PDA

Zobacz pełną wersję : Czy polscy piłkarze są źli? Nie!



Nazgul
11-03-2005, 13:44
http://sport.gazeta.pl/pilka/1,35351,2595139.html


Rafał Stec: Po kilku latach w naszym kraju mówi Pan, że polscy 20-latkowie nie wiedzą o taktyce tego co o pięć lat młodsi Czesi. Ta opinia brzmi przerażająco, zwłaszcza jeśli dotyczy nawet Pawła Brożka, w którym widzimy najzdolniejszego gracza młodego pokolenia.

Werner Liczka: - Nie chcę nikogo obrażać, to fakty. Nie ma tutaj warunków do wychowania, całościowego systemu szkolenia, takiego jak we Francji, Włoszech, w Czechach. Moim zdaniem Polacy mają więcej zalet niż moi rodacy, i to zalet idealnych dla współczesnej piłki - agresywnej i szybkiej. Problem polega na tym, że my wiemy, jak uczyć młodzież. Są osobne specjalistyczne kursy wychowania młodzieży. A tutaj? Niech Pan spyta Brożka czy jakiegokolwiek rówieśnika, a odpowiedzą, że nigdy nie mieli indywidualnych zajęć z taktyki. Paweł jest wyjątkowo utalentowany, ale nie miał szczęścia, że urodził się akurat w Polsce.

Gdyby miał to szczęście, byłby dziś takim Milanem Baroszem i jak czeski napastnik grał w Liverpoolu?

- Może nawet zaszedłby dalej, bo ma technikę, koordynację lepszą od Barosza. Niestety, nie przeszedł czterech-pięciu lat systemowego szkolenia. W żadnym polskim klubie nie istnieje długofalowy plan pracy nad szybkością i siłą. Kiedy tu przyjechałem, byłem zdumiony. Ale niedawne seminarium trenerskie [dla szkoleniowców I i II ligi - red.] napawa optymizmem, wyczuwam mobilizację. PZPN i wiceprezes Piechniczek chyba zrozumieli, że zmiany są konieczne, bo umiejętności polskich piłkarzy pozostają niewykorzystane.

Wierzy Pan w to?

- Wierzę. Zresztą cieszcie się, że np. między poziomem taktycznym Legii z roku 2001 a obecnym jest ogromna różnica. Widzę postęp.

Są kandydaci na polskiego Barosza?

- Nie wracajcie wciąż do niego, bo moi zawodnicy to także Galasek, Lastuvka, Jankulovski, Sionko etc. A co do Barosza, to gdy wróciłem z Francji i przyjechałem do Ostrawy, był przeciętnym zawodnikiem. Jeszcze kiedy podpisywałem z nim ośmioletni kontrakt, nie mieścił się w drużynie 15-latków. Nie miał wyjątkowej szybkości, techniki. Tylko głowę miał wyjątkową. To był kawał skur..., zmarnował cztery okazje, to się tak wściekał, że jeszcze kolegów opieprzał. Tak bardzo chciał wygrywać, że kiedy było 5:0, szarpał się o 8:0. Nie zna strachu, także przed odpowiedzialnością.

W Polsce też są tacy?

- W samej Wiśle: Głowacki, Kuzera, Brożek, Zieńczuk, Żurawski, Frankowski - gdyby byli wychowani w innym kraju, należeliby do elity. Mają pecha. Kiedyś spotkałem Brożka na Rynku Głównym. Było gorąco, siedział przy kawie i chwalił się, że wygrali z Czechami na mistrzostwach Europy 3:1 [w finale do lat 18 w 2001 r. - red.]. Pytam go: "A gdzie ty teraz jesteś?". "No siedzę tu, na Rynku. Plecy mnie bolą". Ja na to: "Czesi, którzy z tobą przegrali, są teraz na zgrupowaniach w Hiszpanii, we Włoszech, w Anglii i zapieprzają trzy razy dziennie". To nie jego wina, że nic nie robił. Zawodnik musi spędzić cztery-pięć lat w szkółce, takiej jak francuska Centre de Formation. Każdy bez wyjątku. Zidane też tam był. Pokój cztery na cztery metry, pościel, łóżko, zlew, prysznic. I 300 zł kieszonkowego. O ósmej rano trening, potem szkoła i znów trening. Wtedy w wieku 21 lat jesteś odpowiednio wyedukowany. Każde zajęcia prowadzi specjalista od czegoś innego. Kiedy pan zachoruje, przyjdzie do mnie? Nie, do lekarza, który pięć lat harował, żeby móc leczyć. A w Polsce zawodnik dostaje profesjonalny kontrakt, choć nie jest profesjonalnym zawodnikiem. To nienaturalne. Właściciel wymaga, by był szybki, silny, mądry, dobry technicznie. Ale skąd on ma to wszystko umieć?

Poziom polskiej ligi się obniża?

- Idzie w górę. Było gorzej. Polska piłka jest bliska sukcesów. Nie wiem, czy będziecie czekać trzy, pięć czy osiem lat, ale się doczekacie. Trzeba jeszcze trochę zmian - podgrzewanych boisk, lepszej organizacji. Ale o waszą piłkę się nie obawiam.

Na czym Pan opiera optymizm?

- Na piłkarzach. Naprawdę macie materiał!

Co po talentach, jeśli nie będą dobrze szkolone?

- Muszą być. Widzę sporo młodych, zdolnych. Jak trener Zieliński w Legii, jak Wleciałowski w Górniku. Ostatniego dobrze poznałem i zapewniam, że to już dziś fachowiec. Dalej: Grzegorz Mielcarski, Marek Koźmiński, Groclin, Amica.

Znalazł Pan w naszej lidze coś, co by Pan przeniósł do Czech?

- Zawodników. Ich chęć do pracy. Kiedy przychodziłem do Wisły, to się bałem zgrai gwiazd, która nie będzie w stanie męczyć się nad taktyką tyle, ile trzeba. Okazało się, że tym sprawom mogę poświęcić więcej czasu niż w Czechach! Nasza mentalność to niechęć do taktyki, jak robiłem tam zajęcia z wideo dłuższe niż 30 minut, wszyscy zasypiali. Tutaj nie ma problemu.

Zazdroszczę wam też naturalnych zdolności - my wybieramy z węższej grupy ludzi, bo was jest cztery razy więcej. Dam przykład: sprowadzony właśnie Vidliczka był w czeskiej lidze w trójce najszybszych graczy. A tu mu od razu powiedziałem, że w samej Wiśle jest co najmniej siedmiu-ośmiu szybszych. Bał się przyjść na pierwszy trening. Polscy piłkarze mają wrodzoną dynamikę, umiejętność słuchania. Jak dodać do tego technikę i taktykę, jest wszystko, co potrzebne we współczesnej piłce.

To dlaczego nie chcą ich wielkie kluby?

- Nie macie image'u. Brakuje sukcesów, to o was zapomnieli. Wasza liga ich nie obchodzi.

Czeską oglądają?

- Bez przerwy. Czeski zawodnik ma markę, jest inteligentny, zdyscyplinowany, bardzo dobry taktycznie.

Wiedzą, że nie będzie go trzeba uczyć wszystkiego od zera?

- Tak. Jak Czech wyjeżdża, to nie wraca. 80 proc. z nich się udaje - czy w Anglii, czy we Włoszech. Polakom - nie. Udaje się co dziesiątemu, co piątemu. Wisła np. skupowała młodych, zdolnych. To dobry pomysł, ale oni nie mogą od razu grać w pierwszej drużynie. W Baniku Ostrawa wszystkie kategorie wiekowe miały takie same warunki jak seniorzy, łącznie z minimum dwoma zgrupowaniami zagranicznymi rocznie. Każdy junior grał okrągły rok na zielonej trawce, wygrywał turnieje z Ajaksem Amsterdam i innymi sławnymi klubami. I Banik daje bez przerwy po 18 piłkarzy reprezentacjom Czech, poczynając od zespołu 15-latków.

I my się zbliżamy do momentu, w którym powstanie system?

- Seminaria trenerskie są bardzo ciekawe. Na mój wykład na AWF przyszło 300 osób. To w Czechach niemożliwe. Ludzie są, ludzie chcą, tylko warunków nie ma.

Za ile lat Wisła dogoni Spartę Praga?

- Sparta z zysków w Lidze Mistrzów zbudowała fantastyczny ośrodek, gdzie jest hotel, osiem boisk - także sztuczne - i wszystkie w takim stanie jak główna płyta w Krakowie. Kosztowało to sześć milionów euro. W klubie jest 300 zawodników, którzy mają codziennie sto procent warunków sportowych. Wniosek? Wisła nie dogoni Sparty nigdy. Najpierw musiałaby mieć takie same warunki. A jak będzie nad nimi pracować, prażanie będą robić nowe rzeczy i wam uciekać.

No to Pan zachęcił, aż się chce pracować...

- Czesi mają 51 szkół sportowych. 38 ośrodków sportowych. Czyli codziennie 15 tysięcy chłopaków ma takie warunki jak wasz pierwszoligowiec, wybitny gracz.

Jak Maciej Żurawski?

- Takie same. Są sztuczne boiska, internaty, szkółka i piłkarska, zwyczajna szkoła. No i wszystko dotuje państwo. Już w momencie upadku komunizmu byliście daleko z tyłu, bo pierwsza taka szkoła powstała w Ostrawie w 1978 roku.

Wisła musi awansować do Ligi Mistrzów, by zarobić na centrum treningowe?

- Nie wystarczy. Baza Wisły musi być częścią większej całości, systemu. To musi iść z góry, od PZPN. Zresztą PZPN nie ma już wyjścia. Polska piłka ma pieniądze, tylko trzeba po nie sięgnąć. Potem wygrywać w Europie, Sparta w ten sposób zarabia rocznie 5 mln euro. Tylko że te pieniądze muszą pójść na inwestycje.

Obecną Wisłę, po osłabieniach, stać na awans do LM?

- Ci piłkarze umieją znacznie więcej, niż wskazuje aktualny poziom drużyny. Mamy olbrzymie rezerwy. Jeśli ci ludzie będą chcieć, nie zabraknie ambicji, mogą się wciąż rozwijać. I młodzi, i starzy. Jednym z problemów jest wpływ mediów. Tutaj między piłkarzami a dziennikarzami jest fałszywa przyjaźń. Za bardzo się lubią.

Czescy dziennikarze często się skarżą, że piłkarze z nimi nie rozmawiają.

- To naturalne. Tam zawodnik odwraca głowę, kiedy dziennikarz go woła. Prasa musi oceniać surowo, sprawiedliwie, a nie tylko kreować gwiazdy. Tak jest wszędzie. Gdyby i tu prasa pisała nieprzyjemną prawdę, to byłoby dobre dla piłki. Brakuje nacisku mediów na zawodników. Jestem zszokowany, że ktoś wraca do klubu z czterema-pięcioma kilogramami nadwagi, a nikt nie zwraca na to uwagi, jakby to było normalne. Piłkarz idzie pić i też nic. We Włoszech by go rozerwali na strzępy!

Są w lidze tacy, którzy mogliby latem wzmocnić Wisłę i pomóc awansować do LM?

- Dwóch, trzech. Problem w tym, że kto jest dobry, ucieka na Zachód.

Dobrze robią?

- Taki Mila musiał coś zmienić, bo stanąłby w miejscu. Mógłby rozwinąć się w Wiśle, może to zrobić w Austrii Wiedeń. Ale już np. w takim Bordeaux nie miałby szans. Żadnych. Jest nieprzygotowany taktycznie, mentalnie, ma złe nawyki, styl życia itp. Nie wszystkie szczegóły znam, ale poznałem już trochę polskich piłkarzy. Przepaść między Groclinem a Bordeaux jest zbyt wielka, by pokonać ją w trzy miesiące. A więcej czasu na Zachodzie nikt nie da.

Zasłynął Pan jako pierwszy u nas trener, który pilnuje diety piłkarzy. Wiślakom też Pan zaglądał do talerzy?

- Oczywiście. Źle jedli. Problem polega na tym, że oni pytają: dlaczego mamy nie jeść jajek czy hamburgerów, jeśli wygrywamy? Tłumaczę, że od nich wymaga się zwycięstw w Europie, nie w Polsce. Na razie więc niczego nie wygrali. Najtrudniejsze to przekonać ich, by pilnowali się także w domu. To nie chodzi tylko o dietę, ale o cały tryb życia. Marzę, by spędzić w Wiśle sporo czasu i zmienić wszystko. Niech piłkarz przyjeżdża do klubu na śniadanie, dostaje plan dnia, przychodzi na trening przygotowany. Nie bawi się komórką, nie rozkojarza - tak jak na Zachodzie.

Czuje Pan wyjątkową odpowiedzialność, prowadząc Wisłę - nadzieję całego kraju?

- To raczej wyjątkowe wyzwanie, nie ciężar czy presja. Myślę długofalowo, choć wiem, że jak przetrwam 2,5 roku kontraktu, to będzie sukces. Polacy są niecierpliwi, nie lubią czekać na efekt, chcą go natychmiast. Nie rozumieją, dlaczego Austriacy i Czesi grają w LM, a oni nie. Tymczasem to logiczne. W każdym razie celem jest awans, a także to, by zostawić po sobie coś więcej. Żeby klub zrobił postęp sportowo-organizacyjny.

Zdaje sobie Pan sprawę, że wielu polskich kolegów po fachu życzy Panu bardzo źle?

- W Czechach też (śmiech). Ale poziom złych emocji się zmniejsza, kiedy poziom piłki się podnosi. Ludzie zaczynają rozumieć, że można kogoś nie lubić, ale trzeba uważnie słuchać innego zdania. Ja zabieram miejsce pracy Polakom, ale czy Polacy tego nie robią? Pan Kasperczak, Smuda też pracowali za granicą (śmiech).

13 lat czekamy na gola Polaka w lidze angielskiej. Kiedy się doczekamy?

- To także kwestia generacji i mody. Wy mieliście genialne pokolenia w latach 70. i 80. Kiedy byłem asystentem trenera czeskiej kadry w 1993 roku, byliśmy około 20. miejsca w rankingu FIFA i czterech-pięciu piłkarzy grało za granicą. A raczej siedziało na ławce. Minęły trzy lata, awansowaliśmy na trzecią pozycję i od tamtej pory proporcje się odwróciły. Czterech kadrowiczów gra w kraju. Potrzebujecie sukcesu.

Tymczasem polska piłka wciąż jest krok za czołówką. Ligowcy dopiero co przeszli z systemu 3-5-2 na 4-4-2. Kiedy to się stało w Czechach?

- Byłem pierwszy, jesienią 1996 roku. Wdrażałem go w pięciu zespołach Banika Ostrava równocześnie. Dziennikarze pytali, co ja wyprawiam, że brakuje przystosowanych do nowego graczy. Dziś cała czeska liga tak gra. U was dzieje się to samo.

Tylko dziewięć lat później...

- Dlatego impuls jest potrzebny. W Czechach reaguje się na nowinki szybciej, i wy się nauczycie.

Tego Pan uczy Wisłę?

- Mam kilka celów: obrona tytułu, najważniejszy letni egzamin w eliminacjach do LM i wprowadzenie nowej filozofii pracy - od spraw piłkarskich, przez nawyki zawodników, po traktowanie klubu jak firmy. Musimy przyciągnąć ludzi na stadion, bo oni przyciągną pieniądze. I wydobyć z tych zawodników wszystkie umiejętności. Jak patrzę na Arka [do kawiarenki Wisły wszedł Głowacki - red.], to widzę świetnego obrońcę, najlepszego w Polsce. Jeśli nim nie będzie, znaczy, że robimy coś źle. Daję słowo: Wisłę stać na wiele, wiele więcej.

Rozmawiał Rafał Stec

Heh. Od lat to mówię: Szkolenie juniorów...