miejscu są potrzebne moje kompetencje strategiczne."
    Pudel o stadionie
    W przyszłości oczywiście trzeba będzie go powiększyć. Mamy projekt, ale to jeszcze nie jest czas na to, żeby go wdrażać. Na razie chcemy mieć komplet widzów na każdym meczu. Marzy mi się tłum chętnych po karnety i do wykupienia miejsc vipowskich.

  28. #3838
    Legionista Awatar Marcino
    Dołączył
    05.2015
    Skąd
    Białołęka
    Posty
    2,365
    PS:

    Nowy trener po sezonie

    W gronie kandydatów na trenera Legii pozostaje Urs Fischer. Zatrudnienie nowego szkoleniowca schodzi na razie na dalszy plan. Liczy się tylko zdobycie mistrzostwa Polski.

    Dariusz Mioduski dużo rozmawia ze swoim doradcą, byłym prezesem FC Basel Bernhardem Heuslerem. Jednym z głównych kandydatów pozostaje były szkoleniowiec szwajcarskiego giganta – Urs Fischer. W Legii chcieliby być tam, gdzie przez wiele lat pod wodzą Heuslera i m.in. Fischera (śr. 2,19 pkt na mecz), był zespół z Bazylei – grać regularnie w Lidze Mistrzów i stworzyć prężną akademię.

    Jednak Fischer to na razie nic pewnego, choć jest opcją. W przeciwieństwie do Gheorghe Hagiego, wbrew doniesieniom rumuńskich mediów. Opcją był też Adrian Gula, z którym klub prowadził zaawansowane rozmowy, ale wybrał możliwość pracy ze słowacką młodzieżówką. Przy Łazienkowskiej usłyszeliśmy, że jedyną poważną polską kandydaturą na stanowisko trenera byłby Michał Probierz.
    Pełno na ziemi ludzi, co nie zasługują by do nich mówić.
    26.08.2018 Najwyższa ligowa porażka od 46 lat - Quo Vadis Legio ?

  29. #3839
    Cytat Zamieszczone przez Marcino Zobacz posta
    Przy Łazienkowskiej usłyszeliśmy, że jedyną poważną polską kandydaturą na stanowisko trenera byłby Michał Probierz.
    Z Polaków to osobiście widziałbym jedynie Nawałkę. Czym się wyróżnia Probierz, że jest jedynym poważnym polskim kandydatem? Poza słabością do whiskey.
    #MioduskiWON

  30. #3840
    Poważny kandydat, który zwiedził część klubów ekstraklasy, a jedynie dobry wynik osiągnął w Jagiellonii.

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •