PDA

Zobacz pełną wersję : "Liga Chuliganów"



aaadamm
22-07-2003, 20:52
Pewnie temat Was mocno zmylił. Ale jest to tytuł książki Romana Zielińskiego. Pozycja, ktora może ktoś z Was jużczytał. Swego czasu - jakieś 4 lata temu obleciałem wszystkie księgarnie i biblioteki w okolicy w poszukiwaniu jej, ale nei znalazlem :( Ostatnio kolega podeslal mi linka, ze takei coś znajduje sięna stronie kibicow Sląska Wrocław - http://fanslask.aha.pl.

Chyba kibice WTSu ni ebęda mieli mi za złeze wykorzystam ich prace i wkleje tresc tej ksiązki tutaj. W kazdym razie ukazuje sie ona częsciami.


PS. Ktoś zna (ma) inne ksiązki o polskich kibicach ?



SUPER ŁOSZ END GOL, CZYLI STO MECZÓW W JEDNYM
17.06.2003

Wstęp

Rozlega się dźwięk gwizdka. Skacowany sędzia jest zobligowany do dmuchnięcia weń w tym miejscu, o tej właśnie godzinie. Jest to dla niego bodaj najmniej przyjemna faza operacji pod tytułem „ligowa młócka”. Przedtem odbyło małe przyjęcie weselne, którego był postacią główną. Miejscowi działacze uwijali się niczym charty na polowaniu. Teraz należy zejść na dalszy plan. Głównymi aktorami stają się nagle jacyś szmatławi piłkarze. Na niektórych twarzach rysuje się złośliwy uśmieszek, wszakże to właśnie sędzia może grać pierwsze skrzypce w spektaklu, w którym bierze udział kilka tysięcy osób. To zależy od wysokości premii, jaka za komplet punktów może trafić do kieszeni. Czasem arbiter jest po prostu złośliwy niemal bezinteresownie. „Ta ruda dziwka, którą mi przyprowadzili na noc, miała krzywe nogi, a mówiłem im, że tego nie lubię”.
Właściwie ile osób zdaje sobie sprawę z tego, że podczas jednego meczu piłki nożnej odbywa się równolegle szereg „innych”? Gdy piłkarze walczą jak lwy o swoje pieniądze na murawie, po tej samej murawie biegają faceci z gwizdkami. Też po swoje. Dla jednego jest to premia, dla innego łapówka, trzeci ma umowę z kwalifikatorem i będzie nabijał sobie punkty by awansować na międzynarodowego. Na trybunach zasiadają ludzie, którzy oglądają poczynania zawodników przez zupełnie inny pryzmat. Tak naprawdę zwycięstwo drużyny i tylko ono obchodzi jedynie niedzielnych kibiców. Reszta gra o swoje cele. Trener wychodzi ze skóry po nieudanych zagraniach swoich wychowanków, gdyż zbyt długa seria niepowodzeń odbije się na jego osobie. Wyleci z hukiem i trzaskiem. Działacze kombinują jak znaleźć kolejnego jelenia, który nie poskąpi grosza na skórokopów, a będzie to tym łatwiejsze, im wyniki lepsze. A część pieniędzy trafi oczywiście do kieszeni działaczy. Zaciskają więc granatowomarynarkowi kciuki za swoich, by było z czego uszczknąć dla siebie. Menago też patrzy uważnie na boiskowe poczynania swych podopiecznych. Zwłaszcza ich. Ci, których do tego samego klubu ściągnęli inni działacze, zbytnio go nie obchodzą. To swojego” zawodnika menedżerowie później sprzedadzą, więc każde dobre zagranie podopiecznego kwitują ochami i achami, „nie zauważając” dobrych zagrań reszty biegającej w tych samych koszulkach. Personel, czyli kierownicy sekcji, drużyn, sekretarze, sekretarki, masażyści także patrzą na dochody klubu przez pryzmat swoich kieszeni. Dziennikarze w tym czasie kalkulują, ile przypadnie ‚„wierszówki” za opis kolejnego meczu. Fajnie, gdy nasi grają w pierwszej lidze, zawsze więcej miejsca w gazecie wytnie się na sport.
Swój mecz rozgrywają także szalikowcy. O pardon, dla nich pojedynek w zasadzie trwa wiecznie. Po gwizdku sędziego następuje jedynie kolejna jego faza. Skończyły się podchody w okolicach dworca, gdzie czatowano na fanów drużyn przyjezdnych. Teraz jest moment, w którym trzeba wyrzucić jak najwięcej papierków w powietrze, jak najdalej na boisko serpentyny. Pokazać swoje pirotechniczne zaplecze i zagłuszyć kiboli przeciwników.
Niejeden zakrwawiony rękaw unosi się w tej chwili w górę wraz z obitą pięścią, a z gardła wydobywa się ryk zwycięstwa. Nie ma znaczenia, czy piłkarze jego drużyny rzeczywiście w tym meczu wygrają, to — przynajmniej w tej chwili — schodzi na plan dalszy. Teraz najważniejsze jest, kto się lepiej zaprezentuje na trybunach. Bo wokół nich, gdy fazą spotkania były podchody”, górowali nasi. To nic, że trzeba spierdalać jak zając przez krzaki. Przecież to tylko odwrót taktyczny przed przeważającymi siłami wroga lub policją. Później się jeszcze tylko obrzuci pociąg tamtych kamieniami i do wieczora będzie spokój. Wtedy przez nasze miasto będzie wracać inna ekipa kiboli.
Swój mecz ma także policja. Ich szef, psychopata patrzy tylko, jak tu komuś przyłożyć blondynką. Blondynka — bo biała. Czarne lepiej ciągną, zwłaszcza te z rączkami. Najlepiej odwrócić pałki i trzepać po gło wach niesfornych skurwielków łażących po stadionie tymi właśnie rączkami. Trzeba to zrobić dyskretnie, bo cholera, posypało się już parę skarg z tytułu bicia „nieprawomocną” stroną. Szeregowi funkcjonariusze myślą sobie, jak dobrze byłoby jakiemuś gnojkowi zabrać szalik, bo skoro oni je sobie zabierają na zasadzie skalpu, to dlaczego on, policjant, ma być gorszy? Także Sierżant również ma swój mecz. Taką małą wojenkę. W razie czego mój oddział skoczy z tarczami na tych rozwydrzonych czubków. Chłopaki aż się rwą do jakiejś małej pacyfikacji. Trzeba troszkę ich podpuścić i będzie dobrze. Pierdolnie któryś takiego cymbała oplątanego w te swoje barwy i będzie miał co przez tydzień opowiadać. Nie będzie przynajmniej marudził nad uchem, że żarcie „małokaloryczne.”
Jeden mecz, a tyle atrakcji. Każdy gra o swoje. Dla kibiców ich mecz jest najważniejszy. To spotkanie odbywa się w LIDZE CHULIGANOW. Czasem klub, który gra w ekstraklasie, w tej lidze się nie mieści i vice versa, zespół z 3 lub 5 ligi ma fanatyków na miarę Ligi Mistrzów. Funkcjonuje tu zupełnie inna tabela.

Cześć. Po Pamiętniku Kibica otrzymałem od was mnóstwo listów.
Dzięki za wszystkie, te z wyrazami sympatii, i te nie pozostawiające na mnie suchej nitki. Niestety, notoryczny brak czasu i wrodzone lenistwo w tych nie pozwoliły mi na odpisanie na znakomitą większość z nich. Wszystkich, liczących na odpowiedź, której jednak nie otrzymali — przepraszam, prosząc jednocześnie o odrobinę wyrozumiałości. Dostał mi się jeden wyrok śmierci. Jak widać ów sędzia dał mi jeszcze zawiechę. Po Lidze Chuliganów pewnie dostanę wyrok potrójny, już bez wyrozumiałości dla mojej powłoki cielesnej. Trudno, najwyżej zostanę męczennikiem.
Największe wrażenie z recenzji tego „arcydzieła — jak pieszczotliwie nazywam Pamiętnik — wywarła na mnie reakcja koleżki, który nigdy w życiu nie był na meczu, a książkę przeczytał jedynie ze względu na starą znajomość. Najpierw stanął i przez chwilę wpatrywał mi się uważnie w o boisko czy, potem stwierdził, iż nie miał najmniejszego pojęcia o tym, co się na stadionach piłkarskich dzieje. Nie znał, bidulina, ich podskórnego życia. Ludzie o Lidze Chuliganów nie wiedzą, bo w niej nie uczestniczą. Nie mają o niej informacji, bo przecież nikt poważny nie będzie się w ich zdobywanie angażował. Dziennikarz wszystko spłaszcza, gdyż nie zna tematu. Jeśli już coś załapie, to i tak jego głupkowate domysły przesłaniają prawdę. Na razie dotarłem do dwóch publikacji zamieszczonych w tzw. poważnych gazetach, w których rzeczywiście czuć bluesa. Jedna z nich, I to luźna w formie relacja z wyjazdu Legii do Goeteborga, jaką sporządził do 2000 numeru Polityki Marcin Meller. Druga była merytoryezna. Dość sensownie (choć nieprzychylnie) wypowiadał się policjant z Komendy Głównej Policji.
Gościem, który potrafi wczuć się w skórę fana, jest naczelny Piłki Nożnej, zauważający, że krzywe zwierciadło, w którym widziani są szalikowcy, z reguły zmienia obraz tylko z jednej strony. Dla wielu ta druga nie jest zauważana.
Facet z boku wie tyle, ile dowie się z telewizji. Pamiętnik jest spojrzeniem od wewnątrz. Jednych dziwi, innych szokuje. Dla jeszcze innych stanowi źródło informacji.
Siedziałem kiedyś i przysłuchiwałem się rozmowie, na podstawie której koleżka ze Słowa Polskiego, Bartek Czekański miał zrobić wywiad do gazety. Cezary Fuchs, niezły kierowca rajdowy, stwierdził, że dla niego kibic to facet opatulony w szalik, pijany jak sztucer i koniecznie trzymający w ręku łańcuch.
— Raczej kij bejsbolowy — zakpiłem wtrącając się.
— Albo kij — potwierdził rajdowiec z zapałem.


Policjant na komendzie bacznie przygląda się zatrzymanemu. Podejrzany jest o coś tam, jednak nic na niego nie mają. Mundurowy musi wypuścić ptaszka. Wzrok uważny, lustrujący nieogoloną twarz zdaje się czegoś szukać w postaci stojącej vis a vis. Nagle wyraz twarzy się zmienia:
— Aaaa, to ty chciałeś ruchać tego psa. To ty jesteś Boguś Winiucho!
— gość w mundurze promienieje i wyciągając z szuflady egzemplarz mojej książki dodaje — powiedz temu autorowi, że nie każdy policjant jest idiotą.
— Zapewne miał na myśli siebie. Inteligencik, bo umie czytać — śmiał się jeden z koleżków słuchając relacji Bogusia.

Jeśli szukasz czegoś podobnego do tego, co wyczytałeś w Pamiętniku, to skończ na pierwszym rozdziale. Najdłuższym i najluźniejszym — ŻYCIE. Bo w życiu trzeba dużo luzu. Żeby na starość nie dojść do wniosku, że gdyby się jeszcze raz miało okazję urodzić, to ho ho, bo aktualna egzystencja była diabła warta.

Liga Chuliganów jest znacznie bardziej wyprana z emocji od Pamiętnika. Choćby dlatego, że częściej sucho opisuje fakty, mniej jest indywidualnych relacji, które siłą rzeczy stanowią jeden kłębek nerwów, fascynacji, strachu, wiary, emocji, nadziei lub przemyśleń na temat uczuć, jakie przez mózg człowieka przechodzą w czasie zagrożenia.

W zamyśle książka ta miała być Leksykonem Ligi Chuliganów. Jednak spore różnice w dostępie do informacji np. z Warszawy i Poznania (co się tam dzieje, wiem na bieżąco z najlepszych źródeł) i Chorzowa lub Włocławka (skąd informacje spływają drogą okrężną) nie zezwalają na pełny obiektywizm, jaki w leksykonie byłby konieczny. Na liście nieobecnych odnotować trzeba całą ligę hokejową (swego czasu sporo się działo w Nowym Targu.) Nie ma słowa o Mazowszance Pruszków i Polonii Przemyśl (koszykówka), gdzie można nieźle dostać po zębach. Nie usatysfakcjonowani będą fanatycy kilku zespołów piłkarskich, którzy nie znajdą „swoich” rozdziałów. Nie ma także rozdziału pt. POLICJA, a być powinien. Nie utrzymuję kontaktów z mundurkowymi, trudno więc mi powiedzieć, co czuje taki opancerzony żuczek, który dostał właśnie rozkaz przyprawiający go o gęsią skórkę ze strachu. Nie wiem, co myśli wydający taki rozkaz ani jaki jest schemat dowodzenia w akcjach przeciwko zamieszkom, jakie miały miejsce np. pod czas dwóch meczów Legii w Poznaniu jesienią 94 i rok później czy na Łazienkowskiej po finale PP Legia — GKS Katowice. Swój rozdział powinni mieć sędziowie. Jednak nie mają. To środowisko jest na swój sposób hermetyczne. O sędziach jest parę słów w rozdziale DZIAŁACZE.
W książce wykorzystałem materiały z dwóch najlepszych krajowych zmów traktujących o rodzimych hools — „Szalikowców” wydawanych przez Tomka Drogowskiego z Bydgoszczy (85-204 Bydgoszcz 4, skr. poczt 35), oraz „Polskiego Kibola” — wydawca Tomasz Gawroński (fan Widzewa), 90-927 Łódź 56 z dopiskiem „przegródka”. Jest tu mimo wszystko trochę wątków autobiograficznych. Niektóre sytuacje są nawet opisane subiektywnie. Dotyczy to przede wszystkim sporej części rozdziału ARKA i niemal całego BAŁTYKU.

Tym, którzy wiedzą, w co jest grane, nie muszę życzyć przyjemnej lektury. Reszta musi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czasem tuż obok nich.


źródło: http://fanslask.aha.pl



Jezeli nie macie nic przeciwko temu to moge wkleic pozostale rodzialy

_Bart
22-07-2003, 21:42
no zrobili juz to dla zarejestrowanych uzytkowników ale kazdy moze sie chyba zarejestrowac

Liga Chuliganów to bardzo dobra ksiażka. Powinien ja przeczytac kazdy kto chco troche chce byc kibicem. Jest tam opisane wiele zdażeń które pokazuja jakie jest ciezkie zycie kibica a w szczególnosci wyjazdowca.

Bardzo dobry jest także Pamietnik Kibica tego samego autora.

Sharn
22-07-2003, 23:34
Polecam gorąco zwłaszcza młodszym kibicom. Nawet spoko opisana Legia. Zresztą Romek to nawet spoko typek, spotkaliśmy się kiedyś we Wrocku.

MajkeL
30-07-2003, 22:28
SPOX :help: :help: :help: jest ale skad bierzecie awatraki :hmm: :hmm: :hmm:

MaxyM
30-07-2003, 22:31
SPOX :help: :help: :help: jest ale skad bierzecie awatraki :hmm: :hmm: :hmm:

U gory masz menu, a tam profil - wchodzisz i na samym dole masz galerie, a tam 5 roznych dzialow - 4 Legia - 1 pozostale.

*PRZEMO*
31-07-2003, 08:03
nie lubie tego typu prozy.. :)

_Bart
31-07-2003, 10:39
nie lubie tego typu prozy.. :)

to nie proza to samo życie kibiców wyjazdowców w koncówce lat 70 w 80 i początku 90. Co to musiały być za mecze. Teraz to jest spokojniutko z porównaniu co tam sie działo.

*PRZEMO*
31-07-2003, 22:43
prawda prawda warto poczytac, bo temat ciekawy ale powiedzmy to tak jak dla mnie jezyk malo ciekawy.. :D

szczepan
31-07-2003, 22:49
prawda prawda warto poczytac, bo temat ciekawy ale powiedzmy to tak jak dla mnie jezyk malo ciekawy.. :D

druga Maslowska :P

aaadamm
22-09-2003, 13:02
Ukazał sięrozdział

Legia Warszawa



nie ma mocnych - wklejam-z gory przepraszma fanow WKSu ;)))



źródło:

www.fanslask.aha.pl



Legia Warszawa








Gdy legioniści dowiedzieli się, że piszę Ligę Chuliganów, stwierdzili, że najpierw muszę zrobić erratę do Pamiętnika Kibica. Wyciągnęli kilka faktów, które według nich powinny znaleźć się w pierwszej książce, oraz wymieniali całe pasmo rzeczy, których według nich nie powinno w Pamiętniku być. Szczególnie pluli się o niewielką ilość miejsca, jaka została poświęcona drace ze spotkania finałowego pucharu Polski Górnik Zabrze — Miedź Legnica. Ale co zrobić, skoro większe wrażenie z transmisji z tamtego spotkania od samej zadymy wywarło na mnie zachowanie piłkarzy Miedzianki.
Futboliści z Legnicy po zwycięskim dla siebie meczu, zamiast pod biec do własnych kibiców, podziękowali.. miejscowym szalikowcom. Nie wszyscy, lecz znakomita większość. Oczywiście, zadyma w trakcie tego spotkania była spora. Jednak w Pamiętniku nie ukrywałem, że jest to moje, subiektywne widzenie świata. A tamtej zadymy po prostu oczekiwałem, gdyż fani gdańskiej Lechii nie jechali na spotkanie, by sobie popatrzeć na biegających piłkarzy.
Innym powodem, dla którego legioniści nie mogą strawić Pamiętnika, jest fakt podkreślany w książce, że na kilka kolejek przed końcem sezonu 1992/93, czyli tego, w którym Legia zdobyła cofnięty później tytuł mistrzowski, do Wrocławia przyjechało ich zaledwie 28. Twierdzili, że w połowie spotkania dojechał jeszcze jeden samochód. Jednocześnie podśmiewali się, że w tym samym sezonie, lecz pół roku wcześniej, kibiców Śląska w Warszawie było sześciu. Fakt. Ale to chyba coś innego zdobywać mistrza Polski, a co innego dostawać po 0:5 z byle jakimi drużynami i okupować ostatnią pozycję w tabeli. Każdy inny klub, walczący o mistrza ma swoich fanatyków, jeżdżących po kraju, niezależnie od odległości i możliwości dostania po głowie. Legia przez duże L nie zaczęła się w Krakowie na sławnym 6:0, gdzie horda z Warszawy ]iczyła sobie jakieś 1500 głów, co w tamtym okresie było wyjazdowym rekordem, ani po imprezie na Łazienkowskiej, kiedy to fetowano zabranego następnie mistrza. Choć tamta impreza była także czymś. Dwa tysiące fanatyków zachowywało się na stadionie jak podczas meczu. Legia zaczęła się kilkanaście dni później, gdy pod budynkiem PZPN zaczęły się dziać cyrki. To był TEN moment. Bractwo się skonsolidowało, zaczęła się tworzyć ekipa. O Legii przypomnieli sobie niektórzy starzy kibole. Zaangażowali się. Bez tego mogłoby być różnie aż do sukcesu stołecznej jedenastki w Lidze Mistrzów.

Lipiec 94. Dochodzi północ. Odzywa się dzwonek telefonu.
— Cześć, poznajesz po głosie? — słyszę pijanego Sitka.
— No pewnie, co u ciebie?
— Jak to co, opijamy mistrza i... eee... puchar — Sitkowi wyraźnie plącze się język.
— Jeszcze? — dziwię się. Od zdobycia przez warszawian pucharu minęło już dobrych kilka dni. Od zdobycia tytułu przez Legię jeszcze więcej.
— Legia na tronie, Legia w podwójnej koronie — teraz bełkot jest śpiewny. — Te, Romek, Rouen pyta się ciebie, kto miał teraz rok konia, ha, ha, ha!
Wiem, o co chodzi. Według mnie rok 93 był rokiem konia Śląska. To we Wrocławiu odbywały się najciekawsze zadymy, to podczas wyjazdowych spotkań wojskowych było najweselej na trybunach. Ale ta opinia dotyczyła poprzednich dwunastu miesięcy.
— Możesz mu powiedzieć, że wy — stwierdzam bez namysłu. To legioniści potyczkowali się ostatnimi czasy ze służbami porządkowymi w Zamościu, Zabrzu, podczas derbów z Polonią. Z tamtej strony drutu słychać chór rubasznych, pijanych głosów i gromki rechot.
W sezonie 93/94 Legia nie miała konkurenta. Ich passa zaczęła się podczas demonstracji pod PZPN-em. Rozpoczął się napływ nowych, nie mających co z sobą zrobić ludzi. Już kibicowska dekoracja piłkarzy z futbolistami, Bosmanem i... Goryszewskim w rolach głównych stanowiło na naszym futbolowym podwórku nowość. Demonstracje na Alejach Ujazdowskich, te go było im trzeba. Z pewnością niejeden się wówczas setnie wynudził, ale i niejeden miał pole do popisu i miejsce, w którym coś się działo, zamiast całodziennego siedzenia na parafii i chlania wciąż tych samych win z tymi samymi kolesiami. Historia z podpaleniem siedziby krąjowych, futbolowych władz dolała oliwy do ognia. Te wydarzenia zaowocowały natychmiast zwiększeniem frekwencji na meczach. Początkowo na własnym boisku. Wyjazdy jeszcze nie były mocną stroną legionistów. Jednak wraz z trwaniem jesieni, zaczęła się zwiększać ilość fanów jeżdżących za drużyną. Choć tak naprawdę w pierwszej rundzie jedyny znaczący wyjazd zanotowali warszawianie w Szczecinie. Początkowo mc nie wskazywało na to, że po kilku latach przerwy we wzajemnej miłości, między sympatykami Legii i Pogoni nastąpi jakiś przełom. Gdy fani wojskowych zobaczyli na peronie powitalny komitet w bordowo-granatowych szalikach, natychmiast rzucili się nań z pięściami. Gospodarze zamiast uciekać stali lekko zdezorientowani, ale sami nie atakowali. Choć tamci wyszli zrobić zgodę. Jeszcze przez pół meczu trwały dyskusje na szczecińskim sektorze. Wreszcie po przerwie ustalono, że zamiast na bicie, weźmie się gości na chlanie. Przez kilka miesięcy kibice Legii też mieli podzielone zdania, jednak już na koniec rundy wiosennej na linii Szczecin — Warszawa zapanowała niemal sielankowa atmosfera. Zresztą było to widoczne po urywkach telewizyjnych. Żadna z krajowych zgód nie była aż tak wyeksponowana. Na każdym meczu Pogoni wisiała flaga Legii i odwrotnie.
Na trybunach stadionu przy ni. Łazienkowskiej zaczął ukazywać się program „wydawany przez pseudokibiców CWKS Legia”. Fantastyczna sprawa. Ciekawie redagowany, widać w nim spory zasób wiedzy i czuć szeroki wachlarz skojarzeń. Niejeden dziennikarz pochyliłby nad tym amatorskim dziełem głowę. Gdyby nie coś, co pismaków starej daty natychmiast by odrzuciło. Język i drwiące podejście do przeciwnika. W zabawny sposób na stronach tejże gazetki przedstawiane są zdarzenia z ostatnich dni, oraz z historii ligi i Ligi Chuliganów. Tam ukazywane są „osoby przeznaczone do uśpienia”. Między innymi z tych publikacji zaczerpnięte były inspiracje dwukrotnego zdemolowania auta nielubianego przez stołecznych fanów arbitra Michała Listkiewicza. Do tej pory uważa się go za jednego z głównych winowajców odebrania Legii tytułu w 1993 roku.
Niedługo później zaczął ukazywać się kolejny program wydawany przez fanów wojskowych — „Forza Legia”. Tytuł znacznie bardziej infantylny, treści również. Od razu widać, że wydają go młodsi (od wydawcy programu) szalikowcy. Ale widać zaangażowanie i pasję włożoną W wydawanie.

Legia na topie futbolowej Ligi Chuliganów znalazła się niewątpliwie w roku 81. Wtedy to wojownicy spod Żylety odwiedzali prawie wszystkie groźne dla nich miasta z otwartą przyłbicą. A niemal wszędzie byli na celowniku miejscowych hools. W tamtych czasach samo pokazanie się na stadionie rywali było aktem odwagi. Nie było zabezpieczających skórę futbolowych kamikadze policyjnych kordonów. Ci, którzy zdobyli się na samobójczy krok wyjazdu do miasta rywala, często obrywali po zębach. Najczęściej nie mogli w rewanżu wybić zębów rywalom, gdyż ci nie stawiali się na stadionie przeciwników. Najsłynniejszą zadymę mieli fanatycy Legii na stadionie Widzewa. Choć akurat wówczas dali największej plamy. Mimo, że zjawili się w kilkaset os6b (jakieś 300), to atakujący ŁKS-iacy nie mieli najmniejszego kłopotu z wygonieniem ich na murawę stadionu. Wówczas atmosfera w Łodzi była taka, że warszawiaków obijali także milicjanci (już na płycie boiska), a także służby porządkowe z opaskami... Solidarności. Właśnie to spotkanie było transmitowane przez TVP na żywo. Choć wcześniej zdarzały się identyczne sytuacje, to jednak fakt ukazania zadymy z Łodzi na ekranach zmonopolizowanej telewizji wywołał falę ogromnego oburzenia pismaków. Co świadczyło jedynie o ich (dziennikarzy) wyobcowaniu.
W tym samym okresie legioniści duże zadymy zaliczyli w Gdyni na Arce (tam pomagali im nieco lechiści), w Bydgoszczy, przed stadionem Zawiszy, w drodze do Poznania, na mecz z Lechem. Ci rywale warszawiaków nie byli wówczas uważani za ułomków. Zwłaszcza na swoim te renie. W rewanżu ŁKS ani też Arka, Lech czy Zawisza nie stawili się na Łazienkowskiej.
Nieźle wypadli legioniści pół roku później w Opolu na spotkaniu z Odrą w 1/2 PP. Na ten mecz przyjechał spęd chuliganów z całej Polski. Ich celem było obicie fanów ze stolicy. Dochodziło do pojedynczych walk, jednak do generalnej zadymy nie doszło. Gospodarze bali się zaatakować całą grupą.
Później było różnie. Drużyna dołowała, kibiców ubywało. Legia dobrze sobie radziła jedynie w pucharze Polski, jednak na finałowych potyczkach warszawiaków było zawsze mniej niż kibiców przeciwników.
W 89 roku wydawało się, że zbiorą niezłe bęcki w Zamościu, gdzie odbywał się mecz o Superpuchar z mającym wówczas mnóstwo fanów Ruchem. Bractwo ganiało się po mieście. Miał miejsce atak kilkunastu legionistów na kilkusetosobową grupę z Chorzowa. Najpierw udało się narobić nieco zamieszania, ale gdy atakowani zorientowali się jaką posiadają przewagę, natychmiast wzięli samobójców na kopy, niszcząc im przy okazji auto.
Największym echem odbiła się zadyma z basenu, na t jedni i drudzy chłodzili się w wakacyjny upał. Tam siły były wyrownane i bardziej agresywni mieszkańcy stolicy obili swych przeciwników. Spotkanie w Zamościu miało swoje niecodzienne zakończenie. Fani Ruchu zdezerterowali przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Legia triumfowała.
Na Łazienkowskiej zapanowała wówczas nowa moda. Ktoś wymyślił, by przenieść Żyletę za bramkę. Wzorowano się na stadionach angielskich. Pomysł nie wypalił, doprowadził do ogłupienia wśród młodzieży, która nie bardzo orientowała się, gdzie teraz zasiadać na trybunach. (Sami zainteresowani twierdzą, że takie działania nie miały miejsca, lecz po konsultacji doszli do wniosku, że rzeczywiście miewali okresy podobnego myślenia.) W efekcie tego (oraz fatalnych wyników drużyny, a także ogólnego odchodzenia ludzi w prywatność) liczba fanatyków uczęszczających na Łazienkowską i jeżdżących po całej Polsce za swoim zespołem, zmalała w sposób zastraszający. Jedynym mobolizującym momentem były podówczas wyjazdowe spotkania piłkarzy Legii z Widzewem. To było clou chuligańskiego programu roku. Ilość kibiców, pomimo łódzkich przerywników, malała. Jedyny mocny, chuligański przerywnik w tej mizerii stanowił finał pucharu Polski Górnik — Miedź. Przerywnikami ilościowymi były spotkania o europejskie puchary, podczas których Żyleta wyglądała całkiem okazale.
Od jesieni 93 Legia wręcz fenomenalnie prezentowała się na meczach wyjazdowych na Górnym Śląsku. Ale to za sprawą zaprzyjaźnionych z nimi fanatyków Zagłębia Sosnowiec, którzy spotkania warszawiaków zaczęli traktować niezwykłe serio. Nawet w późniejszym okresie, gdy futboliści z „elką” w kółku zaczęli sobie pogrywać całkiem, całkiem, z Warszawy niejednokrotnie do krainy kopalń przybywało zaledwie kilkudziesięciu szalikowców. Zawsze byli wspomagani silną grupą z Sosnowca. Nie mniejszą niż 100 fanatyków.
Po najeździe na Kraków (2000 hools — jak twierdzą warszawiacy, 1500 — takie jest zdanie miejscowych), od 1993 r. kibice Legii wytoczyli wojnę działaczom PZPN i paru dziennikarzom. Po podpaleniu drzwi siedziby, organizatorzy ogniska dwukrotnie dzwonili na straż pożarną. Chodziło o uchronienie przed pożarem mieszkających w budynku ludzi. Jednak gdyby nie ochroniarz z lokalu zajmowanego przez rodzimych piłkarskich bossów, nie wiadomo, jak by się impreza zakończyła. Straż nie okazała się zbyt łatwowierna. Widocznie czekano, aż ogień będzie widoczny z okien strażnicy. Na Alejach Ujazdowskich nie doszło do tragedii tylko dzięki słabemu rozeznaniu Wojtków Strażaków (tzn. legionistów podpalaczy). Ich wywiad nie stwierdził obecności stróża, który jakoś sobie poradził wy biegając z gaśnicą ręczną na klatkę schodową. Od tej pory lokal PZPN jest strzeżony szczególnie troskliwie.
Pierwszy ligowy wyjazd po hecach z odebraniem tytułu legioniści mieli do Krakowa, w którym dwa miesiące wcześniej było ich cale mnóstwo. Tym razem przeciwnikiem był Hutnik. Przyjezdnych było sześć i pół dyszki. Lipa, jak na nowo kreowanego „majstra”. Fanatycy ze stolicy, nie godząc się z decyzjami PZPN, uhonorowali swych piłkarzy medalami ufundowanymi przez siebie. Na murawę stadionu przy Łazienkowskiej, podczas inauguracji wpuszczono warchlaka, któremu wypisano na skórze farbą olejną PZPN.
Zaczęła nastawać nowa era chuligańska w historii miejscowych. Bo daj pierwszym bardzo dobitnym sygnałem było zdewastowanie autokaru z polonistami. Przeciwnicy derbowi są zawsze najzacieklejszymi wrogami. Wracając ze swojego spotkania, autobus fanów Legii, którzy właśnie opanowywali jakiś zajazd został wyprzedzony przez autokar kiboli Czarnych Koszul”. Tak się złożyło, że kalendarz pierwszej i drugiej ligi spłatał psikusa i obie warszawskie jedenastki grały tego samego dnia w tym samym regionie Polski. Rywale pokazywali przez szybę środkowe paluchy w górze, co w gwarze niemych i nie tylko znaczy „******* się”. Gesty zo stały dostrzeżone. Wojskowi zakończyli demontaż zajazdu i rozpoczęli pościg. Kilkanaście kilometrów dalej poloniści zostali „przechwyceni” na środku drogi. Czerwono-biało-zieloni obili szykujących się do awansu fanów z Konwiktorskiej.
Wiosną 94 psy postanowiły zabrać się do legionistów nieco intensywniej. Do tego stopnia, iż mundurowi doszli do przekonania, że prawo, którego są stróżami, ich nie obowiązuje.
Różnica między kibolem (lub w ogóle kimś bawiącym się w łamanie prawa), a policjantem jest taka, że ten pierwszy nie pobiera za swą działalność pieniędzy. Przynajmniej, jeśli chodzi o hools, a nie włamywaczy i dziesioniarzy. Natomiast funkcjonariusze przysięgają, że będą owego prawa chronić i samemu go przestrzegać. Tyle o różnicy w podejściu do obowiązujących przepisów.
Legia na Widzew w sezonie 93/94 wybrała się w jakieś 1000 głów. Do pilnowania porządku zaprzęgnięto jakichś 150 policjantów. 1000 osób zostało wepchniętych do trzech wagonów. Być może ktoś na komendzie postanowił zapisać się w księdze Guinnesa? Na miejscu psy zarządziły tak, że bractwo na meczu zameldowało się w całości dopiero w drugiej połowie. Po spotkaniu w pociągu powrotnym było jeszcze weselej. Rekord Guinnesa poprawiono o jeszcze jeden wagon (1000 sztuk fanów do dwóch wagonów). Do przedziałów wpychano po trzydzieści osób, na dokladkę zakazując otwierania okien. Egzekwowano to w sposób najprostszy: tym, którzy się nie podporządkowali, ładowano do przedziałów gaz łzawiący. Psy dla zabawy wyrzucały przez okna szaliki. Skurwysynki bawiły się świetnie, choć później nieco im się miny wydłużyły. Legioniści wylali nieco atramentu na papier i do prokuratury poszło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Mundurowi szukali kompromisu, chcieli nawet zapłacić za powyrzucane szale. Kibole na to nie poszli, choćby z tego powodu, że nikt nie jest w stanie zapanować nad całością, a sprawy zaszły za daleko, by w poobijanych i podgazowanych nie zrodziła się chęć zemsty. Jak zawsze w podobnych przypadkach, tak i tym razem sprawie ukręcono łeb, ale odpowiedzialni za zwykłych krawężników dostali obsztorc od swoich szefów. Powołano jakieś komisje, których zadaniem było sprawdzenie stanu faktycznego. Nastąpiły różne upomnienia i przestrogi. Wyżsi rangą „nie chcieli na przyszłość o czymś podobnym nawet słyszeć”. Raczej nie słyszeli. Do finału PP w czerwcu 95, czyli przez rok. Po tym finale nie tylko słyszeli, ale i widzieli. I to nie w kameralnych salkach komend, ale w publicznej telewizji. Ich podwładni w amoku obijali kogo się dalo. Winni mieli to w nosie, ale ekipy dziennikarzy z kamerami, które zaliczyły pałowanko miały na ten temat cokolwiek inne zdanie.
Po skargach legionistów psom przykrócono łańcuchy. Poobijani po stanowili odbić sobie na społeczeństwie siniaki, których nabawili się po spotkaniu ze stróżami tegoż społeczeństwa. Zaczęły się demolki tramwajów i autobusów po ligowych spotkaniach w Warszawie. Wszyscy, którzy nacięli się na bezprawie „stróżów prawa” powinni dopuścić się jak największego grafomaństwa i pisania skarg na „policjantów” (w cudzysłowie, bo taki z niego policjant, jak z ciebie Indianin). To naprawdę działa. Grzecznieją, potulnieją. Ostatecznie są od tego, by cię złapać, jeśli rzeczywiście broisz. Gdy nawywijasz i natniesz się na mundurówego, możesz mieć pretensję tylko do siebie. Ale nie można sobie pozwolić na obijanie za to, że patrzysz chamowi w oczy. (A swoją drogą, jak to patrzenie w oczy na nich wpływa, to historia).
Podczas kolejnej wyprawy na Widzew legioniści (około 1200) postanowili załatwić sobie transport autokarami.
— Co nas będą kurwy obijać — twierdzili. Zamiast wojenki z psami urządzili sobie bijatykę na mieście, gdzie zostali przyatakowani przez Widzewiaków, a następnie w drodze powrotnej zdobyli” Rawę Mazowiecką, gdzie powyganiali ludzi do domów.
W fantastycznej scenerii odbywały się derby stolicy. Jesienią 93. Były wielką niewiadomą. Poloniści odgrażali się, że będzie ich całe mnóstwo, i że dodatkowo będzie to spęd chuliganów z całej Polski. Awizowane były grupy hools z ŁKS-u, Arki, Cracovii i innych zaprzyjaźnionych z Polonią klubów. Zamiast spodziewanej mobilizacji przybyło na Łazienkowską około 150 kibiców Polonii (tak mówią poloniści, natomiast druga strona twierdzi, że przeciwników było dokładnie 77, co było specjalnie liczone). Jedyną atrakcją spotkania było spalenie na plocie zdobytej w autobusowej wojence flagi Polonii, co TV pokazywała kilkakrotnie. Spory orzech do zgryzienia miała stołeczna policja. Do tej pory kłopoty z rozprowadzeniem po jednym mieście dwóch grup kibiców mieli funkcjonariusze w Łodzi, rzadziej w Krakowie. Z przybyszami z innych miast nie ma kłopotu. Odstawia się ich na dworzec, gdzie wybywają w kierunku swych sadyb i spokój. Z polonistami najpierw bardzo długo czekano po zakończeniu spotkania, a następnie pod silną eskorta odstawiono ich na własny stadion. Jednocześnie na mieście odbywały się szczególne nagonki na mniej lub więcej zorganizowane grupki fanatyków w czerwono-biało-zielonych szalikach. Drugie po wielu latach derby odbyły się na kolejkę przed zakończeniem sezonu 93/94. Legia potrzebowała zwycięstwa w walce o tron, Polonia już tylko formalnie musiała dograć swoich dni w ekstraklasie. We własnym programie szalikowcy Legii napisali, że było to pierwsze spotkanie, podczas którego formalni gospodarze musieli siedzieć w klatce dla gości. Niezupełnie się to zgadza z prawdą. Kilkakrotnie, w latach 76-81 miejsce przeznaczone dla kibiców gości musieli opanować na stadionie w Opolu fani Odry, gdy gościli Śląsk Wrocław. Lechia w 83 roku oglądała zwycięstwo swojej drużyny w Gdyni z Górki, którą normalnie zajmuje Arka. Jednak rzeczywiście, wówczas nie było jeszcze klatek.
Mecz na Konwiktorskiej nie dostarczył emocji, jeśli chodzi o walki stoczone przez fanów obu drużyn. Polonii było jeszcze mniej niż na wyjeździe przed pół rokiem, natomiast legionistów rozmnożyło się. Można się było emocjonować walkami czerwono-biało-zielonych z policją i antyterrorystami, które toczyły się od momentu zakończenia spotkania na stadionie i jego okolicach. W użyciu były działka wodne i inne tym podobne akcesoria. Kibicom zabrakło ławek. Gdyby nie ich brak, z pewnością byłoby ciekawiej.
Ostatnia kolejka, to mecz z Górnikiem Zabrze. Decydujący o tytule. Choć legioniści podkręcali atmosferę, przypominając o zadymach z finału Górnik — Miedź, do walki nie doszło. Natomiast coś innego było tryumfem legionistów. Ilość ludzi na trybunach. I to ludzi poprzystrajanych w barwy Legii. Nie powiodła się próba zorganizowania tłumu w jeden żywo i jednakowo reagujący organizm. Załatwiono walkie-talkie, by będący na różnych sektorach organizatorzy dopingu mogli się porozumiewać. Zamysły sobie, a życie sobie. Stadionowy harmider był tak wielki, że nawet trzymając urządzenie przy uchu nie można się było dogadać. Każdy śpiewał na swoją modłę, więc wyszedł z tego jeden szum i zgiełk. Fanatycy załatwili sobie ciche przyzwolenie od władz klubowych na wbiegnięcie po meczu na płytę boiska. Ale o mało nie doszło do przedwczesnego za kończenia fety. Górnik, któremu potrzebne było zwycięstwo, prowadził 1:0 i dopiero mało dyskretna interwencja arbitra Rędzińskiego doprowadziła boiskową rzeczywistość do stanu, jakiego wszyscy oczekiwali. Arbitruńcio usunął trzech zawodników Górnika z boiska, pokazując im czerwone kartki. W razie czego zielonogórski „sprawiedliwy” zakończył spotkanie troszkę wcześniej. Nie wiedział jak się zachować, gdyż, co niektórzy kibole już zaczęli biegać po murawie.
Mecz przeszedł do historii, Legia mimo startu z trzema ujemnymi punktami zdobyła mistrzostwo, którego tym razem nie zakwestionowano. Kibice bawili się, chlejąc wszelkie możliwe alkohole na Starówce, urządzając sobie przy okazji środkami pirotechnicznymi małego sylwestra.
Chcąc wykorzystać chwile tryumfu i nastrój święta, Janusz” Atlas Z „Piłki Nożnej” poprosił na łamach gazety o amnestię dla niektórych działaczy i dziennikarzy, o których na Żylecie doskonale jeszcze pamiętano. Może troszkę raziła go nieobecność na trybunie kilku osób, które aby zachować całość swej powłoki cielesnej, od roku już się na niej nie Pokazywały. Atlas nie zwrócił się do anonimowych osób, lecz do Bosmana, którego uznał widocznie za przywódcę.
— Jeśli zbrodniarzom zależy na łagodnym wymiarze kary, to okazują Skruchę — stwierdzili szalikowcy spod Żylety, dając tym samym do zrozumienia, że na przebaczenie mają jeszcze czas, natomiast nie mają ochoty.
Kolejny sezon, to ponowne wyzwanie. Hajduk na drodze do Ligi Mistrzow Początkowo wszystko kręciło się wokół tego dwumeczu. Warszawa żyła nadziejami, a po blamażu w Splicie Legia żyła wysprzedawaniem nazwisk. Sam dwumecz dla kibiców okazał się miarą ich odwagi. Fani Hajduka to typy, którzy jeszcze nie tak dawno mordowali Serbów. Jadąc autobusami do Warszawy zatrzymali się w Krakowie, gdzie balangowali z Wisłą. Krakowianie poinstruowali Chorwatów, że Legia jest be, wobec czego natychmiast po wytoczeniu się z pojazdu już na miejscu, stworzyli dość agresywną grupę atakującą miejscowych. Ciężko było sobie czerwono-biało-zielonym z nimi poradzić.
Rewanż był meczem prawdy. Żeby pojechać w 94 roku do byłej Jugosławii, trzeba było mieć w sobie trochę ikry i sporo odwagi. Rękawice pod jęło sześćdziesięciu pięciu fanów. Trzech wyprawiło się samolotem, trzech pojechało własnym autem, które wpadło im do morza, a 35 szalikowców (w tym 5 z Szczecina) przybyło na ten mecz wesołym autobusem. Na granicy słoweńsko-chorwackiej jeden z wycieczkowiczów był tak zaprawiony, że wręczył straży granicznej paszport z... dżojntem. Celnicy zwariowali:
przemyt narkotyków. Autobus skontrolowano, zabrano jakieś nieistotne ilości marihuany i sprzęt awanturniczy: bejsbole, pały i noże. Jakby mogły coś pomóc na serię z kałasznikowa. Od chwili przekroczenia ostatniej granicy, autobus był środkiem transportu pod szczególnym nadzorem policji. Na trybunach Hajduka, jak już wspomnieliśmy, zjawiło się 65 fanów Legii. Marcin, wrocławski pilny obserwator wszelkich pokazywanych na satelicie spotkań piłkarskich, a jednocześnie rejestrator siły dopingu i liczebności kibiców przyjezdnych, stwierdził iż w większej grupie niż Legia w Splicie podczas Ligi Mistrzów pojawił się jedynie Ajax, którego zajechało trzy setki.
Numer zmajstrowali kibole Legii fanom Radomiaka jesienią 94 roku. Przyjechali zielono-biali do Warszawy na mecz z Polonią. Z powodu zbyt silnej obstawy policji nie było szans na obicie przyjezdnych. Legioniści załadowali się w auta i pojechali do Radomia po spotkaniu. Tam zacze kali na przyjazd pociągu, którym zielono-biali wracali do domów. Trzy dziestoosobową grupę kibiców Radomiaka witała równie liczna ekipa na peronie. Ale trzeba się było wreszcie porozchodzić po chatach. Najgorzej na tym wyszedł chłopak w koszulce Borussi Dortmund, przyuważony jeszcze w Warszawie.
Największą nienawiścią, przez długi okres fani ze stolicy darzyli poznaniaków. Dla Żylety wyjazdy do tego miasta urosły do rangi najważniejszych wydarzeń sezonu. Tego, co zobaczyli na Bułgarskiej jesienią 94 roku, chyba długo nie zapomną. Nie dość, że na trybunach pojawiło się 10 tysięcy ludzi, to na dodatek niemal każdy chciał im skoczyć do gardła. W walce, jaka wywiązała się między fanatykami miejscowych a policją, 120-osobowa grupa legionistów i wspomagających ich szczecinian mogła się jedynie przyglądać. Modląc się przy okazji, by się fanom Lecha zbytnio nie powiodło. Nie było to jedyne spotkanie warszawiaków z poznaniakami w tym sezonie. Kilka dni później Legia gościła w Pniewach. Miasteczko to znane jest z fatalnego dojazdu. Aby tam się wyprawić, trzeba być zmotoryzowanym. Na trybunach prowincjonalnego miasteczka pojawiło się 40 szalikowców gości. Ekipa z Pruszkowa jechała dobrym autem, jednak wracając z meczu, jeszcze przed Poznaniem, wóz zdefektował. Tylko dzięki temu zostali dorwani przez patrolującą tę samą trasę ekipę „Kolejorzy”. Legioniści zamiast podjąć walkę, do której byli wyekwipowani, rzucili się do ucieczki w pobliskie chaszcze. Jedynym obitym został... samochód. Ciekawe, czy jego właściciel, Rzeka, dostał za niego odszkodowanie. Aby zmłócić Lecha legioniści wyprawili się na 1/16 pucharu Polski do Mławy. Zrobili to z partyzanta, czyli bez pokazywania własnych barw. A to dla tego, że warszawiaków było czternastu, natomiast poznaniaków trzy dychy i to konkretnej załogi.
Po gdyńskim i zwłaszcza radomskim turnieju kibiców, które odbyły się w lutym 95 roku, stosunki między tymi dwiema ekipami zaczęły się ocieplać. Największe pozytywne wrażenie na warszawiakach wywarli lechici w chwili, gdy grając w piłkę, czyli w samych sportowych gatkach, rzucili się na policjantów, którzy w tym czasie wjechali do radomskiej hali i obtłukiwali kogo się dało. Największy opór stawiała Legia, a fani Lecha, aby móc uczestniczyć w walce, najpierw musieli sforsować dość wysoki murek, co też zrobili. Na spotkaniach reprezentacji coraz częściej flaga Legii wisiała tuż obok flagi poznaniaków. Miłość wzajemna nie za panowała, wręcz nasiliła się nienawiść po zerwaniu układu o nieuczestniczeniu w walkach na spotkaniach kadry narodowej przez inicjatorów porozumienia — Arkę. Lech orbituje w kierunku opcji Arka — Cracovia, Przez kilka miesięcy funkcjonowania w tym układzie poznaniacy co prawda nie opowiedzieli się jednoznacznie, jednak cienka nić porozumienia z Legią zmieniła się w pętlę nienawiści. Za największego wroga warszawiacy uznają aktualnie (przełom roku 95 i 96) trzecioligowców — ale nie w Lidze Chuliganów — fanów gdyńskiej Arki.

Rok 95 rozpoczynał się pod znakiem supremacji Legii. Tę pozycję ugruntował dodatkowo radomski turniej kibiców, organizowany przez tamtejszą Broń. Gdy legioniści przyjechali swoim autobusem, akurat pod halą odbywała się przepychanka między dwoma policjantami a gawiedzią, Służby porządkowe postanowiły zabrać ze sobą dw6ch kibiców Widzewa. Jeden wykręcił się „własnym sposobem”, drugi miał kłopoty. Mediacje spełzły na niczym, więc warszawiacy postanowili wziąć sprawy W swoje ręce. Doszło do szarpaniny. Będący na hali kibice Radomiaka niezbyt dokładnie rozpoznali sytuację i dochodząc do wniosku, że na ich terenie (Wszakże Radom) warszawiacy robią rozróbę, postanowili nieco gości przećwiczyć Gdy na fanów ze stolicy runęła lawina ciał, ci postawili się hardo 1 zamiast spodziewanej rejterady doszło do wymiany ciosów. Następnie gospodarze wycofali się na uprzednio zajmowane pozycje. Po wyjaśnieniu Sytuacji, czyli po zorientowaniu się przez Radomiaka co się stało, warszawiacy zostali przeproszeni. Na hali bractwo spokojnie grało sobie w piłkę, a przed nią policja przygotowywała się do wojny. Obstawiono drogi dojazdowe do hali, wszystkich przechodzących w jej pobliżu kierowano szlakami pieszymi, a wchodzących i wychodzących legitymowano.
Wjazd policji na trybuny nastąpił zaraz po drobnym incydencie. Jeden z miejscowych oszołomów buczał pod nosem inwektywy w kierunku legionistów, najwyraźniej szukając guza. Pijany nie potrafił ogarnąć sytuacji, a z tubylców nie było komu wziąć gościa za wszarz. Nastąpiło krótkie spięcie. Dla policjantów był to pretekst do ataku. Wpadli na halę do strony sektorów zajmowanych przez większość gości, lejąc kogo popadnie. Postawili się głównie warszawiacy, kilku chłopaków z Widzewa i biegający właśnie jako gracze fani Lecha. Gdy spiker zobaczył co się dzieje, natychmiast dał hasło do walki z natrętami. Kibice jakoś sobie dali radę. Później nastąpiły negocjacje (tak na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo po co, bo gdy się mundurowi usunęli, zagrożenie zniknęło, bijatyka ucichła). Po kilku godzinach spokoju z drugiej strony trybun wpadli antyterroryści. Zrobili to z hukiem i trzaskiem, dewastując przy okazji szyby. Było to o tyle dziwne, że wówczas nie działo się absolutnie nic. Widocznie naoglądali się filmów z Sylwestrem Stallone. Hala Broni jest tak skonstruowana, że nie ma możliwości swobodnego przedostawania się z jednej strony trybun na drugą, tak więc tym, którzy uczestniczyli w poprzedniej zadymie pozostało tylko bezsilne przyglądanie się, jak psy obijają kibiców Radomiaka. O co poszło tym razem, nie udało się ustalić nawet policji.
Podczas kolejnego turnieju, gdyńskiego, legioniści skoncentrowali się głównie na upijaniu z Pogonią... Lechią i Śląskiem.
Wcześniej w Warszawie zrobiono kolejną innowację na łączce działalności kibicowskiej. Bosman zorganizował własny pub, którego klientami byli oczywiście kibice. Działalność nie potrwała zbyt długo, gdyż przed meczem Polonia Warszawa — Pogoń Szczecin fanatycy znad morza zostali hucznie przyjęci w lokalu. Ponieważ miejsca było w nim niewiele, więc towarzystwo rozlokowało się także w pobliżu piwożłopni. Okoliczni mieszkańcy mieli dosyć kilkusetosobowego towarzystwa i Bosmanowi cofnięto koncesję.
Ostatnimi czasy legioniści wręcz znienawidzili się z fanatykami Arki i Cracovii. Z tą drugą mieli dwie potyczki. A właściwie jedną. Na zimowym (94/95) meczu hokejowym warszawiacy szykowali się do starcia, gdyż do szły ich słuchy, że na to spotkanie wybiera się całkiem zgrabna ekipa trzech autokarów „Pasów”. W stolicy zarządzono mobilizację, jednak do spodziewanej inwazji nie doszło. Przybyło zaledwie kilku opatulonych w biało-czerwone szaliki sympatyków Cracovii. Dostali po głowach dosyć mocno, a później kapowali policji, jednak jak twierdzili krakowianie, nie byli to kibice spod Wawelu, lecz jacyś hokejowi juniorzy.
Kolejne spotkanie Legia — Cracovia, odbyło się podczas barażowego meczu... Jeziorak Iława — Radomiak Radom o wejście do drugiej ligi piłkarskiej latem 95 roku. Zorganizowany naprędce baraż (z uwagi na wy cofanie się FC Piaseczno) przypadł w terminie rozpoczęcia rozgrywek ligowych. Do Białegostoku wyprawiały się dwa autobusy „Pasów”. Zawadzili o stadion Hutnika Warszawa, na którym się ów baraż rozgrywał. Kra kusy rozpoczęli zadymę. Jak było w rzeczywistości, nie bardzo wiadomo.
Jedni twierdzą, że Jeziorak zerwał się na boisko, Radomiak gdzieś w okolice płotu, a legioniści me podjęli walki. Z innego źródła natomiast można było usłyszeć, że warszawiacy dążyli do zwarcia, jednak przeszkadzał płot i pilnujący bram, sterroryzowani policjanci, ponad głowami których, latały rzucane przez obie grupy hools raczej twarde przedmioty.
Natomiast z Arką bilans starć legionistów jest dłuższy. Po meczu Polska — Francja legioniści zdemolowali arkowcom jeden autokar. Będących na meczu Polomi w Warszawie arkowców przechwycili legioniści z grupy Warriors i „zdeponowali” im dwie flagi oraz parę szalików, jednocześnie ich obijając. Raz sponiewierali na dworcu Wschodnim arkowców jadących na gościnne występy do Krakowa. W rewanżu Arka zrobiła podjazd pod stadion Legii podczas ich meczu ze Śląskiem oraz czekała całkiem zgrabną brygadą na prom wiozący warszawiaków powracających z wyprawy do Trondheim.

Jesień 94 to oprócz już opisanych, następujące wyjazdy fanatyków Legii: Olsztyn — ponad dwie setki, w tym znajomki z Elbląga, Katowice 300, w tym połowa z Sosnowca, Stalowa Wola 100. Ten wyjazd był szcze gólny, gdyż bramkarz warszawskiej drużyny po otrzymaniu ciosu od miejscowego hools, dał jednemu z napastników w zęby, za co później został sądownie ukarany. Miejscowy hoola (?) został posiłkowym oskarżycielem we własnej sprawie. Raków 170.
Jak jeździli warszawiacy w 95 roku? Jest to długa lista. Wiosną było ich 160 w Krakowie na Hutniku, ale byli wspomagani przez 200 osobową grupę fanatyków Zagłębia Sosnowiec. Na drugą połowę dojechał dodatkowo autobus Pogoni Szczecin, która wcześniej grała w Zabrzu. W Po znaniu na Warcie legionistów było 130, ale kilkudziesięciu szalikowców Legii wyprawiło się tego samego dnia dalej, do Szczecina na mecz Pogoń — Lech. W tym samym Poznaniu na Olimpii było fanów ze stolicy 64. Wówczas mogło się coś zdarzyć, tym bardziej, że policjantów było nie wielu. Jednak panowała cisza. Do Mielca Legii przybyło dwie setki. Po meczu w okolicy dworca kolejowego, gdzie zatrzymały się warszawskie autokary doszło do drobnej bieganiny, zakończonej przyjazdem policji. Walka obyła się bez jakichś większych ofiar, jednak dwóch złapanych przez fanów z Żylety mielczan musiało odbyć przymusową podróż autokarem. Zostali wysadzeni po przejechaniu jakichś 50 kilometrów, w lesie. Trochę daleko od domów. Kolejne dwa wyjazdy legioniści zaliczyli na Górny Śląsk. W Chorzowie na PP j w Zabrzu na lidze było ich mniej więcej tyle samo, od stu do dwustu. Może ciut więcej na Ruchu. Mieli kłopoty z policzeniem się, gdyż tak na jednym, jak i na drugim meczu byli wspomagani przez około 300 osobową grupę z Sosnowca. To oczy wiście me są pełne dane z wyjazdów, wiosną 95 Legia miała ich więcej. Natomiast jesień zaczęła się od gry na Łazienkowskiej przy pustych trybunach. A to za sprawą wojewody warszawskiego, który nakazał zamknięcie stadionu z powodu awantur po meczu finałowym o PP z GKS-em Katowice. Wówczas faktycznie „działo się”. Zabawę rozpoczął atak fanatyków Legii cieszących się ze zdobycia tego trofeum na boisku najpierw na „Misztalowców”, a następnie na katowiczan. „Misztalowcy” to ochroniarze występujący na meczach Legii w czarnych uniformach. Z nimi kibice nie lubią się bardzo, bo ocbroniarze po pierwsze nie są lubiani w ogóle, a po wtóre warszawscy są ponoć szczególnie wrednawi. Podczas finału PP, z zamiarem pobaraszkowania z flagami GKS-u, wybiegł na drugą stronę płotu Chomik ze Szczecina. „Misztalowcy” przechwycili go, do cze go nikt nie miał wielkiej pretensji. Wszak to ich praca. Jednak gdy Cho mik wrócił na swoje miejsce, w legionistach zagotowało się. Chłopak był dosyć dokładnie okopany i obity.
— Był siny i zielony, tak skatowanego gościa dawno nie widziałem — twierdził później znajomy z Warszawy.
Owo kopanie już się w zakresie obowiązków ochroniarzy nie mieściło. Tę nadgorliwość postanowiono odpowiednio wynagrodzić. Okazja mogła się nadarzyć tuż po spotkaniu. Legia wygrała, na trybunach rozpoczęto świętowanie. Bractwo ruszyło na murawę, jednak część błyskawicznie zaczęła sprint w kierunku czarnych kubraczków. „Misztalowcy”, gdy tylko zwietrzyli niebezpieczeństwo, natychmiast wydarli zelówki, co uratowało ich cielesne powłoki od przykrych przeżyć, Zdegustowani takim obrotem spra wy legioniści (ci szukający awantury) rozpoczęli wymianę zdań i ławek z kibicami GKS-u. Mundurowi nie wiedzieli, co robić.
— Co wy odpierdalacie, uspokójcie się — policjant, szef (?) obstawy złapał jednego z warszawskich macherów.
— To weźcie ten GKS na dworzec i będziecie tu mieli spokój — zagadnięty wzruszył ramionami. Miał rację, Misztalowcy” się zerwali, gdy by nie było także katowiczan, nie byłoby punktów zapalnych. Policjanci myślą inaczej. Wydumali, że najlepszym sposobem na ostudzenie rozpalonych głów będzie polanie ich wodą. Najpierw próbowano rozpędzić tłum za pomocą oddziałów konnych. Jednak ktoś zauważył, że mustangi boją się flag łopoczących na drzewcach. Zaczęto więc biegać ze sztandarami i biedne rumaki płoszyły się. Po koniach żywych wprowadzono mecha niczno. Polewaczka okazła się równie nieprzydatna jak zwierzaki ze stad niny. Jeżdżąc po murawie boiska dewastowała ją tylko, a polewając winnych i niewinnych, zwiększała tylko ilość ludzi chcących dopierdolić mundurowym. Bijatyka na stadionie i w jego okolicach trwała dosyć długo. Psy wpadły w amok i tłukły kogo popadło i jak popadło.
Zamknięty stadion, pod którym zebrało się bractwo podczas meczu inauguracyjnego z Zagłębiem Lubin, nie przypominał już tego sprzed dwóch lat, gdy również po bijatyce z policją na meczu ligowym (traf chciał, że także z Katowicami), zamknięto dla publiczności obiekt przy Łazienkowskiej. Wyglądał inaczej. Tym razem nie było stanu oblężenia, lecz podstadionowy piknik. Wyjazd do Tych to jak zwykle na Górnym Śląsku 100 z Warszawy i 200 szalikowców z Sosnowca. W Szczecinie Legii było 150-250. Tak duża rozbieżność wynika z tego, iż nie mogli ustalić ilości przybyłych. Jak to zwykle w miastach lubiących się fanów, łażą oni po całym stadionie. Część bractwa przez Szczecin wracała do domów z Paryża, gdzie rozgrywała swój mecz reprezentacja. Na dodatek policja chciała koniecznie legionistów otoczyć kordonem. Wiedzie]i z autopsji, że jeśli daliby się odizolować, to później mieliby kłopoty ze swobodnym poruszaniem po obiekcie. Można się było spodziewać wręcz zatrzymywania siłą w sektorze i odprowadzenia po meczu na dworzec nawet tych, którzy mieli zupełnie inne plany życiowe. Więc zasiedli razem z Pogonią.
Do Goeteborga Legii zawitało około 700 hools, plus 40 z Pogoni, kil kudziesięciu „dziadków”i trochę polonusów. W sumie około tysiąca głów, z tym że polonusi i „dziadki” siedzieli w sektorze obok. Młodzi legioniści twierdzą, że był to rekordowy wyjazd polskich hools na mecze pucharowe. Choć pojedynku w Brnie Zbrojovka — Wisła na pewno nie pamiętają. Na promie wiozącym kibiców do Szwecji panowało przekonanie, że potomkowie tych od najazdu nie bardzo chcą wpuszczać na swoje terytorium osobników nie mogących poprawnie wybełkotać swojego nazwiska, więc większość indywidualnie narzuciła sobie ograniczenia ilościowe w przyjmowaniu jakże ożywczej wódeczki. Przepowiednie okazały się przesadzone i później bractwo klnąc na swoją głupotę, nadrabiało zaległości. Przed meczem obyło się bez jakichś szczególnych hec, natomiast po spotkaniu wiara się zdeczko wkurzyła. Miejscowi, bardzo grzeczni policjanci stanowczo zatrzymali cieszących się z awansu do Ligi Mistrzów fanów czerwono-biało-zielonych na stadionie. W tym czasie cienkie Bolki, jakimi są Szwedzi, zdemolowali kilka aut na polskich rejestracjach. Bractwo zrobiło sobie odwet na stacjach benzynowych, które po drodze „pękały” wszystkie.
— Odbieraliśmy należne nam odszkodowania. Za te samochody i za najazd szwedzki — śmiano się później w Warszawie. W Goeteborgu wyjaśniło się również, dlaczego jedynie garstka potomków Wikingów zawitała na pierwszym meczu w Polsce. Otóż po wielokrotnym pokazywaniu w tamtejszej telewizji scen rodzajowych z wydarzeń, jakie miały miejsce po spotkaniu finałowym pucharu Polski, tamtejsza społeczność doszła do wniosku, że bezpieczniej jest się nie wyprawiać na Planetę Małp. Z tekstu Marcina Mellera („Polityka” nr 35/95), który wyprawił się na rewanż z fa natykami Legii, można się było dowiedzieć, że skoro Szwedzi nie chcieli na Planetę Małp, to ona przyjechała do Szwecji.
Najciekawiej było na jednym z powrotnych promów. 400 płynących nim hools zabawiało się na rachunek firmy, to znaczy chlali oporowo Pozostawiając nie uregulowane rachunki. Ktoś dostał szalu radości i metodycznie wyrzucał cały ruchomy sprzęt za burtę. wlazł na maszt, gdzie troszkę uszkodził radar, zerwał banderę i opatuliwszy się mą paradował po pokładach. Kilku antyterrorystów, którzy byli obecni na promie, dość dobrze policzyło swych ewentualnych przeciwników i po uzgodnieniu rachunku sil, byli dla wszystkich rozrabiających raczej uprzejmi, Prosząc jedynie o niewyrzucanie za burtę tratw ratunkowych i podobnych gabarytami drobiazgów. W Świnoujściu spodziewano się ostrej kontroli. Jednak tam opróżnianie promu polegało na jak najszybszym wyekspediowaniu wesołych autobusów w kierunku Warszawy. Cały czas pod eskortą. Następnie mieli wyjazd do Łodzi na ŁKS. Zameldowało się tani ich 250. Po sukcesie drużyny w Łodzi legioniści usłyszeli pod swoim adresem wyjątkowo mało bluzgów. Więc i sami prawie nie bluzgali. 40 legionistów odwiedziło Rzeszów podczas meczu o Superpuchar, 200 pojechało do Gdańska. Tam co prawda bluzgał im cały stadion, jednak najstarsza ekipa lechistów wzięła po meczu dwie dychy najstarszych legionistów na chlanie.
Do Moskwy wybrało się 200 fanów. Część jechała pociągiem. Gdy policjanci wleźli im do wagonu (kuszetki), szalikowcy natychmiast po wiedzieli warsowemu, że nie życzą sobie ich obecności, żądają opuszczenia wykupionego przez siebie wagonu przez „tych panów”. Warsowy wysadził mu zamiast na granicy w Terespolu (jak chciał dowódca eska pady), na stacji Warszawa Wschodnia. Na stadionie Spartaka dosiadło się jeszcze 300 polonusów, ale nawet pół tysiąca polskich gardeł nie było się w stanie przebić przez wyjący, kilkudziesięciotysięczny tłum. W Tarnobrzegu Legii zawitało zaledwie 80. Na mieście robili co chcieli, jednak później czterech z nich miało poważne kłopoty. Miejscowi hools okazali się mocni jedynie w gębie. Po stracie szalików natychmiast meldowali o tym policji, wskazując winnych. Wspomniana czwórka trochę sobie po siedzi, gdyż przybito im dziesionę.
W Chorzowie na PP było warszawiaków niecałe 30 osób oraz dwie setki Zagłębia. W Łodzi na Widzewie jakieś 2 tysiące, natomiast w Blackburn 300 plus około 200 polonusów. Niektórzy ostrzyli sobie zęby na wjazd na murawę po zakończeniu meczu. Wszak w Anglii od czasu tragedii zgniecenia kilkunastu kibiców Liverpoolu płoty odzielające murawę od trybun są symboliczne. Troszkę się zawiedli. Przewidujący wyspiarze posadzili kibiców z Polski na piętrze. Pod nimi znajdował się pusty sek tor. W Poznaniu, na meczu, który dzięki zadymom na trybunach stal się wydarzeniem sezonu, legionistów było 300.
Do Trondheim przyjechało z Warszawy 100 fanów. Zostali bardzo gościnnie przyjęci.
Na Legii, identycznie jak wszędzie, zdarzają się i takie wypadki, jak opisany w wydawanym w Łodzi przez widzewiaków Polskim Kibolu” (nr 3, str. 5): Legioniści chyba mile będą wspominać Sochaczew, bowiem zdobyli spory łup — jeden szalik skrojony dziewczynie, na dodatek po wab cc, gdyż ofiara nie chciała dobrowolnie oddać swoich barw. Dopiero ciosy i groźba wciągnięcia do autokaru pomogły.... Jak można skroić szalik 21 —letniemu „chuliganowi<< spod Zylety, gdy ten na ulicy krzyczy: ratunku, ludzie, złodziej”. Wszędzie się znajdą mocni jedynie w pysku. Chodzi o to, by mięczaków utwardzać lub eliminować ze środowiska.
Po zadymie podczas flnału PP z GKS-em i decyzji zamknięcia stadionu przy ul. Łazienkowskiej, młodzież Legii postanowiła zorganizować spotkanie kibiców, na którym chciano podjąć jakieś decyzje. Ponieważ wśród przybyłych (kilkaset osób) znajdowali się wodzireje spod Żylety, organizatorzy zamieszania jakoś nie chcieli się ujawnić. Ostatecznie stanęło na niczym, towarzystwo się rozeszło. A później w „Zyciu Warszawy” można było przeczytać list małolatów o terrorze czterdziestolatków, którzy narzucają reszcie sposób myślenia i styl bycia. Ciekawe, do czego autorzy listu dążyli.
Ulubioną, ostatnimi czasy zabawą fanów Legii jest czatowanie. Przekonali się o tym wiślacy, którzy we wrześniu 94 wybrali się do Gdańska na mecz z Lechią. Warszawiacy urządzili sobie polowanie dwie godziny po północy. Nieszczęściem krakusów była niewielka ich liczba, co nie pozwoliło podjąć wyrównanej walki. Czterdziestu agresorów wręcz roz niosło dziesiątkę przeciwników. Rok później kłopoty na tej samej trasie, tylko w drugą stronę, mieli udający się do Krakowa kibice Arki. Jechali na gościnne występy do swych ziomków z Cracovii. Łatwo było prze widzieć, że ktoś będzie przejeżdżał, gdyż w grodzie Kraka następnego dnia miały odbyć się pierwsze od wielu lat ligowe derby, zwane pod Wawelem „Swiętą Wojną”. Gdynianie przewidzieli sytuację i pochowali się w pociągu dość dokładnie. Ostatecznie warszawscy wartownicy (zabawa odbywała się także około godziny drugiej w nocy na idealnie pustym dworcu Warszawa Wschodnia) zlali dwie czy trzy bardzo podejrzane oso by. Później okazało się, że trafili w dziesiątkę. Jednak arkowcy nie zupełnie chcą się przyznać do swojej porażki twierdząc, że trafiony został piąty garnitur ich grupy.
— Przecież nie będziemy się gości pytać, czy należą do ich specbrygady, czy są zwykłymi, gdyńskimi szaraczkami. Że nie są to oni, to było widać, gdy mówili, że nie mają o niczym pojęcia i nawet nie wiedzą, czym są mecze piłki nożnej. Ale co, mieliśmy ich za to pogłaskać po główce? — ni to stwierdził, ni spytał retorycznie jeden z legionistów, uczestnik zadymy.
Fani warszawscy jesienią 95, na meczu z Arniką Wronki zorganizowali akcję, jakiej jeszcze przed stadionami w Polsce nie było. Protestując przeciwko zbyt wysokim cenom biletów, oraz zakazowi wywieszania flag klubowych na plotach, postanowili odpuścić sobie spotkanie swojej drużyny, jednocześnie pikietując obiekt przy ul. Łazienkowskiej. Pikieta przyniosła skutek połowiczny. Zmalały ceny biletów zezwalających na wchodzę nie na wiraż i przyobiecano, że od kolejnego spotkania będzie można wywieszać flagi, choć tylko do połowy płotu.
Niektórzy fani Legii z nudów nie wiedzą co wymyślić. Jeden z nich wykombinował, że da na łamach Piłki Nożnej” płatne ogłoszenie: „Byliśmy, jesteśmy, będziemy najlepsi. Klub Kibica Legii Warszawa skiada podziękowanie za doznane w 1995 roku wzruszenia i radości wszystkim naszym sportowcom i działaczom(...) Pozdrawiamy gorąco nasze Fan— CIuby oraz przyjaciół i sympatyków”. Autor tego przedsięwzięcia, Wiesiek „Peclowizna”, w przerwie meczu o superpuchar Legia — GKS Katowice, który odbył się w Rzeszowie, zakupił na licytacji piłkę, którą rozegrano mecz Polska — Słowacja. Wyłożył na cel 4 i pół miliona starych złotych.
— Jak się pan nazywa?— spytał się go spiker podczas wręczania trofeum.
— Nie mam nazwiska, jestem legionistą — odparł warszawski fanatyk. Korzystając ze spotkania z legionistami w Łodzi podczas turnieju ki biców, warszawiacy, którzy mogli przeczytać powyższy rozdział, zgłosili następujące zastrzeżenia: Ledwo nadmienione zostały zadymy w Często chowie, gdy po meczu Polska — Francja zdemolowany został autokar Arki, i awantura z psami podczas spotkania 112 PP z GKS-em Katowice w 1993 roku. Zabrakło opisów zwycięskiej walki z... psami o flagę „Ultras na meczu ze Stomilem, awantury z policją po meczu Legia — Pogoń, gdy wspóhw siły kibiców obu klubów przegoniły agresorów. Zabrakło też opisu wielkiej bitwy po meczu Legia — Lech 0:1 (wiosna 95), kiedy to zdemolowane zostały budy policyjne, głazy leciały z trasy Łazienkowskiej, a za mieszki przypominały te z okresu stanu wojennego

Siekier
22-09-2003, 14:56
hmm musze dorwać tą książke w całości ! Ciekwie to jest wszystko opisane i w końcu dowiedziałem się o dawnych latach kibicowania na Legii i nie tylko ! 8)

rkwa
22-09-2003, 15:54
Jak dla mnie to duzo lepszy/ciekawszy jest 'Pamietnik Kibica'.

Siekier - ta ksiazka bedzie w calosci na 'Fan'ie Slaska',poprostu przepisuja ja po kawalku.Co 2 tygodnie chyba po 2 rozdzialy wrzucaja na strone.

A ma ktos z Was moze ksiazke Atlasa pt. 'Sprzedana Liga'?

Dżon Łejn
22-09-2003, 16:09
wpadajcie też tutaj --angielska liga chuliganów :

http://www.czachorwks.blog.pl/

wszystko w oczach kibica CFC

MaxxxiM
23-09-2003, 09:41
Jezeli nie macie nic przeciwko temu to moge wkleic pozostale rodzialy

jesli mozesz to wklejaj (chyba ze bylo to pytanie do autorow strony)
chetnie poczytam wiecej, ale niestety proba mojej rejestracji na stronie Slaska skonczyla sie niepowodzeniem.

Lolek
23-09-2003, 21:30
Jak dla mnie to duzo lepszy/ciekawszy jest 'Pamietnik Kibica'.


No w Polsce mamy wybor szalony! Dwie pozycje kibicowskiej prozy, w dodatku napisane przez jednego typa, ktory z wdziecznosci doczekal sie malo chwalebnego pisarskiego pseudonimu... Pzdr.

MaxxxiM
23-09-2003, 21:45
ja chcialem tylko dodac, ze sympatyczny kibic Slaska mnie zarejestrowal i dzieki temu moge sobie poczytac LCh. ;)
przylaczam sie tez do apelu elAdamo o linki do innych ciekawych ksiazek dot. tematyki pilkarskiej. i tak je predzej czy pozniej kupie, ale chetnie poczytalbym juz teraz. (mialem np. kiedys ksiazke Wojcika i ktos sobie pozyczyl i to by bylo na tyle)

aaadamm
23-09-2003, 22:05
nie będe wklejal kolejnych rozdzialow, bo nie bede odwala chamowy kibicom Sląska-przepisali ksiązkę ręcznie i jak ktoś chce poczytać musi się zarejesrowac :))

Pamiętnika kibica nigdzie nie ma.

Ja kiedyś oblecialem kilka targow w Wawie w poszukiwaniu tych ksązek, lecz nigdzie nie znalalzem :((((

Mam jeszcze Zin zinów 2001, część o Legii (Peyek ma całego), ale nie mam skanera, wiec nie moge wrzucić, a pozycja bardzo ciekawa.
Poczekam, ąz Peyek załatwi jakiś programik do czytania sezkanowanego tekstu, czy jak to się fachowo mówi ;)

MaxxxiM
23-09-2003, 22:15
nie będe wklejal kolejnych rozdzialow, bo nie bede odwala chamowy kibicom Sląska-przepisali ksiązkę ręcznie i jak ktoś chce poczytać musi się zarejesrowac :))

sam zaproponowales wczoraj :) ale spoko, ja po prostu mialem wczoraj problem z rejestracja, ale jak wspominalem sympatyczny czlowiek pomogl. za co dziekuje :+:


Pamiętnika kibica nigdzie nie ma.

jest. do kupienia na tej samej stronie na ktorej jest Liga :) 15 zl.

legart
24-09-2003, 09:20
nie będe wklejal kolejnych rozdzialow, bo nie bede odwala chamowy kibicom Sląska-przepisali ksiązkę ręcznie i jak ktoś chce poczytać musi się zarejesrowac :))

Pamiętnika kibica nigdzie nie ma.

Ja kiedyś oblecialem kilka targow w Wawie w poszukiwaniu tych ksązek, lecz nigdzie nie znalalzem :((((

Mam jeszcze Zin zinów 2001, część o Legii (Peyek ma całego), ale nie mam skanera, wiec nie moge wrzucić, a pozycja bardzo ciekawa.
Poczekam, ąz Peyek załatwi jakiś programik do czytania sezkanowanego tekstu, czy jak to się fachowo mówi ;)

Pamiętnik kibica jest w Bibliotece na Koszykowej, ale chyba tylko dop rzeczytania na miesjscu w czytelni. Za to ligi nie mają w księgozbiorze.

Bastion
24-09-2003, 11:20
nie będe wklejal kolejnych rozdzialow, bo nie bede odwala chamowy kibicom Sląska-przepisali ksiązkę ręcznie i jak ktoś chce poczytać musi się zarejesrowac :))

Pamiętnika kibica nigdzie nie ma.

Ja kiedyś oblecialem kilka targow w Wawie w poszukiwaniu tych ksązek, lecz nigdzie nie znalalzem :((((


pamietnik jest do nabycia na stronie Slaska:

"Pamiętnik Kibica"
Jeżeli jesteś zainteresowany zakupem książki R. Zielińskiego "Pamiętnik Kibica" możesz ją nabyć kontaktując się z poniższym adresem:
Elżbieta Fedorowicz, 50-353 Wrocław, ul. Ładna 5/5, tel. (0-71) 32 77 993.
Cena: 15 PLN + koszty wysyłki
ILOŚĆ EGZEMPLARZY OGRANICZONA !!!


Prawa autorskie & Fan Śląsk Wszystkie prawa zastrzeżone

MaxxxiM
24-09-2003, 13:37
czytam wlasnie Lige. poza paroma tekstami, to generalnie strasznie nudne. jestem dopiero przy Baltyku a juz jestem znudzony. moze sie rozkreci, ale poki co to bez rewelacji.

Norbas
25-09-2003, 12:34
czytam wlasnie Lige. poza paroma tekstami, to generalnie strasznie nudne. jestem dopiero przy Baltyku a juz jestem znudzony. moze sie rozkreci, ale poki co to bez rewelacji.

popieram w całej rozsciągłości...
"pamietnik" bardziej przypadł mi do gustu

edddie
29-09-2003, 01:11
Cena za "Pamiętnik" nie jest zbyt wygórowana a warto mieć ja w swojej biblioteczce. POLECAM!

Hej Śląsk!

m84
29-09-2003, 09:53
Jesli mowa o takim rodzaju ksiazek to byla o tym mowa w ostatniej NL. W'Naszym Stly" jest w duzym skrocie opisana ksiazka Przemyslawa Piotrowskiego pt"Szalikowcy". Moze kogos to zainteresuje...Chociaz w NL nie bylo zbyt dobrze opisane...

T.D
04-10-2003, 17:37
Jesli chcecie dowiedziec sie wiecel o Legii, to niestety trzeba czytac inne dzialy anizeli LEGIA WARSZAWA.
Czytajac ten temat skierowalem swe kroki do pawlacza,zdmuchnolem kurz i zaczolem czytac.
Polecam strone 200,na ktora poprzednio zbytnio nie zwracalem uwagi...naprawde fajne chlopaki, dobrze ze wszystko potoczylo sie w dobra strone....

Pozdrawiam

szczepan
05-10-2003, 17:35
za dzisiejsza akcje na meczu z Legia.net naszych tez opisza :buhaha: :rotfl: :help:

Yankes
05-10-2003, 17:38
bylo zajebongo 8)
i to dzieki temu ze "ktoś" mobilizował grupe 8) :> '8
:buhaha: :rotfl: :rotfl: :buhaha:

Sharn
05-10-2003, 21:46
Eeeech jak sobie przypomnę tamte czasy to łezka mi się w oku kręci. Było siakoś inaczej. Bardziej... podziemnie? W sensie wyjazdy w kilka osób, żadnych specjali. Pięknie wręcz. 8)

Foxx
05-10-2003, 22:32
O to, to! Mam nadzieję, że to nie oznacza, że nadszedł czas na kibolski ZBOWiD 8)