PDA

Zobacz pełną wersję : Z Zimbabwe do Polski - historia obrońcy Legii Dicksona Choto



Joker
30-09-2003, 11:16
"Kiedy na ścianie gabinetu trenera Grabowskiego w Harare zobaczyłem portret Jana Pawła II i usłyszałem, że to wasz rodak, uwierzyłem, że w Polsce nic złego mnie nie spotka. Na razie wszystko idzie jak trzeba - uśmiecha się reprezentant Zimbabwe Dickson Choto, od niedawna filar defensywy Legii
Gdyby nie upór, 22-letni Choto nie grałby teraz w piłkę, ale pewnie kończył studia bankowe w Harare - stolicy Zimbabwe - jak jego młodsza siostra. Afryka potrzebuje bankowców, specjaliści z USA czy Europy są drodzy. Mimo to wciąż rodzi się tam więcej piłkarzy. Tak było i w tym przypadku. Mały Dickson, zamiast ślęczeć nad książkami, wolał uganiać się po ulicznych boiskach za piłką.
- Grałem i grałem. Cały czas. Od rana do wieczora. Od wschodu do zachodu słońca. Ojciec wracał zmęczony po pracy. Brat i obie siostry karnie siedziały nad książkami. A gdzie Dickson? Wiadomo - gra w piłkę. Po powrocie do domu czekały mnie wymówki. Szkoła jest ważna, a nie piłka! - powtarzał ojciec - opowiada Dickson.
A że 11-letni dzieciak grał nieźle, zaproponowano mu treningi w klubie DT Africa United. Ale ojciec powiedział: nie. Możesz grać dla drużyny szkolnej, ale o treningach w zawodowym klubie nie ma mowy. - Nie chciałem się poddać, czułem swoją szansę, więc trenowałem dwa razy dziennie. Rano w szkole, a po południu w klubie - o czym ojciec nie wiedział. Może dlatego wybiłem się i zostałem piłkarzem, bo trenowałem dwa razy więcej niż rówieśnicy.
W wieku 17 lat trafił do pierwszej drużyny DT Africa United, która występowała w drugiej lidze. W swoim pierwszym sezonie został uznany za zawodnika, który poczynił największe postępy (Most Improved Player). Wtedy wypatrzył go polski trener i menedżer Wiesław Grabowski - drugi po Henryku Kasperczaku polski szkoleniowiec afrykańskich reprezentacji - prowadził już Zambię, Kenię i wielokrotnie Zimbabwe, mieszka w Afryce od 20 lat. To on ściągnął Choto do prowadzonej przez siebie drużyny Darryl T, a potem pierwszoligowego Unic Select Africa. - Po dwóch pierwszych meczach w pierwszej lidze dostałem powołanie do reprezentacji Zimbabwe. Ależ byłem dumny, miałem dopiero 18 lat - mówi Dickson.
Dwa w jednym
Ciekawostka: przez długi czas w meczach ulicznych z kolegami i w klubie Dickson Choto grał jako bramkarz, bo zawsze był tym najwyższym na boisku (dziś mierzy 191 cm, waży 94 kg).
- Uwielbiałem bronić, zatrzymywać napastników. Trenerzy woleli jednak, żebym grał na obronie, ponieważ tam też mogłem powstrzymywać rywali, a dodatkowo chodziłem do przodu, gdzie mogłem strzelać gole głową po stałych fragmentach - mówi. - W szkole mieliśmy dwie drużyny. W pierwszej grałem na obronie, a drużynę B często wspomagałem jako bramkarz, kiedy mecze nie nakładały się na siebie.
Kiedy DT Africa brał udział w ogólnoafrykańskim turnieju dla drużyn do lat 17., Dickson miał już pewne miejsce jako środkowy obrońca. Ale kiedy w jednym z meczów bramkarz DT dostał czerwoną kartkę, a trener nie miał już możliwości zmian, z konieczności stanął w bramce. Nie puścił gola ani w tym meczu, ani w pięciu następnych. DT Africa wygrało turniej, a Choto został wybrany na... najlepszego bramkarza imprezy!
Czy w Legii wiedzą, że mają właściwie "dwa w jednym", czyli nie tylko świetnego obrońcę, ale i bramkarza? - Nie wiem, ale nie chcę rywalizować z Arturem Borucem o miejsce w bramce Legii. Niech już zostanie tak, jak jest. Ale myślę, że sprawdziłbym się w bramce - śmieje się Dickson.
Franco, Marcell i Bruce
- Wolałem jednak grać na obronie także dlatego, że moim młodzieńczym idolem był Franco Baresi, a ulubionym klubem AC Milan. A także Marcell Desailly - dodaje, zaznaczając, że dziś najbardziej podoba mu się Manchester United. - Owszem miałem też idola bramkarza - najsłynniejszego piłkarza Zimbabwe wszech czasów Bruce'a Grobbelaara. Ale on był wzorem dla wszystkich w naszym kraju. To człowiek instytucja. Podziwialiśmy go za to, że choć zrobił karierę w Europie - grał przecież dla słynnego FC Liverpool - to nie zapomniał o ojczyźnie. Bywało, że grał mecz w sobotę w lidze, wskakiwał w Londynie do samolotu, leciał osiem godzin do Zimbabwe i grał dla naszej reprezentacji. Był tak popularny, że gdyby wystartował w wyborach na prezydenta, miałby duże szanse.
Dicksona Choto też zna co raz więcej osób w ojczyźnie. - Od 2000 roku gram w reprezentacji kraju, więc przynajmniej kibice wiedzą, kim jestem. Na razie rozegrałem w drużynie narodowej 12 spotkań. W tym sezonie miałem już trzy powołania, ale ponieważ nie były one w oficjalnym terminie FIFA, Legia mnie nie zwolniła. Klub rządzi się swoimi prawami. Ale liczę na występ przeciwko Mauretanii w eliminacjach mistrzostw świata w 2006 roku 12 października w Harare, bo Polska gra w tym czasie z Węgrami.
Zdaniem Dicksona do awansu długa droga, a szanse Zimbabwe na pierwszy występ w mistrzostwach świata nie są duże. Na początek trzeba wygrać dwumecz z Mauretanią. Zimbabwe jest w grupie 42 krajów, z których zostanie 21. Te ostatnie wraz z dziewięcioma najsilniejszymi w Afryce: Kamerunem, Nigerią, RPA, Senegalem, Tunezją, Maroko, Egiptem, Wybrzeżem Kości Słoniowej i Demokratyczną Republiką Kongo zostaną podzielone na grupy. - Na pewno będziemy walczyć, reprezentacja Zimbabwe nosi przecież miano "wojowników". Moim marzeniem jest udział w mundialu w 2010 roku, który podobno ma zostać rozegrany w Afryce. Będę miał wówczas 28 lat - to optymalny wiek dla obrońcy. Zagrać w mistrzostwach świata na naszym własnym kontynencie - to byłoby coś! - mówi Choto.
Choto? - Kominek
Zanim jednak Dickson trafił do reprezentacji Zimbabwe, trzeba było przekonać ojca, żeby dał przyzwolenie na zawodowe granie w piłkę. - Długo go namawiałem, żeby przyszedł na mecz. Nie chciał, narzekał, że granie w lidze powoduje, że znikam w domu o poranku, a wracam o zmroku. Aż w końcu mnie i reszcie rodziny udało się zaciągnąć go na mój pierwszy mecz w barwach Unic Select Africa. Wygraliśmy, a ja zdobyłem gola z wolnego. Od tego momentu stał się moim największym fanem i chodził na każdy mecz. Teraz razem z mamą i rodzeństwem wybiera się odwiedzić mnie w Warszawie i zobaczyć mój występ na Łazienkowskiej - opowiada piłkarz.
O swojej rodzinie opowiada tak: - Pochodzę z ludu Shona - największego plemienia w Zimbabwe. Choto w naszym języku oznacza kominek, palenisko. Nie powodzi nam się źle. Ojciec jest weterynarzem, pracuje jako inspektor w swoim regionie. Starsza o cztery lata siostra studiuje w college'u informatykę, młodsza pracuje w największym banku w Zimbabwe. 18-letni brat kończy szkołę i pewnie też pójdzie na studia. Rozmawiam z nimi wszystkimi przynajmniej raz na tydzień. Kiedy oznajmiłem im, że wybieram się grać w futbol do Polski, byli trochę przerażeni, jak to rodzina, której ktoś bliski wyjeżdża bardzo daleko w nieznane.
- Ale jechałem do Polski bez obaw - dodaje Dickson. Po pierwsze, miał zaufanie do Wiesława Grabowskiego. - To słynny trener i człowiek, w Zimbabwe zna go każdy. Wiele razy prowadził reprezentację narodową naszego kraju. Jest kimś w rodzaju ratownika. Gdy tylko drużyna znajduje się w trudniejszym momencie, gdy przeżywa kryzys, proszą, by został jej opiekunem, a on nie odmawia - opowiada Dikson. - Po za tym ma niezłe oko do wyławiania talentów. Wielu młodych piłkarzy wysłał do Europy. Jego najsłynniejsze odkrycia to Peter Ndlovu (grał w Coventry, obecnie w Sheffield Utd), Norman Mapeza (kapitan reprezentacji Zimbabwe, były zawodnik Galatasaray Stambuł, obecnie Dardenelspor) i Kalusha Bwalya (Zambijczyk, Piłkarz Afryki 1988, grał w FC Brugges).
- Ale najbardziej uspokoiłem się w chwili, kiedy na ścianie gabinetu trenera Grabowskiego w Harare zobaczyłem portret Jana Pawła II i usłyszałem, że to wasz rodak. Wtedy uwierzyłem, że nic złego w Polsce mnie nie spotka. Jesteśmy katolikami, a ja osobą dość religijną. Gdyby gdzieś w kościele w Warszawie były msze po angielsku, chętnie bym na nie chodził. A tak modlę się w domu - mówi.
Kuwa znaczy waleczny
Do Polski Choto trafił w styczniu 2000 roku. - Afrykanin nie może sobie wyobrazić gorszej pory na pierwszy przyjazd do waszego kraju niż środek zimy. Nieludzka pogoda. Wiedziałem wcześniej, co to jest śnieg, ale tylko z telewizji. Dopiero tu przekonałem się z bliska, co to naprawdę takiego. Nie zaprzyjaźniliśmy się. Z powodu zimna właściwie nie chodziłem, ale biegałem po ulicy. Ale z czasem się przyzwyczaiłem - opowiada.
Poza pogodą spotkanie z naszym krajem nie okazało się dla Dicksona szokiem. Wiesław Grabowski trochę mu opowiadał o Polsce. Nauczył go także kilku zwrotów w naszym języku, np: "cześć, kolego". - Jeszcze w Zimbabwe jak słuchałem jak pan Grabowski rozmawia z żoną po polsku, myślałem sobie: "Boże, to jest język? Jak to możliwe?".
Polskich przekleństw Dikson szybko nauczył się na miejscu. Tylko jedno z nich poznał wcześniej, z czym wiąże się śmieszna anegdota. Podczas treningów Wiesławowi Grabowskiemu często zdarza się krzyczeć, a kiedy jest zdenerwowany, wplata polskie słowa między angielskie, np. "Run, k..., faster" (Biegnij, k..., szybciej). Przed kilku laty jeden z dociekliwych dziennikarzy zainteresował się w końcu, co oznacza dziwnie brzmiące słowo. Polak żartem wyjaśnił, że w naszym kraju jest to sygnał do walki. Następnego dnia w gazecie ukazał się tytuł: "Kuwa znaczy waleczny".
Po przylocie z Zimbabwe Dicksonem zaopiekował się jego rodak Shingayi Kaondera, który przebywał w Polsce już od 1997 roku. - On mi wszystko objaśniał, był moim przewodnikiem i tłumaczem. Do dziś jest moim najlepszym przyjacielem. We wszystkim się nawzajem radzimy. Rozmawiamy ze sobą prawie codziennie, choć on teraz gra w cypryjskim Pafos. Rozmowy kosztują, ale przyjaciel jest przyjacielem. Kiedy usłyszał, że mam możliwość przejścia do Legii, odparł: "go for it! (bierz tę robotę), to wielka szansa!)".
Inny problem stanowiło jedzenie. Dickson postanowił jeść tylko to, co występuje także w jego kraju. Ale że dieta mieszkańca Polski i Zimbabwe jednak trochę się różni, okazało się, że Choto wyłącznie je kurczaki. - Z czasem zacząłem próbować polskich potraw jak bigos czy pierogi i przyznaję, że bardzo mi smakowały (Dickson przeplata opowieść po angielsku polskimi słowami: "bardzo smakować").
Tylko futbol
- Legia to mój trzeci klub w Polsce, po Górniku Zabrze i Pogoni Szczecin. I największy krok naprzód. Większego już w waszym kraju zrobić nie można, choć to Wisła jest mistrzem Polski. Gra dla Legii nobilituje. Staram się grać najlepiej, jak umiem, choć czuję, że wciąż się jeszcze rozwijam, uczę i stać mnie na dużo więcej. Wierzę, że będę jeszcze lepszym piłkarzem. Mam nadzieję, że w Legii są zadowoleni z mojej gry. Czuje, że wniosłem do defensywy trochę stabilności.
Choto jest zafascynowany atmosferą na stadionie Legii. - Kibice są niesamowici. Owszem, w Afryce też potrafią kibicować swoim drużynom, ale czegoś takiego jak podczas meczu Legia - Wisła Kraków jeszcze nie przeżyłem. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to różnie bywa, wszędzie zdarzają się chuligani. Ale większość spotkań mija w spokoju - mówi.
W lipcu 2000 roku Choto wraz z Kaonderą siedzieli na ławce rezerwowych w meczu Zimbabwe - RPA w eliminacjach mistrzostw świata na Stadionie Narodowym w Harare, gdy w wyniku zamieszek i starć kibiców z policją zginęło 13 osób. "Największa katastrofa w historii naszego futbolu", "Pandemonium" - pisała następnego dnia prasa w Zimbabwe.
- Pod koniec meczu Delron Buckley z VfL Bochum zdobył dla RPA drugiego gola i w szale radości położył się w narożniku boiska. Nasi rozczarowani kibice zaczęli wrzeszczeć i obrzucili go plastikowymi butelkami. Ale żadna nie spadła na boisko, bo była duża przerwa między trybunami a murawą. Policja jednak natychmiast przypuściła atak, rzucając w tłum granaty z gazem łzawiącym. Przerażeni kibice rzucili się w poszukiwaniu wody do przemycia oczu, wielu nie mogło oddychać. Część biegła w górę sektorów, cześć starała się zejść w dół. W panice stratowano 13 osób, w tym kobiety i dzieci. My patrzyliśmy i nic nie mogliśmy zrobić. To był przerażający widok. Nie chciałbym już nigdy więcej przeżyć czegoś takiego - opowiada Choto.
- O Polsce mówi się, że często można się w niej spotkać z rasizmem, ale ja w czasie całego swojego pobytu doświadczyłem go tylko raz. To było w Zabrzu - ktoś na ulicy zaczepił mnie i bardzo nieprzyjemny sposób odniósł się do koloru mojej skóry. Ale nawet nie chcę do tego wracać. Idioci trafiają się wszędzie. Przecież nawet w Emmanuela Olisadebe, kiedy już miał polskie obywatelstwo, jacyś kibice rzucali bananami. Ja postanowiłem koncentrować się tylko na futbolu. Nie chcę pozwolić, żeby to, co się dzieje poza boiskiem, miało wpływ na moją grę."
http://www1.gazeta.pl/warszawa/1,34868,1695105.html

Bravo Discon! Walcz kuwa walcz!
:+: :+: :+: :+: :+: :+:

Kempes
30-09-2003, 17:40
Po tej lekturze wywiadu z nim jestem ciekaw jaki z niego bramkarz '8

Nazgul
30-09-2003, 20:49
Po tej lekturze wywiadu z nim jestem ciekaw jaki z niego bramkarz '8

Trzeba podpuścić Artka żeby dał se wlepić czerwoną jak już Kuba wykorzysta zmiany to zobaczymy :D

m84
30-09-2003, 21:08
W sumie jakby mu sie tak przyjrzec to nie ma zlych warunkow:-) Jest przeciez wysoki, sprawny i dlugie nogi. Poza tym nigdy sie nie cofa wiec w zamieszaniu podbramkowym tez by byl jak znalazl...Choto na bramke!

Yevaud
11-10-2003, 13:32
No to będzie niezła rywalizacja na bramce:

Iluż to mamy dobrych bramkarzy? Boruc, Krzyształowicz, Zaremba, Choto, Jóźwiak :buhaha: :buhaha: :rotfl: :buhaha: :buhaha:

Cezdor
11-10-2003, 15:10
Niech lepiej zostanie na obronie, szczególnie, że dobrze sobie radzi :) A co do artukułu to przeczytałem go z ciekawością. Mam nadzieję, że facet osiągnie sukces z Legią i reprezentacją.

Joker
21-10-2003, 21:33
Oto wywiad z Choto zamieszczony w "Piłce nożnej" i na Legia.net
http://www.legia.net/wywiad.php?id=282

" Chciałem grać jak Grobbelaar

Jak w dalekim Zimbabwe zostaje się piłkarzem?
Chyba tak samo. jak wszędzie na świecie. Ja zacząłem grać regularnie, kiedy miałem dziesięć, może jedenaście lat. Ale to jeszcze nie był klub. Bo rodzice chcieli, żebym się normalnie uczył w szkole, więc musiałem jeszcze pięć lat poczekać, zanim podpisałem pierwszy kontrakt. To był klub DT Africa United. l tam wypatrzył mnie trener - Polak, pan Wiesław Grabowski, któremu zawdzięczam wszystko, co to tej pory osiągnąłem.
To znaczy konkretnie - co?
Zabrał mnie do lepszej drużyny, której był trenerem - Darryn T. a następnie do pierwszoligowego Unie Select Africa. Nie miałem jeszcze ukończonych osiemnastu lat, kiedy otrzymałem po raz pierwszy powołanie do reprezentacji Zimbabwe ? mojej ojczyzny.
Od razu ustawiany był pan na obronie?
Tak, bo ja w grze w piłkę najbardziej lubię przeszkadzać. Ale moim pierwszym marzeniem było występować w bramce. I z początku mi się to nawet udawało. Potem jednak kolejni trenerzy uznali, ze bardziej przydatny będę jako obrońca nie do przejścia.
Ale bramkarz musi być wygimnastykowany jak akrobata...
Ja właśnie taki jestem. To nie żarty. Naprawdę mogę występować w bramce. Gdyby się zdarzyło coś nieoczekiwanego, to w Legii też mógłbym zastąpić Artura Boruca...
Raz już się tak zdarzyło. Pana obecny kolega ? Marek Jóżwiak musiał zająć miejsce bramkarza w trakcie meczu Legii przeciwko Sampdorii w Genui, w europejskich pucharach.
Coś na ten temat słyszałem. Gdyby znowu Legia znalazła się w potrzebie, to jestem do dyspozycji, nawet w pierwszej kolejności, przed Markiem.
Skąd ta fascynacja grą w bramce?
Pierwszym piłkarzem Zimbabwe. który zrobił światową karierę byt Bruce Grobbelaar - bramkarz Liverpoolu Nie szkodzi, ze on byt biały, a ja nie. W czasach mojego dzieciństwa to był bohater narodowy. Każdy chłopak kopiący pitkę chciał być taki jak on.
Jest kilka krajów afrykańskich, których piłkarze są wysoko w cenie w Europie, ale Zimbabwe do nich jeszcze nie należy. Dlaczego?
Bo mamy skomplikowaną historię. W dawnej Rodezji panował rasizm i segregacja dotyczyła również sportu. Ale to się zmieniło. Teraz jesteśmy wreszcie naprawdę u siebie. Jednak do sukcesów droga jeszcze daleka. Ostatnio byłem w Harare na meczu o punkty w początkowych eliminacjach Mundialu 2006 z Mauretanią. Wygraliśmy 3:0, Mam nadzieję, że kiedyś zagram w finałach mistrzostw świata, jak nie za trzy lata, to za siedem. Będę wtedy jeszcze przed trzydziestką.
A jak to się stało, że trafił pan do Polski?
Oczywiście załatwił to pan Grabowski - śmieje się wskazując palcem - Może bardziej wolałbym pojechać do Włoch albo Anglii, ale wiedziałem, ze to nierealne. A trener obiecał mi, że nie będę żałować i miał rację. To on mi znalazł klub - Górnika Zabrze.
Obok Legii najsłynniejszy polski klub.
O tym dowiedziałem się na miejscu. Ale to musiało być dawno temu. bo jak trafiłem do Górnika, tam było już całkiem zwyczajnie i nie za bogato
A czy poziom gry wyższy niż w pana ojczyźnie?
Tak, jednak nie miałem żadnych problemów z przystosowaniem się do stylu drużyny. Najbardziej przeszkadzał mi mróz. Przyleciałem do Polski na początku 2000 roku i chociaż pan Grabowski mnie ostrzegał, nie wyobrażałem sobie, ze może tu być aż tak zimno. To jednak było już dawno, zdążyłem się przyzwyczaić.
Czy nie doskwierała panu samotność? Nowy świat, obcy ludzie, nieznajomość języka.
Na szczęście na miejscu był już Shingayi Kaondera To wielki mój przyjaciel. Też był w Górniku, a teraz gra na Cyprze, przynajmniej ma tam ciepło.
Kaondera nie zrobił w Polsce kariery.
Może nie miat szczęścia, ale ]a go bardzo cenię także ]ako piłkarza, kilka razy graliśmy razem w reprezentacji Zimbabwe.
A czy pan to szczęście ma? [b]
Gram w obronie, więc nikt ode mnie nie wymaga, żebym zdobywał gole. A Kaondera cały czas byt pod presją, l to niezależnie od tego czy trafiał, czy nie.
[b]Z Górnika przeniósł się pan na drugi koniec Polski - do Szczecina. Dlaczego?
Bo miałem obiecane większe pieniądze i przez jakiś czas nawet je dostawałem. Ale to ciągle nie był klub, w którym mógłbym się rozwijać jako piłkarz.
Dopiero w Legii spełnił pan marzenia?
Dopiero! Wymyślił mnie w tej drużynie pan Engel i po rozmowie z nim pan Grabowski zadecydował o przeprowadzce do Warszawy.
W stolicy jest ładniej niż nad morzem i na Śląsku?
To wielkie miasto, a ja lubię taką atmosferę, Zabrze tez lubię, ale z Warszawą nie ma żadnego porównania, Szczecin również nie wytrzymuje konkurencji.
Teraz pytanie trudne, nawet nieprzyjemne, ale trzeba je zadać. Czy przypadkiem nie ma pan problemów z tutejszymi rasistami?
Nie, bo ja jestem duży i nikt nie chce ze mną zaczepki - to żart. - A tak na poważnie, to nie
miałem większych kłopotów. Czasem usłyszę coś nieprzyjemnego za plecami, bo już coraz więcej rozumiem po polsku. Ale z jakimś aktem bezpośredniej agresji się nie spotkałem i bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Pamiętam, że nawet Emmanuel Olisadebe, chociaż go niby wszyscy kochali, został podczas meczu obrzucony bananami, Na mnie cza-
sami gwiżdżą chuligani, zanim jeszcze zdążę dotknąć piłkę,ale to nic takiego strasznego.
Na Łazienkowskiej też dokuczają?
No nie! Publiczność Legii przyjęła mnie fantastycznie. Zresztą nigdzie i nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak znakomitym dopingiem dla swojej drużyny. Mam wrażenie, że te pełne na każdym meczu trybuny to bez wyjątku sami nasi przyjaciele, nie tylko polskich piłkarzy Legii, ale również Stanko Svitlicy, Aco Vukovicia ale moi tez. Jak wychodzę z szatni po meczu, to widzę dookoła same uśmiechnięte twarze. To co w tym dziwnego, ze też się do nich uśmiecham?
Gdzie pan mieszka?
Na Ursynowie. Klub wynajmuje mieszkanie, dla mnie w sam raz.
A samochód?
Suzuki, tez klubowy. Nie mam żadnych problemów z dojechaniem na trening.
Czy to prawda, że numer pana buta to aż 48?
Nieprawda. Nie jestem jakimś dziwolągiem. Numer buta to 46 przy wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt całkiem jest normalny.
Dopóki nie pojawił się pan w barwach Legii, trudno było zauważyć pana w gronie najlepszych obrońców w polskiej lidze...
Rzeczywiście, ale może dlatego, że nie miałem tak dobrych jak tu partnerów. Na Legię zwrócone są oczy całej Polski, więc łatwiej niż gdzie indziej zdobyć popularność i uznanie.
Jest już pan rozpoznawany na ulicach Warszawy?
O, tak. l to się zaczęło niemal natychmiast po moim pierwszym meczu, Idę do sklepu, albo czekam na światłach i słyszę ze wszystkich stron: Czoto. Czoto! Ale ci wszyscy ludzie są dla mnie bardzo życzliwi, więc odpłacam im tym samym.
Chce się pan w Legii zestarzeć?
Nie, Zestarzeć to ja się chcę we własnym domu, w moim kraju. Jak już się nagram w Europie i zarobię dużo. bardzo dużo pieniędzy. Ale Legia to świetne miejsce, żeby się wypromować. Gdybym stąd trafił do Milanu albo do Manchester United, to pewnie wszyscy byliby bardzo zadowoleni: i Engel, i Grabowski, i ja oczywiście tez. To jednak dopiero przyszłość. Na razie postaram się zrobić wszystko, zęby w barwach Legii dostrzegli mnie menedżerowie tych jeszcze słynniejszych klubów.
Rozmawiał: Janusz Atlas
źródło: PN

No i prosze Choto sie robi coraz popularniejszy!

Glaca
22-10-2003, 13:01
Gdybym stąd trafił do Milanu albo do Manchester United

lubie chlopaka, wysoko mierzy... '8
na United to chyba jeszcze za wczesnie, ale jakby nie bylo do Premiership to on pasuje 8) moze kiedys... :hmm: