PDA

Zobacz pełną wersję : Opowieść o wierzb warkoczach, o dziewczynie...



Pawełek
10-05-2013, 19:59
„Na harmonijce gra kaleka
o wierzb warkoczach
o dziewczynie”
Zb. Herbert

Ona nigdy nie była u nas nikim znanym. Pojawiała się przy Łazienkowskiej w zasadzie głównie z powodu znajomości ze mną. Na każdym jednak meczu zawsze doskonale się bawiła. W 1989 roku zaliczyła z nami wakacyjną eskapadę do Zabrza, o której wspominałem kiedyś w swoich opowiadaniach. To był jej debiut na wyjazdowym szlaku i zarazem ostatni na nim krok.

W poniższej opowieści nie będzie kibicowskich fajerwerków. To raczej pełna uparcie wracających wspomnień refleksja, że w życiu warto dołożyć wszelkich starań, aby czasem to, co dla nas naprawdę najważniejsze, nie przeciekło nam w ostatniej chwili przez palce. Bo potem pozostają tylko myśli bezsilnie plączące się jak warkocze wierzb...

***

Otworzyła. Wewnątrz panował zgiełk, a od papierosowego dymu było zupełnie siwo.

- Ooo! - zawołała z przekąsem. - Długo kazałeś na siebie czekać…

Nawet nie wiem, czy powiedziałem jej „cześć”. Przede wszystkim gwałtownie starałem sobie wytłumaczyć co ja o tej porze robię tutaj w tym miejscu. Odpowiedzi jednak nie znalazłem.

Oparła się zalotnie o futrynę i przeciągnęła po mnie powłóczystym spojrzeniem. Pierwszy raz w życiu patrzyła na mnie w sposób o jakim dawniej wprost śniłem. Spojrzała mi w oczy. Tak mocno, że coś zakłuło mnie w głowie.

- Jak kręciła się wokół ciebie ta Martynka, to czułam się bezpieczniej… A teraz… Poważnie myślisz, żeby się z nią ożenić? Bo ja przecież nie twierdzę, że jestem z nim szczęśliwa. Wiesz… mówiłam ci, że chcę trochę pożyć, popróbować, może wyżyć się, ale ja wiem, że to przecież ty jesteś…

- Marta, daj spokój… - przerwałem jej. – To nie jest kolejna panienka… A to prawda. Dobrze wiedziałaś, że długo na ciebie czekałem… Bardzo długo. Wiem jaki mieliśmy układ… ale… Ty wolałaś szaleć. Zobacz jak wygląda twój dom… Co tu się znowu dzieje? No przyjrzyj się dobrze i sama to wszystko oceń. Ja naprawdę musiałem to wszystko pozmieniać…

Z wnętrza mieszkania dobiegały dźwięki jakiegoś techno i pijackich dyskusji.

- Przejedźmy się – powiedziała z niebotyczną wręcz namiętnością. – Pamiętasz jak uczyłeś mnie prowadzić samochód? Jak wjechałam w te krzaki w Powsinie? Porysowałam ci cały bok, a ty mnie przytulałeś, głaskałeś i prosiłeś, żebym się nie martwiła. Że to tylko samochód, że pieniądze nie mają znaczenia. Taki cały ty… Pokażę ci jak sobie teraz dobrze radzę…

- Dziewczyno, jesteś kompletnie pieprznięta, przecież jesteś naszprycowana i to chyba nie tylko gorzałą...

- Nie tylko… – uśmiechnęła się. – Ale to dzięki tobie mam prawo jazdy…

- Nie ma mowy, zaraz idę do domu… Zresztą zdaje się masz sporo gości.

- Teraz nie obchodzą mnie oni – powiedziała z wyraźnym naciskiem na to ostatnie słowo.

- Nic a nic? A co cię teraz, akurat w tym momencie obchodzi?

- Mnie? – skrzywiła twarz w uroczym grymasie. – Może to, że wychodzisz od niej i… trafiasz do mnie… A jednak, nieprawdaż…?

Patrzyłem na nią. Jej oczy błyszczały jak gwiazdy. Pachniała mocnym, markowym alkoholem. Nigdy nie była wobec mnie taka wyzywająca. Przyciągnęła mnie za kurtkę i pocałowała. Zrobiła to tak, że przez chwilę wszystko we mnie zgasło. Wplotłem palce w jej włosy. Całowaliśmy się, a ja straciłem poczucie rzeczywistości.

- Nie zaczynajmy czegoś, czego nie możemy dokończyć – szepnęła.

Odepchnęła mnie i zatrzasnęła drzwi.

Leżałem w łóżku i nie mogłem w sobie nic uporządkować. Nalałem sobie szklaneczkę czerwonego wina. Jego głęboka wytrawność zaczęła mnie wybudzać z doświadczanego letargu. Zapowiadała się kolejna długa noc… A gdyby mnie nie wypchnęła, albo jakbym z nią wsiadł w ten samochód – czy właśnie tej nocy zdradziłbym najwspanialszą dziewczynę, bez której jeszcze przed godziną nie wyobrażałem sobie po prostu niczego? W ogóle po co tam poszedłem? Jak to się stało, że się tam znalazłem? Przecież prawda była taka, że szedłem do siebie, a ocknąłem się na jej progu po tym jak już zadzwoniłem do drzwi… Co się dziś mogło wydarzyć…? Przecież do teraz byłem wszystkiego tak pewny…

O szóstej rano obudził mnie jazgotliwy dźwięk dzwonka i łomot do drzwi. Otworzyłem. Na progu stała zapuchnięta od płaczu Magda.

- Marta nie żyje, Paweł, ona nie żyje, rozumiesz?! Zabiła się!!! Wczoraj… dzisiaj.,. nad ranem…

Przestałem cokolwiek czuć lub być może jedyne co czułem to była krzycząca we mnie bezgraniczna pustka…

Skamieniałem.

***

- Dajcie mi kluczyki! Gdzie one są?! Muszę się przejechać!

- Marta, wyluzuj, napij się… Kto to był?

- Teraz już nie ważne kto… Nic już nie jest dziś ważne, nic…

- Eeej, pilnujcie żeby nie wychodziła… Nie dawajcie jej żadnych kluczyków…

Wybiegła na podwórko gubiąc na schodach niebieskie klapki. Ruszyła bardzo ostro, o mało nie przejeżdżając wyprowadzanego na spacer psa. Gnała w stronę Śródmieścia, ale w pewnym momencie zawróciła. Mknęła Puławską… Gdy mijała Wałbrzyską miała ponad sto dwadzieścia na liczniku…

Policja nie miała żadnych wątpliwości. Z tym stężeniem alkoholu we krwi nie można było nie zauważyć tej wysepki. Trzeba było specjalnie na nią wjechać. Na pewno też nie zasnęła za kierownicą. Była pod zbyt silnym działaniem innych środków pobudzających…

Zrobiła to z pełną premedytacją.

Ostatnią rzeczą jaką widziała w życiu był wielki szynowy słup podtrzymujący tablicę drogowskazu na Ursynów i Piaseczno…

Uderzenie było tak silne, że akumulator jej samochodu leżał kilkadziesiąt metrów dalej…

Jej zmiażdżone ciało przez kilka godzin wycinali z wraku strażacy…


____________