PDA

Zobacz pełną wersję : Jak dokopaliśmy dumnym Anglikom



c_zary
07-06-2003, 02:17
Znalazlem to na gazeta.pl:

Równo 30 lat temu pokonaliśmy piłkarską reprezentację Anglii. Po raz pierwszy i - jak dotąd - ostatni. Miło, że zdarzyło się to właśnie na Stadionie Śląskim.

Polska kadra trenowała przed meczem na zgrupowaniu w Kamieniu, kilka kilometrów od centrum Rybnika. "Boisko, basen, dobre warunki mieszkaniowe, jeszcze lepsze wyżywienie" - zachwalał "Sport". Działacze zadbali także o morale drużyny, ściągając do Kamienia eksperta-ekonomistę, który przybliżył naszym piłkarzom aktualną sytuację gospodarczą Wielkiej Brytanii.

Angielska ekipa zjechała do Katowic dwa dni przed meczem. Zamieszkała na 10. piętrze hotelu "Silesia", wówczas najlepszym w mieście.

W społeczeństwie panował przed meczem umiarkowany optymizm. Anglia to była przecież piłkarska potęga. Mistrz świata z 1966 roku. W składzie same sławy: Bobby Moore, Martin Peters, Colin Bell, Alan Ball czy Emlyn Hughes. Na wyobraźnię polskiego kibica szczególnie działały migawki z angielskich boisk w telewizyjnej "Sportowej Niedzieli". Efektowne gole, parady bramkarzy, walka o każdą piłkę - to budziło respekt. Polska do tej pory mogła się pochwalić jedynie złotym medalem na igrzyskach, ale olimpijski turniej piłkarski w tamtych czasach był tak naprawdę mistrzostwami krajów socjalistycznych.

W środowe popołudnie 6 czerwca 1973 roku na Stadionie Śląskim zasiadło prawie 90 tysięcy widzów. Nierzadko podpitych, co było prostym efektem wielogodzinnej podróży zakładowymi autokarami z najdalszych zakątków kraju.

Jeszcze przed meczem zdrowe męskie emocje wzbudził występ 100-osobowej dziewczęcej orkiestry reprezentacyjnej Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych. O godzinie 17.30 rozpoczęła się gra. Pierwszy gol uradował, ale i podzielił kibiców. Kto był jego strzelcem? Po latach Jan Banaś opowiadał o tym "Gazecie": "Na pewno nie Robert Gadocha, bo on mocno centrował piłkę po ziemi. Ja z Moore'm walczyłem o piłkę, wszedłem wślizgiem i piłka wpadła pod poprzeczkę. Po golu zaraz pobiegłem do Roberta podziękować za dokładne podanie. Na następny dzień wszystkie śląskie gazety przypisały gola mnie. Po latach, kiedy wróciłem do Polski, dowiedziałem się, że statystycy nie wiedzą, komu zaliczyć tę bramkę".

Przy drugim golu wątpliwości już nie było. Zawalił Moore, któremu Włodzimierz Lubański odebrał piłkę i po chwili trafił nią do siatki. Prowadziliśmy 2:0! Potem zdarzyły się jeszcze dwie dramatyczne historie.

Pierwsza - poważna kontuzja Lubańskiego, który po starciu z Royem McFarlandem został odwieziony do szpitala. Od tej pory McFarland był dla polskiego kibica uosobieniem piłkarskiego brutala. Nazwać kogoś McFarlandem było obelgą w niezłym stylu. Nie zmieniła tej oceny późniejsza wypowiedź Lubańskiego: - Nie mogę powiedzieć żebym został przez niego "skoszony".

Druga - obie drużyny faulowały aż miło. Nerwowo nie wytrzymał dopiero Anglik Ball, który zamierzał pobić naszego Lesława Ćmikiewicza. "Daily Mirror" pisał: "Szczytowy moment frustracji nadszedł 12 minut przed końcem gry. Wiele wcześniejszych decyzji sędziego Paula Schillera mogło dziwić, co prawdopodobnie przyczyniło się do spalenia bardzo słabego bezpiecznika temperamentu Alana Balla".

To był naprawdę piękny dzień. Po raz pierwszy i jak się później okazało ostatni pokonaliśmy przecież Anglików. Co ciekawe, czerwcowy mecz miał być dla Kazimierza Górskiego ostatnim w roli szkoleniowca reprezentacji. Górski pracował wtedy na etacie w Łódzkim Klubie Sportowym, a kadrę trenował spolecznie. Po takim sukcesie Górski dał się jednak namówić do zmiany decyzji. I bardzo dobrze, bo zwycięstwo nad Anglią rozpoczęło fantastyczną serię polskiej piłki, zakończoną medalem na mistrzostwach świata w 1974 roku.

Nazajutrz TVP powtórzyła przed południem mecz dla drugiej zmiany, a gazety prześcigały się w wymyślnych tytułach. Najbardziej pompatyczny dał chyba "Sport": "Biało-czerwoni zachwiali potęgą Albionu". Na pierwszej stronie "Trybuny Robotniczej" najważniejszym wydarzeniem było natomiast spotkanie Edwarda Gierka z delegacją Światowej Federacji Kobiet oraz referat premiera PRL na sesji RWPG zatytułowany "Pogłębianie socjalistycznej integracji istotnym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski".

Organizatorzy meczu podliczyli zwroty biletów. Okazało się, że nie zostało odebranych prawie 2 tysiące kart wstępu (m.in. po 30 zapłaconych biletów nie zgłosiło się Liceum Ogólnokształcące Nr 1 z Zabrza).

Już po kilku dniach w kioskach "Ruchu" pojawiły się biało-czarne pocztówki z meczu. Właśnie na podstawie jednej z nich wykonałem na lekcji wychowania plastycznego techniką kredki świecowej rysunek angielskiego napastnika Martina Chiversa bezpardonowo atakującego bramkarza Jana Tomaszewskiego. Nie muszę dodawać, że Chivers był na moim rysunku odrażającym typem o czerwonej twarzy. Praca ze względu na walory artystyczne i patriotyczne została oceniona oczywiście na ocenę bardzo dobrą. I to był jeszcze jeden, bardzo osobisty, pożytek z polskiego sukcesu na Stadionie Śląskim.

Ciekawe kiedy doczekamy sie nastepnego zwyciestwa nad Angolami :/

Unico
07-06-2003, 09:16
[...]Ciekawe kiedy doczekamy sie nastepnego zwyciestwa nad Angolami :/

Nie w tym pokoleniu :> Najwcześniej za 100lat...

Dżon Łejn
07-06-2003, 11:12
[...]Ciekawe kiedy doczekamy sie nastepnego zwyciestwa nad Angolami :/

Nie w tym pokoleniu :> Najwcześniej za 100lat...


Unico jak możesz tak myśleć ty McFarlandzie ;)