PDA

Zobacz pełną wersję : Wspomnienia z wakacji



Pawełek
12-12-2003, 14:32
Poniższy tekst MaxyM’owi dedykuję...


„Wakacje 1986” – opowiadanie z cyklu „Nie ma zabawy i nie ma radości bez ostrego bólu wątroby i kości”

--------------------------------------------------------------------------------------
Piwo – biopaliwo w składzie: słód, chmiel, woda - niezbędne do funkcjonowania uduchowionych organizmów.
--------------------------------------------------------------------------------------

Zdobyć piwo za komuny to był nie lada wyczyn. W Warszawie w latach 80-tych formowaliśmy zwykle dwie grupy „Północ-Południe” i „Wschód-Zachód”.
Pierwsza z nich penetrowała miasto w poszukiwaniu browca posuwając się od Ursynowa – czasem aż po Hutę; druga zaś ruszała z Jelonek trafiając czasem aż na Zacisze. Często spotykaliśmy się w Centrum w „Sezamie”, gdzie źródło biło w miarę regularnie, ale nie zawsze dla nas był dzień dziecka, więc się trzeba było najeździć...
Mary (czyta się tak jak się pisze) z Jelonek – dnia pewnego ogłosił bunt : Ja to p*** Na wakacje jedziemy do Pepików – Się załatwi... Mam znajomka w Almaturze...
Na samą myśl o tamtejszych piwach dostaliśmy ślinotoku, a Mary obiecał solidnie drążyć temat. Po miesiącu było jasne – jedziemy na dwa tygodnie do Brna podpięci pod jakąś studencką ekipę. Zapowiadał się raj na Ziemi.
Do dnia wyjazdu przygotowywaliśmy się tydzień: Pewex – wódeczka, zapasy piwka te sprawy. Dali nam po 800 koron wymiany, ale każdy z nas miał ponad dwa koła tego blitu.
W ogóle to były czasy gdzie kasa nie stanowiła problemu, cudem natomiast było kupienie czegokolwiek. Nawet jak się było jeszcze nastolatem można było łatwo nakosić trochę siana – no to nakosiliśmy...

Miało nas jechać ze sześciu, otstatecznie stanęło na trzech. I tak w godzinie „W” na dworcu Warszawa Gdańska zameldowaliśmy się: Mary, Tymek i ja – każdy z pokaźnym plecaczkiem. Ja miałem 16 lat, chłopaki po 17. Upał jak z Kuriera wycięty, ale co tam – mamy piwo ! No to po piwku – chlupes – aaach, dobre, czerwone „Warszawskie”. Nikt nie zważa że ma ono temperaturę wulkanicznej lawy. Wszak ważne jest, że w ogóle jest – taki ustrój !
Pyk – drugie okrążenie... Podstawiają pociąg – tłum wali drzwiami i oknami do tegoż składu – a my na spox – walimy kolejne...
Opierniczyliśmy po cztery – ufff, gorąco – trzeba się zbierać.
Atakujemy pociąg...
Oczywiście wszystkie przedziały zajęte, ale nieregularnie: tu 3 osoby, tam cztery. Mary mówi do mnie – Mam pomysł zakładaj sza(L)ik. No to przywdziałem swoją barwówę długości zdaję się 2,3m, Mary wziął łyk browca do ust – i wskazuje paluchem na przedział, gdzie siedziały grzecznie dwie parki. Skumaliśmy w lot: przybraliśmy półprzytomne wyrazy twarzy i wbijamy się do tego boksu z wrzaskiem: - „LEGIA WARSZAWA !!!” Tam oczywiście mała konsterna, a Mary wykłada się jak długi na podłogę i zaczyna coś go niby rzucać. Tymek w panice: - O kur*** chyba się wyrzyga. Ja w amoku zapodałem: „Tańczymy Labada”, Mary buchnął na podłogę tym piwem co przechowywał w ustach i... jedna z parek zniknęła.
Zdziwiło nas trochę, że nie wszyscy, no ale co tam... Kitramy te bagaże na górę, koleś ten co został z panną patrzy tak na nas spode łba – my sadowimy się wygodnie i heja ! coś łykniem !
Wyciągamy Wyborową i Ptysia (w tym momencie pociąg ruszył), szkło przygotowane – lejem – a ja pytam tego co się tak patrzy, czy może lufkę. On, że czemu nie, jego panna też pobrała – nie minęliśmy jeszcze stacji Wwa Zachodnia – jak Borewicz (pojemność 0,7 l ) zdechł. Już wiemy, że ten gostek to Marek ze Skierniewic i z panną sobie jadą tam gdzie my, no i że też lubią się bawić – a w dowód kolejna flacha, tym razem z ich plecaka.
Do przedziału wbija się kolo, ze 30 latek (stary się wtedy wydawał) – szuka miejsca, bo towarzystwo z którym jedzie nudne jakieś. My już rozluźnieni, pytamy go tylko o „kapitał zakładowy” – a że ma – to mówimy żeby siadał.... Pociąg stuka, wóda się leje, w Radomiu drzemy się „CeeeeeCeeeeeCeeeeWuuuKaa - CeeeeWuuuKaaeeeeeS LEGIA !!!”
Mary jeszcze rzuca się do okna, ale za późno – klęka zatem i haftuje wewnątrz pod oknem do i tak już przepełnionej śmietniczki.... i tyle.... stop klatka...

Budzę się pierwszy... Ciemno... O Jezu... Jesteśmy już tylko we trzech. Tymek śpi na siedząco w systemie „na popielniczkę”, a Mary skulony jak dziewczynka z zapałkami, śpi lub nie śpi „na hydranta”, znaczy się rzyga...
Podnoszę nogi z podłogi – i motyw nie do uwierzenia- cała podłoga w przedziale jest w pawiu i tylko ślady po moich adikach są suche. Oprzytomniałem i.... oblepił mnie makabryczny smród – patrzę: ja pier****, mamy zamknięte okno (!!!). Drę się na Tymka – ten budzi się, baranieje, obcina, podnosi nogi – ten sam motyw... Dopadamy do okna łapiąc tlen jak najlepsze zioło... Nawiązujemy kontakt z Marym, lecz jego odpowiedzi to „łełe błe, *****. Błełe” I tak w kółko. Po jakimś kwadransie przestał się wreszcie „uzewnętrzniać” i co nieco zajarzył - wydaliśmy mu więc rozkaz ogarnięcia bajzlu i Tymkiem poszliśmy na korytarz. Wracamy za parę minut i ... kolejna rzecz wydająca się być niemożliwa....
Nie wiem czy pamiętacie jaki bajer było mieć kiedyś chińską flanelową koszulę w kratę...
No i Mary taką miał – nówkę ! W niebiesko-granatowo-białą krateczkę. I nówką ową wytarł do sucha (tak nam się zdawało) zabejowaną podłogę... po czym na nasz widok dumnie stwierdził wskazując na ociekającą szmatę, która przed chwilunią była nowiuteńką koszulą: „Muszę ją uprać !” I poszedł...
Wygrzebaliśmy z Tymkiem jakąś flachę. Trafiliśmy na „Bałtyk” – po szklanie i lulu. Budzi nas łomot – Mary wrócił i zaliczył glebę, no ale koszuline wyprał. Tyle, że trzeba ją wysuszyć. Wpadliśmy komisyjnie na pomysł, że i tak już zimno się zrobiło, więc można przyciąć ją za kołnierzyk oknem to pęd powietrza ją wysuszy. Tak zrobiliśmy, jeszcze kolejeczka i... próba snu.
Pociąg stuka, ja otwieram oko – i wyhaczam taką scenę: Maremu pęcznieje pysk – rzuca się do okna i równocześnie z pawiem wydobywa się z niego skowyt: „Moja koszuuulaaaa !!!!” No cóż, logiczne – otworzył okno – więc sobie pofrunęła. Chłopak wpadł w tzw. moment załamania...
i jeszcze długo stał w oknie, a pawisko sikało z niego jak krew ze świni.
Potem zachciało mu się lać. Jako że nie za bardzo łapał pion – odprowadziliśmy go do kibelka. Czekamy, czekamy... znów rzyga. Zapewnił nas, że sam da radę, więc wróciliśmy. Nie bardzo się jednak dało, po zmianie atmosfery, wysiedzieć w naszym przedziale - zatem stoimy w korytarzu. Idą jakieś dwie fajne maniurki, nieco starsze, ale podbijamy z bajerem – one „cha cha cha, hi hi hi” i poszły w stronę kibla...
Za chwilę obie z przeraźliwym wrzaskiem „Zboczeniec !!!” ewakuują się z powrotem.
Patrzymy – obijając się na lewo i prawo idzie Mary... Może i się wyszczał, na zdrowie – ale na pewno nie schował (!!!)
Położyliśmy się z rechotu – uświadamiamy go co i jak, a on na to: „Więcej luzu, wakacje są, nie ?”
Powoli zbliżaliśmy się do granicy....

Polacy specjalnie się nami nie zajmowali. Jakiś celnik, widząc stan naszej miejscówki powiedział tylko: „Po tamtej stronie macie przej****. To czeski pociąg”. Wrażenia jednak na nas nie zrobił.
Za szybą widzimy tablicę „KARVINA” – ocho, to się pewnie zacznie. Mary znów nieprzytomny - przeżywa kolejne ścięcie. Wchodzi ichniejsza celniczka. Na widok nastu butelek po wódce i ich konsekwencji wpada w dziki szał. Tymek grzecznie ją informuje żeby spier****ła, a ta wybiega mieniąc się jak kameleon. Po chwili na korytarzu wybucha ożywiona polsko-czeska dyskusja. Wychlam łeb – a tam z ośmiu mundurowców służb granicznych. Słucham – i własnym uszom nie wierzę: nie można nas wyrzucić, bo to rządowa wymiana młodzieży (!!!) i będzie skandal... Wytrzeźwiałem: w czym ja na miły Bóg biorę udział... ??? Ja im dam wymianę – w tejże chwili zrodziło się we mnie poczucie misji odkomuszenia czechosłowackiej ziemi.. .
Wchodzi jakiś gruby pepicki celnik sprawdza paszporty mój i Tymka, chce pasek Marego, ale ten nie dość, że ledwie żyje to nie możemy znaleść tego cholernego dokumentu... Mary jednak w ostatniej chwili zaskoczył i wyciąga paszport z... przedniej kieszeni dżinsów.... Wiecie jak mógł wyglądać paszport przechowywany w przedniej kieszeni obcislych spodni i po takich przejściach jakie miał Mary.... w każdym razie przypominał papier po kanapkach, czy coś w tym stylu... Grubas wziął ten paszporcik – z obrzydzeniem spojrzał na Marego i rzekł z polska: „Jaki pan taki kram”
I dali nam spokój...
Do samego Brna już spaliśmy. Ocknęliśmy się w ostrym zaduchu i piekielnym słońcu. Koniec trasy – trzeba wysiadać...

C.D.N.....

*PRZEMO*
12-12-2003, 14:42
dobre, a kiedy ciąg dalszy :>?

Koko
12-12-2003, 14:51
Niezle :lo: No i tez czekam na c.d. ;)

MaxyM_
12-12-2003, 16:17
Hehe dobre, nie ma to jak pijackie, wyjazdowe opowieści. :lo:

Sezar
12-12-2003, 16:19
jakbym nie byl takim leniem jakim jestem to tez byc cos skrobnal...ale niestety jestem leniem 8-

MaxyM_
12-12-2003, 19:22
Białka Tatrzańska...

Skład: MaxyM, Bober, Nur, Barton, Pałka i Nowy.


Kiedyś byłem na obozie w Białce Tatrzańskiej... Byłem w wieku Pawełka, a tylko dlatego jechaliśmy na obóz z dzieciakami, że po znajomości mieliśmy taniej... Ojciec kolegi to organizował. Wyjechaliśmy z Centralnego, patrzymy po naszych kompanach podróży, średnia wieku to 13 lat. Gnoje strasznie rozbrykane i rozgadane, drą te mordy jakby co najmniej byli w naszym wieku i po naszym „prowiancie”. Przepchnęliśmy się do przedziału, choć nie obeszło się bez kilku ostrzegawczych szturchańców... Już mieliśmy małolat ekipę nie przychylną nam, wiecie jak czasami gnoje potrafią za skórę zaleźć, a ich siła polega na tym, że nic nie zrobisz, chyba że jesteś jakimś debilem... Na szczęście my byliśmy i jesteśmy normalni, no może akurat pod tym względem normalni. Siedzimy w przedziale i jakiś typ w naszym wieku do nas się wdarł i mówi, że fajnie, bo znalazł kogoś w swoim wieku... Patrzymy na niego, na siebie, na niego, każdy w myślach... Może ma wódę i może fajny typ.
Pociąg ruszył, zawartość plecaków na stolik... Każdy wyjmuję... Wódka, piwa, ogórki... Prowiant wystawiony i każdy teraz patrzy się na „nowego”, co wyjmie... Nowy się zorientował o co chodzi (tak pomyśleliśmy) i wkłada łapę do plecaka... Patrzymy w napięciu... Wyjmuje... Suchą krakowską, bułkę i ogórka i zaczyna wcinać z tekstem nie pijcie, bo nie wolno... Napięcie nam opadło... Jedyne co było pewne to, to że typ z nami już nie nawiąże kontaktu, bo przegapił szansę zawarcia znajomości, a bardziej już nie można było tego spierdolić...
Pijani po pewnym czasie zaczęliśmy rozkręcać imprezę i szukać jakiś maniurek... Po pewnym czasie znaleźliśmy... Młode, bo młode ale szpetne nie były i najważniejsze... Miały radio na baterie, my też mieliśmy, ale baterii zapomnieliśmy kupić. Nowego się z sekcji pijackiej przeniosło do sekcji Chińczyka, warcabów i smerfowych hitów, a radio z dodatkiem przyszło do nas... Grała muzyka, dziewczyny się zawstydzało pytaniami i ogólnie śmiesznie było... Ja poszedłem się przewietrzyć do Warsa... Którego nie było, więc się wkurzyłem jak cały pociąg przeszedłem przeciskając się przez grupki małych pokemonów... Na szczęście na stacji wsiadł jakiś typ i z koszyka sprzedawał piwo, kupiłem... Byłem pierwszym i ostatnim klientem, bo go wywaliła jakaś baba z pociągu mówiąc mu, że to kolonijny pociąg... Patrze się na babę, baba na mnie, a ja sobie spokojnie piję piwo (jeszcze zimne) i trzymam kolejne w łapie. Podchodzi do mnie i się pyta jak śmiem pić piwo... A, że po pijaku dla chamów jestem też chamem, odpowiedziałem... Piję za tych, którzy nie mają odwagi lub są za młodzi. No i się zaczęło... Skąd jestem? Mówię z Warszawy, ale co robię w pociągu kolonijnym... Jadę! Z kim? Ze znajomymi. A gdzie ci koledzy? Kolegów mam na cmentarzu (Psy – rulez). Kto jest moim szefem? A ja w tym momencie odpowiedziałem (co dużo się nie różniło od prawdy) mój szef dba o to, by ci podatki odpowiadały... Baba się czegoś wystraszyła i dała mi spokój... Pewno pomyślała, że moim szefem jest Lepper, a nie ojciec kolegi. Wróciłem, bardziej pijany, roześmiany do przedziału. Impreza trwała dalej... Nad ranem dojechaliśmy do Nowego Targu...

Ale o tym w następnym odcinku.

kamyk
12-12-2003, 19:33
zajebista historia juz bym chciał przeczytac nastepna czesc bo naparwde wciagneła mnie :)

Kempes
12-12-2003, 22:56
Pawełek , świetna rzecz :+:

Jak będzie ze 20 części to książke z tego zrób 8)

Adams_
13-12-2003, 01:50
Wakacje 1997, może 1998… roku nie pamiętam.
Pomysł przyszedł rok wczesniej. W tamtych czasach miałem taka jazde, ze na widok nowej górki otwierała mi się myśl by zjechać z niej na rolkach. Cóż, miałem hopla na tym punkcie. Na Mazowszu górek nie uświadczysz, Warmia zaliczona, czas na góry. Serpentyny górskie to było to, niebezpieczne, szybkie, kręte. Im bardziej tym lepiej. Plan jest, kto chętny? Kolega Kindzior? No to jutro wyjazd. Flaszki, piwa w plecak, fajki w kieszeń i sruu na Wschodnią. Szynowiec do Zagórza to zwykle puszka Pandory. Szczerze mówiąc nie pamiętam co piłem, z kim piłem. Wiem, że piłem i to dużo. Łódź Kaliska, wydarcie ryja „CCEEEEEEWWWUUUKAAAAEEESS” i tyle pamiętam. Obudziłem się w Tarnobrzegu bo jakaś ***** wydarła się, że wlaśnie pod pociąg baba wpadła. Może i wpadła ale czemu ona informuje o tym cały wagon? Pierdole śpie… Okazało się, ze babsztyl zmyślał głupoty bo nie baba a polonez wtoczyl się pod wagon. Tak czy inaczej parę godzin w dupe, prowiant skończył się przed Lodzia, Wars pusty, leb napierdala a ludzi w pociągu w opor. W Zagórzu szybkie piwo dla troli i w dalsza droge nad Soline.
Pogoda nad Solina chujowa na maksa. Ludzi mało, dziewuch też a te co były… szkoda slow. Coz cala rozrywka sprowadzala się do pubu. Calymi dniami piwo, makao, piwo, makao i tak ***** do zajebania czekając na pogode. Raz pawia rzucielm przed namiot bez stresu calkiem bo deszcz zmyl i rano było fajowo. Pare dni trolowania opłacało się, slonce wyszlo, padac przestalo. **** raz się zyje, rolki na nogi i w droge. Kolega Kindzior jeździć w sumie nie umial. O ile do przodu szlo mu nawet sprawnie to o jezdzie do tylu mowy nie było. Lepszy numer, hamowac nie potrafil za gorsz a moje roki (bo w moich rezerwowych jeździł) charakteryzuja się brakiem tego seryjnego gowna doczepianego do każdej nowej pary rolek (podobno to cos to hamulec). Serpentyna nie kulawa, roznica poziomow 100 metrow, długość … **** wie jaka długość, krotka była. Dobra jade, hardcore musi być. Ludziska powychodzily z miejscowych knajp patrzac na debila, który bierze rozped przed zjadem w dol. Zapierdalam z 60km/h w zakrety ledwo wchodząc. Sila odsrodkowa rzucala mnie w przepasc wiec trzeba było ścinać zakrety modląc się by nic z przeciwka nie jechalo. Miałem taka przygode raz w zyciu i dlaczego jeszcze zyje, nie wiem. Kindzior stwierdzil, ze on tez chce zjechac, hamowac będzie na mnie. Super masa do wyhamowania wzrosla o jakies 85 kg, pieknie *****. Za nami baba w samochodzie usiadla na klaksonie wiec chuje i faki poleciały sromotnie w jej strone. Adrenaliny od pyty ale udalo się.
Nastepnego (ostatniego) dnia w najpiekniejsza pogode, zawsze najlepsza pogoda jest na wyjazd, postanowiłem przyszpanowac troche bo ludziskami wypełniła się Solina. Noz, widelec jakies fajne swinki by się wyrwalo. Była jedna taka fajna, okulary sprzedawala z jakims gachem. Typ okazal się bratem panny, dodatkowo kumal klimat bo sam jeździł na rolkach. Zapodałem teksty o ekstremalnej zjezdzie serpentyna, panna zlapala bajer a ja poczulem się pierdolonym mistrzem. Gorka dluga, dosc szybka i do tego panna ze swojego miejsca mogla mnie obserwowac. W to mi graj! Jako, ze cieplo było i nie przewidywałem ekstremy, nie wziąłem ochraniaczy. Srruu w dol. Tylem a jak! ***** szybko…. Za szybko… no nie wyhamuje, trzeba zrobic 1/8 (obrot o 180C). Nie wiem ile zapierdalalem ale z 30km/h to z cala pewnością. 1/8 zrobilem ale tlowiem, roki się potknęły jedna o druga i zrobily w sumie 90C o polowe za malo. Efekt był taki, ze bez koszulki (miał być pelen bajer) wyladowalem na „Jezusa”. Prędkość wytracilem po paru metrach zostawiac przy tym pare deko skory na asfalcie. Szczerze mówiąc od palcow do łokcia, na kolanach, brzuchu i na brodzie skory nie było. Kolo padl ze smiechu, panna z przerażenia a ja zmylem się czym prędzej bo ludzie zaczeli po karetke dzwonic. Doczłapałem się do „swojego” pubu, podszedłem do barmanek (aaa zapomanialem napisac,o fajnych barmankach) a te w placz. Hyyy mysle sobie teraz się mna zajma. Oj kurna i to jak! Rozebraly mnie, przemyly rany itp. Czulem się bosko, bol ustąpił.
Droga powrotna miala być koszmarem. Ludzi na peronie jak za komuny w miesnym. Trzeba cos zrobic. Plan jest prosty, wbijamy się do szynowca i robimy chamowe. W przedziale szybko zaslony poszly w ruch, paczka chipsow i pol piwa na podloge. Nakopciłem fajurami i w takim klimacie rzuciliśmy się na kanapy. Ja dla efektu zdjalem opatrunek i wystawiłem lape prosto do drzwi (a lapa wyglądała okropnie). Nikt ***** nie wszedł! Jogibabu i brawo Jasiu! Głupio było do kibla isc bo ludzi na korytarzu tyle co z Lodzi do Wawy o 7 rano. W Sanoku ruskie z siatami (te takie dwutonowe torby) wsiadły. Jedna taka baba wjebala nam się do przedzialu, już ma torbe tachac … popatrzyla się i rzucila: „zdjes pijut i pijut *****”, zabrala toboly i paszla w pizdu. Radom, lesniczy chodzil bilety sprawdzac. Doszedł do naszego przedzialu i wpadl w szal. „Ja pierdooole ludzie tu spia na stojąco a tu ***** we dwoch lezycie jak paniska! Ludzie! Tutaj jest 6 wolnych miejsc, wchodzic! … Nikt nie chciał i do Wawy dojechaliśmy nachlani, wyspani :D

PS: Nastepna opowiesc bedzie z serii "jak to po pijaku wlaczaja sie czlowiekowi psoty".
Odcinek "szkolna wycieczka do Ustrzyk Gornych".

rkwa
13-12-2003, 02:43
Beje :rotfl: ;)

*PRZEMO*
13-12-2003, 08:32
jakaś ***** wydarła się, że wlaśnie pod pociąg baba wpadła. Może i wpadła ale czemu ona informuje o tym cały wagon? Pierdole śpie… Okazało się, ze babsztyl zmyślał głupoty bo nie baba a polonez wtoczyl się pod wagon.

ten fragment mnie najbardziej rozwalił :+:
:buhaha: :rotfl:

Jaco
13-12-2003, 08:40
Jeszcze kilka takich opowiastek i będzie to najpopularniejszy topic w Europie :+:

Pawełek
13-12-2003, 12:30
Czechosłowacja 1986 - C.D:

Tymek i ja lekko schorowani opuszczamy pociąg szarpiąc się z bagażami i mimo że są znacznie już lżejsze idzie tragicznie. Mary trzyma się za łeb i szepcze „o ku***, o ku***...” Na peronie – huragan śmiechu. Nasz wagon jest do połowy od zewnętrznej udekorowany dziełem Marego. Czegoś takiego w już potem w życiu nie widziałem...
Wyłazimy z dworca i szok – całkiem ładne miasto, to Brno, ale wszędzie bije w oczy sierp i młot, a to czerwona gwiazda, jakieś mega plakaty o przyjaźni interbolszewickiej itp. No kosmos – to u nas przy tym – to pełny luzik... Niby dzieciak jeszcze wtedy byłem – bo co to jest szesnaście lat, ale sami wiecie, że wtedy dojrzewało się szybciej... Ten obraz trochę mnie jakby przestraszył, ale ten stan odczuć trwał tylko do momentu końca zakwaterowania nas w jakimś akademiku. Zaraz sobie przypomnieliśmy, że przecież przyjechaliśmy tu na piwo. Oczywiście olaliśmy jakieś zebrania wprowadzające, uroczyste powitanie itp.: kasiora w kiermany – i w miacho !
Dostaliśmy takie mini plany okolicy, więc nie błądząc - do Centrum pojechaliśmy tramwajem. Po paru przystankach zobaczyliśmy dość imponujący sklep. Wybitka – i już w mim jesteśmy. Ja Was przepraszam...
Radhost, Staropramen i jakieś lokalne (nie pamiętam) – w dowolnej ilości... No to myk sześć – i łoimy pod sklepem. Miejscowi przechodnie patrzą na nas jak na Marsjan, na razie nie kumamy dlaczego.... Wciągnęliśmy tak po cztery, trzydzieści pięć do plecaka i zurick do bazy.
Zamknęliśmy się w pokoju i doznawaliśmy nieznanych nam dotąd objawień... Sen...
Wracamy do żywych, a tu piękny letni wieczór się zaczyna... Chłopaki non stop mają film o dupach „może byśmy coś wyrwali, może byśmy wyrwali...”
Ja jednak nie przyjechałem tu na takie głupoty i zarządzam wyjście na miasto w celach wiadomych. Zbieramy się – na schodach mijają nas dwie niezłe cielęcinki. No jedna, blondyna, to już całkowity cud. Starsze od nas, zresztą w ogóle najmłodsi w tej menażerii byliśmy... Zanim skumałem odruchowo wyrwało mi się: „Cześć dziewczyny, idziecie z nami na piwo ?”
A ta taka super: „A skąd jesteście ?” Ja, że z Warszawy – i ku swemu zdumieniu słyszę po chwili zawahania – „OK. Poczekajcie na nas na dole!”
Trochę to trwało, ale przyszły – o Jezu, nogi się pode mną ugięły... Dwie maniury – czarna i biała – szprychy jak stąd na słońce, Warszawianki... Dobrze, że one zaczęły, bo nam mowę odjęło – wszystko jasne idziemy do jakiejś knajpy... Mało kumaty jeszcze w te klocki wtedy byłem, ale nie ma to tamto – do tej blondyny spawa mnie jakiś magnes – pod beretem robi się bałaganik...
Wbijamy się do knajpy – szoking – od razu kelner, taca z browarami, nikt nie pyta o dowód, a piwko tanie... Olśniło mnie wtedy, czemu tu nikt na mieście nie gra hejnała pod sklepem, ale co tam, podróże kształca.
Łoimy słuszną ilość, interesują się nami miejscowi. Już wiemy, że w Brnie gra Zbrojovka, że nienawidzą Sparty... Legia Warszawa ? Owszem znają...
Schodzi na polityke, głównie „Solidarność”: Czesi szybko milkną... Wstaję i intonuję „A mury ruuuuuną, runą ruuuuną (...)”. Zachodzi ciekawe zjawisko – Pepiki stawiają nam nowe piwa na stół i uciekają... Ponoć wszędzie węszy bezpieka...
Jesteśmy już dobrze narąbani – dziewuchy proszą by je już odprowadzić, więc to czynimy – i umawiamy się na następny dzień.
A my wcale nie chcemy spać ! Tramwaje już nie jeżdżą, więc rezygnujemy z podróży z buta.
Ku naszej radości w pokoju czeka na nas jeszcze od metra pełnych buteleczek różnej maści piwka...

Na drugi dzień kombinujemy jak się zaprawić, a nie stracić kontaktu z dziewuchami. Wymyśliłem, że bierzemy je na spacer po mieście za dnia, by wieczorem spokojnie wystrzelić się w kosmos. Zaczęliśmy realizację planu. Maniury strasznie chciały połazić po sklepach, no to poszliśmy. Zupełny schiz – w tym kraju pełnym czerwonych gwiazd – można kupić to, o czym u nas tylko się marzyło... No to sprawiłem sobie chińskie trampki z niebieską gwiazdką...
Powłóczyliśmy się z pannami, zaliczyliśmy kilka knajp i sterujemy tak, by wieczorem je odpuścić, mimo że ta blondyna coraz bardziej dla mnie milutka...
Ale od razu zostaliśmy sami, bo nie chciało nam się do tego akademika wracać na obiad. Dałem blondynie tylko moje adiki, żeby zawiozła je na bazę, a zostałem w tych trampeczkach. Jak się okazało – Bóg mnie strzegł... Mary daje sygnał do ataku: „Dobra – Idziemy ogniem !”
Mieliśmy już za sobą po pięć piwek, wbijamy się do piwiarni – Mary wyciąga mój szalik z chlebaka: „Zakładaj !”. Siedzę w tych barwach, tankuję. I znowu: Pepiki, gadki o futbolu, jakieś dziewczyny, polityka, stawiają nam piwo, śpiewy... Stop klatka...

Klik – ponowny odbiór- idziemy, ciemno już, drzemy ryje, że Legia najlepsza na świecie... Przed nami jakaś cuchnąca ruskimi perfumami Czeszka z obłędnie grubym jamnikiem. No jak bonie dydy – szerszy niż dłuższy. Nagle piesek zatrzymuje się i tuż przed Marym rozpoczyna proces defekacji... Mary poczuł się na tyle urażony, że jak nie wyje*** mu kopa – o rety, co to było... Jamnior pofrunął, zawinął orbitę na smyczy i spadł zszokowanej właścicielce na jej wielką jak księżyc twarz kiereszując ją w panice niemiłosiernie. Pisk, krzyki, skowyt – prawie sikamy ze śmiechu...
Podjeżdża nasz tramwaj. Wbijamy się. Ja i Mary związani jednym sza(L)em, Tymek półprzytomny. Nie wiem co we mnie wstąpiło...
U jakiejś grubej baby na kolanach siedział wnusio z pistolecikiem w rąsi... Podbiłem, zabrałem ten pistolecik i rzuciłem się na motorniczego: „To jest napad, nie, co ja pierd***, to porwanie – nie zatrzymuj się – na Budapeszt! Następna stacja: Budapeszt !!! Tu nie ma żartów: Legia Warszawa !!! Na Węgry gamoniu !” Chłopaki chwycili klimat i dzielnie mnie wspomagali. Najlepiej Tymek, który wrzeszczał do zdaje się głuchej, zasuszonej staruszki: „Na ziemię !!! Ale już !!!”
W wagonie cisza jak w czasie śmierci klinicznej... a ten gamoń motorniczy mija jeden przystanek i zatrzymuje się centralnie na środku skrzyżowania gdzie stoi coś w sensie drogówki – i dyla do nich pokazując nas palcami...
Najwięcej przytomności zachował Mary, usuwając w mgnieniu oka uszczelkę w „oknie awaryjnym” na drugim końcu wagonu. Nie wiem jak wyskoczyłem z tego tramwaju, ale na pewno przytomność odzyskałem dopiero w biegu...
Pamiętam tyle, że skaczący wcześniej Tymek zaliczył taki dzwon z brukiem, że gdyby był trzeźwy to pewnie by nie przeżył, ale jako pełny alkoholowy bezwład – miał farta. Podejrzewam, że miałem to samo...
W każdym razie biegnę, ale coś kulawo to idzie. Krzyczę do reszty „Stop, nie gonią nas!” Patrzę na swoje nogi i... usiadłem z wrażenia na chodniku – jestem w JEDNYM bucie... Jeden trampek poszedł się p*****ć, nawet nie wiem kiedy...
Nie za bardzo jarzymy gdzie w ogóle jesteśmy. Jakieś stare kamienice, ciemnica, nieprzyjaźnie. Tymek zataczając się idzie do bramy, zaznaczając, że musi się odwodnić. Nawet do niej za bardzo nie wszedł mamrocząc coś pod nosem o parkowaniu i chamstwie. Ciemno jak, wiecie gdzie... Wtem z bramy snop światła! Reflektory samochodu. Nie... no ja chyba śnię – Tymek sika centralnie na maskę Wołgi z ogromnym napisem „VB” – Służba Bezpieczeństwa....
Tak jak my wtedy spierd***liśmy – tak już nigdy w życiu więcej się nie zdarzyło... Oni za nami tą Wołgą, Tymek oprzytomniał, zwinny był, acz prawie go wcześniej chwycili. Myślę, że go nie złapali, bo sami byli w szoku tym co on im odstawił.... Nie mam wątpliwości – Bóg nas prowadził...
Uratował nas jakiś zaułek z parkanem, desantem na jakiś garaż, a konkretnie jego zadaszenie, potem rura w dół i chodu dalej – z tym sobie Wołga i ubeki poradzić sobie nie mogli. Wyskoczyliśmy zza jakiegoś winkla – i zbawienie – nasz akademik. Luuuuzzzz...
Nazajutrz moja prawa stopa nie pasowała do mojego adika, mimo iż na pewno próbowałem założyć prawy....

Następnymi dni jakoś nie chciało nam się już zwiedzać miasta. Wyczailiśmy zresztą fajną piwiarnię całkiem blisko naszej mety i dwa sklepy pełne browca. Organizowano nam w tym akademiku dyskoteki – było spox. Piliśmy na potęgę najczęściej w towarzystwie tych fajnych dziewczyn. Ja się niestety zabujałem w tej blondynie, a ona to chyba wyczuła i bardzo jej to pasiło. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu odrzucała zalociki studenciaków, którzy kompletnie nie mogli skumać co ona widzi w nieletnim zdegenerowanym szalikowcu... Na razie jednak z blondyną graliśmy film: „buziaki tak – full opcja – nie”. To o co w tym chłopcom chodzi miało dopiero nadejść, ale nie tam na obcej ziemi, a później w zupełnie innych okolicznościach, dla mnie najmniej spodziewanych...

Była niedziela – a pechowo skończył nam się browar. Wszystko pozamykane, a chcieliśmy mieć coś w pokoju na wieczór. Dostaliśmy cynk, że w Centrum jest jeden sklep czynny... Namierzyliśmy go – kolejka po piwo jak w warszawskim „Sezamie”. Stoimy z pól godziny, podchodzę wreszcie i taka akcja:
- Czterdzieści proszę
- Proszę – Mówi sklepowa i daje mi cztery
- Czterdzieści !!! Nie cztery...
- Aaa czternaście ! Ano Ano - I wystawia czternaście.. (w kolejce już szum)
- CZTE-RDZIE-ŚCI !!! – Pokazuję jej palcami
- Oooo Polaki ! – zawyła i targa na ladę dwie skrzynki, żebyśmy sobie przeładowali do stelażyków.

Następny Pepik podszedł, kupił trzy browary i... piwo się skończyło. Chłopstwo z kolejki, gdy opuszczaliśmy sklep, patrzyło na nas jak byśmy im jajka pourywali....
Potem skotłowaliśmy się jak co dzień...

Nadszedł dzień wyjazdu – a tu nie ma kasy. Wszyscy kupują piwko, „Lentilki” i inne tego typu pierdoły... My nie, a mieliśmy cos przywieść na prezenty i handelek... Nagle olśnienie ! Butelki ! Gromadziliśmy je najpierw w pokoju, potem wynieśliśmy do takiego kantorka na naszym piętrze. Ktoś chyba oprócz nas też tam kitrał flaszki - ludzie: tam było ponad osiemset sztuk, po koronie za każdą !!!
Obracaliśmy we trzech obładowani tymi flachami do skupu z pięć razy.

Do kraju wracaliśmy jak jacyś spekulanci. Podróż przebiegła bez przygód przy delikatnym piwku. Blondyna i ja – nie mogliśmy się od siebie odkleić...
Byłem załamany – za dwa dni miałem jechać ze starymi do Władysławowa...

kamyk
13-12-2003, 19:32
Adams_ dobra historyjka zapodaj druga jak bedziesz miał czas..

Pawełek napisał:

Byłem załamany – za dwa dni miałem jechać ze starymi do Władysławowa...

ale musiałes miec doła ja to bym powiedział sorry ale nigdzie nie jade albo ona jedzie ze mną....

jacki77
13-12-2003, 20:13
To ja tez wspomnienie z przeszlosci slusznie minionej...
W 85 pierwsze studenckie wakacje i trudny wybor gdzie mozna najtaniej tracic
przytomnosc i najlatwiej wyhaczac panny. W sumie w gre wchodzily 3 kierunki:
DDR, Czesja albo Bulgaria. Ekipa w skladzie Misiek-wielkie bydle (chodzi o
sajz), smakosz z przekonania, panicznie bal sie wracac narabany do domu,
Jaras-sitting dog size, o urodzie wloskiego fryzjera, lykal wszystko co
ocieralo sie o procenty, panny na jego widok wyskakiwaly z majtow przez
glowe, moja skromna osoba i reszta grupy w charakterze statystow. Nasz wybor
padl na Jurgenowo, wiec zgloszenie, za dwa tygodnie wyprawa na Rozyca po
towar i juz wkrotce spotkalismy sie u Miska na strzemiennym przed wyjazdem
(mama Miska byla na wczasach wiec strzemiennego zaczelismy 2 dni przed
godzina W.
W sumie zaprawa kondycyjana byla bardzo kulturalna, zero strat w domu u
mutanta, tylko sasiedzi przestali mu sie odklaniac, ale nic to, przez
miesiac zapomna...
W dniu wyjazdu panika, obudzilem sie na 20 min przed planowanym odjazdem
pociagu ale jakos sie udalo. Na Gdanski wpadamy z trudem lapiac pion,
kitramy sie do pociagu i mozna zaczynac przygode wakacyjna pod tytulem "my
tym faszystowskim scierwom przypomnimy, kto te wojne przegral"... Podroz
przebiegala normalnie jak na owe czasy, jeszcze dobrze nie ruszylismy a juz
"ognia poczeto dawac". Kiedy w naszym przedziale pojawil sie konduktor jego
oczom ukazal sie nastepujacy widok: w kacie siedzi jakis wystraszony typ z
niunia, a reszta przedzialu jest zaanektowana przez trzech mlodych ludzi o
klasycznym wyksztalceniu i wzroku metnym w stopniu dorownujacym
zbelkotnieniu naszych glosow. Kolejarz popatrzyl, pokiwal glowa i zapytal
czy pozniej bedzie mogl wpasc w gosci.
Po kilku godzinach udalo mi sie pokolorowac wczorajsza kolacja peron na
stacji Poznan Glowny, a niech pyry tez cos z zycia maja, mniej wiecej w tym
samym czasie Misio zapadl nam na katatonie, kucal nieruchomo na podlodze i
patrzyl przed siebie w tepym zdumieniu, po jakiejs godzinie panna typa z
kata nieco sie zaniepokoila, ale wraz z Jarasem wyjasnilismy jej, ze ten typ
tak ma, bo kolega dzis pierwszy raz w zyciu alkoholu sprobowal... uwierzyla.
W tym czasie pojawil sie konduktor, naprawde bialy czlowiek, ze sluzbowej
raportowki wyciagnal 3/4 stolicznej.
I tak podroz uplywala nam beztrosko na dzwiganiu pucharow, glebokich
rozmowach o zyciu w sumie sielanka. Po jakims czasie pan Czesio, pracownik
PKP, zainteresowal sie stanem Miska. Panna z kata poinformowala go na co
cierpi nasza maskotka. Kolejarz chyba nie do konca uwierzyl ale znalazl
sposob na cudowne ozdrowienie: zlapal Miska za nos i wlal mu do pyska pol
szklanki ambrozji od braci moskali. I stala sie rzecz straszna, Misiek
przewrocil galami, wywalil je na szypolki i z dzikim wrzaskiem wypadl na
korytarz. Caly incydent potraktowalismy bardzo pogodnie zwlaszcza, ze
zblizalismy sie do granicy i wypadalo sie troszke ogarnac, pochowac do toreb
te setki lustrzanych okularow, zegarkow z 7 melodyjkami, dziesiatki kurtek
parmalatek i reszte badziewia, ktore jurgeny tak chetnie lykaly w dowolnych
ilosciach... Nagle do przedzialu wtargnal Misiek, dziwnie pobladly o
zasepionym spojrzeniu bohatera czasow romantycznych i zalkal glucho, ze nie
chce opuszczac ojczyzny. Pan Czesio tlumaczyl mu jak dziecku, ze to nie na
zawsze, ze helgi sie sypia jak choinka po trzech krolach itd. W tym czasie
pojawili sie mundurowi i zaczeli sprawdzac dowody z pieczatka, potem
niemiachy i nasz patriota nawet sie nie zorientowal, ze jest juz za pozno.
Droga z Fft/O do Berlina zleciala nam na kojeniu skolatanych uczuc Miska, w
czym bardzo pomagaly nam wyroby Polmosu. W Berlinie na dworcu przejeli nas
organizatorzy i dopiero wtedy okazalo sie, ze wyjechalismy do pracy a nie na
wczasy, helmuty podstawily nam autobusy i zawiozly na miejsce dyslokacji,
ktorym okazala sie jakas polana z mnostwem namiotow, w ktorych mielismy spac
i calkiem sympatyczna siecia kioskow z browarem, kielbachami i reszta
niezbednych dobr.
Po wyjsciu z autobusu zostawilismy graty na srodku placyku i pognalismy
uzupelniac zapas plynow. Zaraz po zakupach trzeba bylo skosztowac
ddr-owskiego piwa i bylo strasznie. Ten browar skladal sie glownie z gazu, w
sumie nadawal sie tylko do wyganiania intruzow z okolicy. Wystarczylo wypic
na raz butelke i czekac, juz po chwili powietrze przeszywalo straszliwe
bekniecie, takie ktore masowalo wnetrznosci i powodowalo nieprzyjemne
wibracje blednika. Po pierwszych probach zaobserwowalismy, ze wydanie z
siebie polminutowego ryku nie stanowi problemu.
-o qrva, jak wieloryby, to prawdziwe infradzwieki - cieszyl sie jak dziecko
Misiek...
(CDN)

emde
13-12-2003, 22:06
Zajebist e opwoiadania, z fajnym klimacikiem lat osiemdziesiatych przynajmniej fajnie sie czyta. Opowiesc Paewlka jak kumpel nalal na wolge, spadlem z krzesla :buhaha:

Adam-oldboy
15-12-2003, 07:37
Usiłowałem czytać w pracy z kamienną twarzą i nieruchomą przeponą. Nie udało się. Ze stanu kompletnej powagi i skupienia zesmarkałem się ze śmiechu na klawiaturę.

legart
15-12-2003, 08:22
Pawełek terrorysta 8- (porwanie tramwaju) 8- :buhaha: :buhaha: :buhaha:

A za piwem to ja kiedyś z pod pomnika 4-śpiącychc do hali Banacha zaszedłem 8-

jacki77
15-12-2003, 10:08
Ost Berlin '85 cd...

Zamieszkalismy w jedny namiocie z siedmioma innymi osobami, chyba nieco od nich odstawalismy. Oboz byl spelnieniem marzen erotomana, suczki z calego bloku wschodniego a samce jakies takie zesrane, praktycznie zadnej konkurencji. Po wrzuceniu betow na lozka objalem dowodzenie-my idziemy sie znieczulac, a wy dowiedzcie sie kiedy, gdzie i po co mamy sie jutro pojawic w robocie. Powedrowalismy na glowny placyk obozu, wlasnie trwala dyskoteka. Po glebokim namysle postanowilismy zmienic paliwo, ruska woda rulez! Coraz bardziej nam sie podobalo, tylko z percepcja mialem coraz wieksze klopoty, pamietam pojedyncze sceny, Misiek wyganiajacy dj-a i ryczacy w mikrofon Mury Kaczmarskiego, Jaras przyprowadzajacy do stolu coraz to nowe maniury, ja probujacy wywalic z gwinta cala stoliczna, masakra...
Do siebie wrocilismy okolo 5tej, rzut na kojo i za moment ktos szarpie i wrzeszczy, ze juz czas do fabryki. Zawlekli nas pod prysznic i poprowadzili do tramwaju. Prace mielismy w remontowanej elektrowni, wydali nam lachy-buty z okutymi zelazem czubami, drelichy i kaski, przedstawili brygadziste. Gunter, okolo czterdziestki wygladal na lekko przestraszonego naszym stanem, ale zaprowadzil nas na nasze stanowisko. Mielismy obslugiwac jakas piekielna machine, ktora cielismy stare kable. W grupie z nami pracowalo jeszcze dwoch zaangazowanych chloptasiow z ZSP. Po pierwszym szoku zarzadzilem przerwe technologiczna, i udalismy sie na zwiedzanie fabryki. Kiedy pojawilismy sie z powrotem, kazdy z nas taszczyl po kilka plyt styropianu, jeszcze szybki wybor miejsca na kryjowke i moglismy isc na obiad. Po posilku (po 2 browce na twarz) wrocilismy do naszej cynterfugi, pokrecilismy sie moment i w kime na styropian, fajrant o 14, prysznic i wyruszamy na zwiedzanie miasta.
Juz po kilku dniach wypracowalismy sobie pewna rutyne-rano powrot z imprezy, podroz do pracy, po drodze jakis jogurcik z buleczka i po 2-3 bro, zmiana ciuchow, 15-20 minut markowania roboty a pozniej na styropian, bo w koncu czlowiek kiedys musi spac, okolo 12tej obiad i lezakowanie do fajrantu. Gunter pilnowal, zeby nikt nas nie wyczail, pelna sielanka. Po fabryce prawdziwa praca, czyli uplynnianie towaru i juz okolo 17 moglismy zaczynac impreze, ktora konczyla sie tuz przed wyjsciem do roboty. Logistyka!!!
Bawilismy sie w obozie lub w okolicznych bierstubach, ale tam wczesnie zamykali wiec trzeba bylo wracac na placyk w obozie.
Zauwazylem, ze juz po kilku dniach stalismy sie popularni, zawsze ktos sie przylaczal, kiedys przez cala noc byl spiewany temat z 4 pancernych, po mongolsku, rusku i bulgarsku a na koniec w orginalnej wersji. Kiedys Jaras znalazl mnie spiacego pod prysznicem, bylem przykryty tylna kieszenia od spodni, ktora wyrwalem jakiejs heldze, chyba uchronil mnie przed zapaleniem pluc, bo lala sie na mnie zimna woda.
W pierwsza niedziele Misiek zrobil nam scene, chcial isc do kosciola, ale przekonalismy go, ze stoliczna zastepuje komunie. Wtedy prawie sie zakochalem, podbila do mnie jakas panna, grzecznie zapytala czy moze sie przysiasc i zafundowac mi piwo (pozniej okazalo sie, ze przyslala ja kolezanka, ktora snila o Jarasie). Jako rycerski Polak oczywiscie sie zgodzilem i juz za chwil pare prowadzilem Patti do namiotu. Wyslalem wspolspaczy na wycieczke i bylo pieknie i romantycznie. W tym czasie Misiek z Jarasem dzwigali puchary z ruskimi i to nie byl dobry pomysl, przyniesli ich na laweczke przed naszym namiotem i zostawili wystawionych na szydercze spojrzenia sasiadow.
I tak beztrosko plynely nam dni wsrod pracy, handlu i wesolych biesiad ze spiewem, az nadszedl dzien subotnika, czyli prac spolecznych. Nie wiedziec czemu Misiek uparl sie, ze musimy byc trzezwi, wiec sniadanie ograniczylismy tylko do pieczywa i jogurtu, oczywiscie zaraz po rozpoczeciu tyrki udalismy sie na styropian. Okolo 10 obudzil nas wyraznie zaniepokojony Gunter, podobno fabryke wizytowal burmistrz Berlina i chcial uscisnac dlonie wszystkich gastarbeiterow z bratnich panstw. Wyleglismy wiec z naszego barlogu akurat w momencie kiedy pojawil sie orszak towarzysza. Misiek po wstepnych shakehandach wdal sie w dyskusje o usprawnianiu pracy, Jaras probowal klepac po dupci tlumaczke a ja koniecznie chcialem sie z nia umawiac. Nasi zsypowcy oddalili sie swinskim truchtem a Gunter stal jak skamienialy. Skonczylo sie bardzo milo, Misiek zostal gwiazda socjalistycznej roboty zatroskana o wydajnosc, majster dostal jakas nagrode, a my jedlismy obiad w towarzystwie burmistrza i jego swity w stolowce dyrekcji. Jedynym zgrzytem bylo to, ze wypilismy cale wino i to w ciagu pierwszych 10 minut posilku.
Powoli konczyly nam sie zapasy towaru, ale nic to, kazdy z nas dysponowal kilkukrotnoscia przecietnej pensji i nie bylismy w stanie tego przepic. Zblizal sie czas powrotu, a ambicja wiekszosci bylo zabranie do kraju motoroweru simpson, chociaz mistrzem okazal sie typ, ktory nabyl wanne. Nasza podroz na dworzec przypominala ucieczke Zydow z Egiptu, te gory tobolow, nerwowe oczekiwanie na odprawe celna i Misiek calojacy peron w Slubicach. Kiedy pojawilem sie w domu rodzina mnie nie poznala...

Sezar
15-12-2003, 16:40
:+: :+: :+: :+: :+: :+:

padłem na pysk :buhaha: :buhaha: :buhaha: :buhaha: :buhaha:

Jaco
15-12-2003, 18:28
No, Panowie! Jestem pod wrażeniem. Pomału zbieram się do swoich wspomnień ale nie mam siły przelać ich na pościk przez Wasze historie :buhaha: :buhaha: :buhaha: :help:

Nova
15-12-2003, 19:51
Umarłam,nie ma mnie :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Pawełek nawijaj dalej co z tą blondi '8

domber
15-12-2003, 20:09
pisac dalej !!!

kris
17-12-2003, 07:03
Dalej ,dalej co z Tą blondyną Pawełek '8 co za kobra!!!

Foxx
19-12-2003, 21:43
Pawełek terrorysta 8- (porwanie tramwaju) 8- :buhaha: :buhaha: :buhaha:

A za piwem to ja kiedyś z pod pomnika 4-śpiącychc do hali Banacha zaszedłem 8-

Są tacy, co z Nieporętu doszli na Żerań 8)

Sezar
19-12-2003, 22:06
sa tacy co w Nieporecie spali w namiocie w towarzystwie stolika turystycznego i takiegoz krzeselka...namiot dwojka mini ::8::

Pawełek
20-12-2003, 13:54
Z tą blondyna to była taka historia:

Rok wcześniej byłem na wakacjach na Mazurach. Piękne okolice Puszczy Piskiej. Las na wysokiej skarpie u stóp której rozlewało się jezioro Roś...
Rozrabialiśmy tam z kilkoma kolesiami, głównie zajmując się kombinowaniem wypitki.
Sprzedawano tam piwo z browaru w Biskupcu. Chodziła taka opowieść, że kiedyś ktoś wysłał to piwo do analizy laboratoryjnej do Niemiec – i przyszła po jakimś czasie odpowiedź: „Wasz koń jest chory”. I faktycznie na cztery kupione butelki – każda smakowała inaczej, a poza tym często nie tylko piwo stanowiło zawartość butelki...

I była tam jedna dziewczyna. Blond piękność o idealnych wymiarach, filigranowa siedemnastka...
Patrzyłem sobie na nią jak urzeczony nie wykonując jednak żadnych ruchów... Za małolat byłem... Blondynę zresztą od razu wyhaczył lokalny ratownik – potężne chłopisko, brunecik - ze dwadzieścia parę lat – nie było szans.
Pewnej nocy jednak jak z ekipą szukaliśmy wrażeń po okolicy widzę taką scenę:
Blondi idzie sama i coś do siebie gada. Podbiłem – a ona pijaniutka, uchachana jak się masz – brnie przez krzaki z wyciągniętymi przed siebie rękami z tekstem „Płynę ! Normalnie płynę !” Skumałem, że nie wie co jest w ogóle grane, dowiedziałem się, że ratownik to świnia, i że nie ma gdzie spać. No to ja rycersko ją objąłem (a ona mnie) i odprowadziłem do jej namiotu, w którym mieszkała z taką jedną brzydką koleżanką. Cmoknęła mnie w policzek i poszła lulu.
Te dwieście metrów jakie przespacerowałem z nią w objęciach znacznie zaważyło na moim życiu, he he.

Jak zobaczyłem ją po roku w tej Czechosłowacji – to z początku jej nie poznałem. Zgadaliśmy się jakoś tak w knajpie co i jak – i w zasadzie od tego momentu jakby ktoś z nas pozdejmował blokady towarzyszące nastolatkom w tego rodzaju sytuacjach. Parę razy poszedłem z nią na miasto sam – to były bajkowe przeżycia.
Potrafiła zadbać o moje samopoczucie. Czułem się jak król.
Pewnego dnia wyznała mi, że ma chłopaka. Takiego na stałe. Tak jakby przez chwilę wszystko umarło, ale ona jednak nie zmieniała wobec mnie swego zachowania.
Jak wracaliśmy do Polski - w pociągu byliśmy prawie cały czas do siebie przytuleni.
Kiedy całowaliśmy się na pożegnanie na Dworcu Gdańskim w jej oczach pojawiły się łzy. Tegoż dnia przywitali mnie kumple na Strefie – oni coś przygotowali, ja coś przywiozłem – spiliśmy się oporowo. Następnego dnia miałem jechać ze starymi do Władysławowa. Zadzwoniłem do niej wieczorem do domu z jakiejś budki. Wyczułem, że nie bardzo zdaje się może gadać, że nie jest sama, ale coś smutno brzmiała w tej słuchawce...
Nie chciało mi się jechać nad to morze, ale jak miałem siedzieć na dupie w Warszawie, a i tak się z nią nie spotykać – to w końcu pojechałem

We Władysławowie nic mi nie pasowało. Nie podobały mi się dziewczyny, pogoda była nie za halo i ogólnie wszystko nie pasiło. Mój stary – gość życiowo kumaty, widząc co się dzieje, postanowił mnie zabrać do knajpy. Było tam większe towarzystwo, znajomkowie moich rodziców, nocny lokalik z „tych lepszych”, browar jakiś szkopski... I tak jeden, drugi, trzeci – widzę niepokój matki – czwarty... Mój stary jednak, że luz, to tylko piwko, spokojowo... Po tej Czechosłowacji coś zupełnie te piwa nie robiły na mnie wrażenia... Towarzystwu na jakieś tańce się zbiera, no to ja korzystając z zamieszania – dziab lufę czyściory i zapitka browcem... i jeszcze raz... i znowu... Pyta mnie ktoś czy dobrze się czuję, a ja że jasne, i że jeszcze może piwko... Nagle patrzę idzie kelner – przekrzywia się jakoś, o *****, on idzie po ścianie prostopadle do podłogi... nie nie, zaraz podłoga jest ścianą... Pękła klisza.
Ktoś podrywa mnie z krzesła, chwila kumacji, widzę kompletnie zarzygany stół, przy którym byłem łaskaw siedzieć. Paw jest wszędzie: w kieliszkach, na szklankach, w talerzach ze strawą – prowadzą mnie na zewnątrz – koniec filmu.
Na drugi dzień nikt do mnie nie ma pretensji tylko matka się drze na starzyka, że jest nienormalny i dziecko jej upił. Trochę się pieklili, a ja się zerwałem na miasto. Była taka meta, jak ją sobie nazwałem, „pod wiatą”, gdzie bez problemu można było dostać „Kapera”, tyle że trochę sobie za niego liczyli... Tam robiłem sobie akcje zaopatrzenia na wieczory, a że zmęczony po tym Pepikowie byłem tankowałem samotnie wieczorami pod lekturę Grzesiuka czy Tyrmanda.
Pewnego dnia rozkminiłem po gadce jakichś kolonistów z Górnego Śląska. Kolesie jacyś tacy ustawieni na bojowo, rozhukani – postanowiłem sprawdzić gdzie mają bazę. Nie stanowiło to zbytniego kłopotu – ale, ooooo to tak nie będzie, mieli czelność wywiesić proporczyk Ruchu Chorzów. No to ja, partyzancka dusza, poszedłem pod swoją wiatę, strzeliłem dwa „Kaperki”, poczekałem jak ta rozwrzeszczana menażeria się oddali i wróciłem do tego ich koczowiska. Wszystko szczelnie pozamykane. No cóż trzeba walić szybę – rwać proporczyk i spindalać... Ale coś mnie tchnęło. Mimo że miałem już upatrzony kamyk dotknąłem jednego z okien. Puściło ! Nie było zamknięte na klameczkę. A zatem siup przez okienko, zdjąłem proporczyk jak swój i wróciłem na kwatery... Dzięki tej akcji cały wyjazd uznałem za udany.
Blondi cały czas kotłowała mi się we łbie. Co dzień wysyłałem jej pocztówkę z jakimiś pozdrówkami, bez jakichś super czułości.
Pewnego dnia zapuściłem się w miasto, a pokazywali w TV mecz Legia – Śląsk Wrocław. Nie zdążyłbym na chatę więc wbiłem się do pierwszej lepszej świetlicy przy jakimś ośrodku Kopalni Węgla Kamiennego.
Szybko było jeden zero dla naszych, więc już było jasne na sali kto jest za kim, a w zasadzie, że za Legią jestem tylko ja. Ale szalałem swoje – jak nie jak tak...
Jak było 3:0 zacząłem już słabo kontaktować, a temperatura rosła... W końcu po jakiejś pyskówce pięciu kopaliniarzy wywaliło mnie za drzwi. Pamiętam, że byłem w takiej furii, że szedłem sam i wrzeszczałem: „Hanysy Kornele – ja się was nie boję, Katowice spalę, Zabrze rozpierdolę”. W końcu zaliczyłem glebę – wstaje patrzę na jakimś szlabanie, czy czymś takimś napis: MZKS ARKA GDYNIA. W życiu nie widziałem Arkowca, ale słyszałem, że kiedyś naszych aż do morza pogonili. Nie miałem tego dnia ochotę na kąpiel – więc się zamknąłem i na kwatery szedłem już w milczeniu.
W tym Władysławowie nic się już ciekawego nie wydarzyło. Wróciłem do Warszawy.

Zabujany byłem po maxie, ale postanowiłem być twardy. Zero kontaktu, przecież to i tak nie ma sensu. Więc robiłem to co zwykle: Łazienkowska – mecze, czasem jakiś wyjazd, melanże i tak bez końca.
Pewnego dnia dowiedziałem się, że chłopaki organizują spotkanie paru osób z wyjazdu do Brna. Miało się odbyć na Jelonkach. Jechałem sobie bez entuzjazmu na to spotkanko sącząc „Warszawskie” w 502, które mnie wiozło z Ursynowa i miało pętlę w okolicach Centralnego. 105, które stamtąd jechało na Jelonki właśnie mi spierdoliło, więc miałem 25 minut wolnego. Stało się jakoś tak, do tej pory nie wiem
dlaczego – że coś jakby zaprowadziło mnie do budki telefonicznej, wykręciłem jej numer.... Mówię, że cześć, że jest taka impra, że... A ona mi przerywa, pyta gdzie jestem, i że to super że dzwonię i żebym poczekał. Będzie za 30 minut...
Czekałem, tak nie do końca wierząc co się dzieje. Nieee, myślę, nie przyjedzie...
A jednak ! Podjeżdża taryfa, szara Warszawa – a Blondi mi z niej kiwa, że jadziem dalej. Dotarliśmy na miejsce – imprezka już trwa, wódy w opór, klimacik jak zwykle – ale coś mi się z nią nie skleja... A to tematu wspólnego nie możemy złapać, a to muzyka nie taka... No coś nie gra. Dobra – luz. Ładna jest przynajmniej, przyjechała – to się liczy. Bez ciśnień.
Nie była to raczej udana balanga, bo towarzycho jakoś się w sumie szybko rozeszło, trzech najebańców skoszarowaliśmy w jednym pokoju – było coś koło drugiej w nocy jak powiedziała mi, żebym ją odprowadził do taksówki... Poszliśmy. Oczywiście – gdzie tam za komuny można było znaleźć taksówkę. Wyczaiłem w jakiejś klatce aparacik telefoniczny, o dziwo działał, zamówiłem jej RadioTaxi, które miało przyjechać za godzinę. Zaczęliśmy spacerować, a ona zaczęła mówić: „za tydzień mam zaręczyny, wiesz... Ale dobry z ciebie chłopak, dziewuchy będą za tobą szalały...” Przytuliłem ją mocno i ona tak mi nawijała ja to chłonąłem... Czas mijał.
Na pięć minut przed przyjazdem taryfy pocałowałem ją najpiękniej jak potrafiłem. Tak na pożegnanie... Pamiętam jak stała z zamkniętymi oczami i wyszeptała: „Wiesz ja zapomniałam kluczy do domu. Wróćmy do Tymka. Pojadę do domu rano”

Weszliśmy do takiego małego pokoju z tapczanikiem. Znalazłem jakiś koc, położyliśmy się. Pocałowałem ją znowu. „Pięknie całujesz” powiedziała. I dodała szeptem, „A teraz nie myśl za wiele. Wiem że tego jeszcze nie robiłeś”. Zaczynała rozpinać moją koszulę...

Następnego dnia rano gdy się obudziłem - nie było jej przy mnie w łóżku.
Tymek patrzył na mnie jakoś dziwnie i coś marudził, a Mary nie odzywał się wcale.

Cały świat leżał u moich stóp. Miałem w sobie moc Anioła...

Czułem, że teraz dopiero się zacznie...

kamyk
20-12-2003, 19:12
o kurde jak w powiesci jaies romantycznej :) bzyknełes ja a ona się zareczyła z kims innym? z tego co rozumiem? to wychodzi była zła kobieta bo powinna zostawic tamtego i byc z tobą :)

Tomi
20-12-2003, 19:59
No ziomy ,macie talent do pisania :+: ...jakie napięcie ;) ...czekamy na kolejne części waszych przygód...

Kawa
20-12-2003, 20:02
No normalnie jak w filmie, ale jesli bedzie dalej jak w filmie to czy ona nie jest twoja zona :>

ems
20-12-2003, 22:34
o kurde jak w powiesci jaies romantycznej :) bzyknełes ja a ona się zareczyła z kims innym? z tego co rozumiem? to wychodzi była zła kobieta bo powinna zostawic tamtego i byc z tobą :)


to bylo proste

Raffi
20-12-2003, 23:48
„Hanysy Kornele – ja się was nie boję, Katowice spalę, Zabrze rozpierdolę”
YES! :+: :+:
Jezu, z 15 lat tego nie słyszałem 8- :+: Kojarzy mi się jeszcze jakaś zbliżona wersja (bardziej cenzuralna, w stylu "pobije....zabiję" '8 ) ale aż milej mi się na sercu zrobiło 8)

Sezar
21-12-2003, 08:44
'8

Porter
21-12-2003, 10:37
„Hanysy Kornele – ja się was nie boję, Katowice spalę, Zabrze rozpierdolę”
YES! :+: :+:
Jezu, z 15 lat tego nie słyszałem 8- :+: Kojarzy mi się jeszcze jakaś zbliżona wersja (bardziej cenzuralna, w stylu "pobije....zabiję" '8 ) ale aż milej mi się na sercu zrobiło 8)

ja to ostatnio morda darłem w rytm tej piosnki po meczu w Zabrzu

Sharn
21-12-2003, 11:03
Opowieść mega. Ja to normalnie urodzony romantyk.
Co do piosenki - też mega. :cheesy:

Pawełek
22-12-2003, 13:10
W sumie jak tak się zastanawiam - to wesoło było nie tylko w wakacje...

Liceum – to były lata permanentnej zabawy. To pewnie nie do uwierzenia jest dla dzisiejszych nastolatków, ale nasza ekipa tylko raz w ciągu czterech lat nauki poszła na wagary. No może nie licząc urwanych pojedyńczych lekcji, czy dwóch w ciągu jakiegoś dnia... W każdym razie nie było potrzeby uciekać ze szkoły, bo bawiliśmy się tam przednio.
To była buda w Śródmieściu na Świętokrzyskiej– usytuowana bajkowo dla kolesi lubiących łapać odmienne stany świadomości. Dwieście metrów od niej była Garmażera, w której prawie co dzień były dostawy świeżutkiego piwa z Browarów Warszawskich. Przeważnie dostarczali Królewskie lub tzw. Sfinksa z żółto-białą naklejką, który ciepły, nawet w tamtych czasach, był nie do picia.
Zdarzało się czasem tak, że browca jednak nie było. Wtedy w odwodzie zostawał nam Pewex w Hotelu Warszawa. To dość magiczna budowla. Przed wojną nazywała się „Prudential” i była najwyższym budynkiem w Stolicy. No, ale była komuna, zmienili mu nazwę i nad miastem już nie dominował. Cóż można było tam kupić? Otóż wódeczkę – po 65 centów „Mazowiecką” lub „Bałtyk”. Zdaje się, że najtaniej w Warszawie.

Do tego liceum trafiłem sam. Za nic starym nie pozwoliłem sobie wybierać szkoły. Pamiętam jak łaziłem po mieście ze swoimi papierami – i nic mi nie podchodziło. A do tej budy wszedłem – jakaś bieganina, ktoś komuś nogę podstawił, zamieszanko – o ! myślę – fajnie tu jakoś... Euforia mi minęła jak podyktowali nam pierwszy raz plan lekcji. ***** mać: sześć godzin rosyjskiego w tygodniu !!! Poszedłem wyjaśnić nieporozumienie do sekretariatu. Byłem w klasie humanistycznej, więc pytam, że może tak do ogólnej by mnie stransferowali, odstawiam kombinację – a tu grom z jasnego nieba – pani mnie informuje uprzejmie, że to szkoła z rozszerzonym językiem rosyjskim – a w dodatku pod patronatem Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej. Nie wiem czy serce mi stanęło, czy mózg ścierpł – w każdym razie przez moment myślałem, że pójdę do piachu... Nieźle szkółkę wybrałem – nie ma to tamto. Ale w końcu „Boso ale w ostrogach” i „Pięć lat kacetu” Grzesiuka czytałem już tyle razy – że wiedziałem, iż nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej. Postanowiłem, że przyjrzę się co i jak... Okazało się, że do tej budy trafiały orły, które nie załapały się gdzie indziej. Tydzień czasu – i mieliśmy już wstępnie wyklarowaną ekipkę: Mary, Jasiu, Koza, Baran i ja. Od razu połączyła nas najpierw gadka o piwku, a potem pierwsza wspólna konsumpcja na ławeczce w okolicach Próżnej. Dalej rzeczy zaczęły dziać się same...

Jeśli chodzi o naukę - największa jazda była z językiem rosyjskim. Nie to, żebym go nie mógł skumać – po prostu mój organizm ideowo go odrzucał. Do tego nauczycielka była typową sowiecką krową porażoną urodą moskiewskiego metra i wszelkimi dokonaniami tamtego ustroju. Dwa lata jechałem więc na styk, ratując się lepszymi ocenami jak już nie było wyjścia. Przed ruskim jakoś tak się układało, że zawsze mieliśmy dłuższą przerwę. Tak z 15 – 20 minut. Dawaliśmy wtedy dyla do Garmażery na dwa szybkie Królewiaki. Piwko przyjęte w takim tempie dobrze kopie, a w miarę szybko puszcza – więc przed rosyjskim – to było idealne rozwiązanie. Nie wiem jak to działało, ale nikt z belfrów nigdy się nie obciął, że zioniemy alkiem, za to Marego była beka po maksie, bo jak przychodziło do czytania tekstu – to jemu się ta cyrylica pierdoliła jak robactwo w panice – więc bełkotał jak poparzony.
W trzeciej klasie jakoś tak na początku wpadam z Marym i Baranem na ruski ciutkę po dzwonku, oczywiście odpowiednio „zneutralizowani” – patrzymy – w ostatniej ławce jakaś kobita w szarej garsonce. Wyglądała jak z propagandowego plakatu – i faktycznie: mamy na lekcji wizytacje. Nauczycielka robi do nas wielkie oczy i groźną minę – ocho – widzę – poważna sprawa... Siadamy z Marym w pierwszej ławce, a to ruskie babsko z plakatu - zaraz wstaje, podchodzi do tablicy i pokazuje na mnie: „Dawaj pażałsta malczik. Zapiszi nam siewodniu tiemu”. Wstaje, we łbie lekki helikopter, podbijam do tablicy, a ona dyktuje: „Borba za Rodinu...” (Wojna za Ojczyznę...). No to piszę: „Urok”, „Tiema”, dochodzę do tego : „Borba” – *****, zaćma ! Duże „B”! Jak jest po rusku duże „B” ?! Siedziała taka Mariolka, a ja do niej „Mariolka – jak się pisze to „B” ?” A ta lalka bekę kręci, no bo jak można przy trzecim roku rozszerzonego rosyjskiego nie wiedzieć jak się pisze to jebane „B”... Patrzę – wizytująca nas sowieciara robi oczy sowy – i jak nie ciśnie dziennkiem o stół: „Eto skandał !!!” – i wybiegła. Nasza pani – mykes – za nią. Na korytarzu awantura jak stąd na słońce. W klasie ferajna posikana ze śmiechu, a dziewczęta przestraszone. Wraca nauczycielka – straszy mnie i Barana, który akurat wrzeszczał „Za Rodinu !!!” radą pedagogiczną – no młyn jak się masz...
Dwa dni później wzywają mnie i Barana do pokoju nauczycielskiego. Jest tylko pani od ruska i nasz wychowawca. Układ jest taki: jak rosyjski jest pierwszy lub ostatni – my nie musimy na niego przychodzić. Jak jest po środku lekcji – to mamy być obecni – i na ostatniej ławce robić co chcemy byleby siedzieć cicho... Dostaniemy po dostatecznym na każdy semestr aż do matury – tyle że maturę mamy zdawać z angielskiego i to śpiewająco... Dajecie wiarę ? No, he he, wiem… to trudne…
W każdym razie – problem rosyjskiego został rozwiązany.

Jako że była to szkoła pod patronatem TPPR – prowadzano nas czasem do tak zwanego Domu Przyjaźni przy ul. Foksal. Puszczano tam różne dzieła radzieckiej sztuki filmowej. Miało to taką dobrą stronę, że dwie godziny lekcyjne szły się pierniczyć. Ale skoro była dobra strona – to musiała być i jeszcze lepsza. W tym że Domu Przyjaźni – była całkiem fajna knajpa z sowieckim winiorami i szampanami. Najlepiej mi jednak wchodził ormiański koniaczek... Jak nas prowadzali do kina – to zajmowaliśmy miejscówkę blisko wyjścia i jak już pogasili światła w ciągu dziesięciu minut – już siedzieliśmy na dole przy kielonkach. Że nigdy tam nie napatoczyła się nauczycielka – albo, że podawali nam alk bez problemów - nie kumam...
No ale raz do Domu Przyjaźni spędzili chyba całą szkołę. Była rocznica Rewolucji Październikowej i jakieś szczególne obchody zapowiadali. Przewidzieliśmy więc, że z knajpą może nie wypalić, a i zgadaliśmy się z gośćmi z innych klas, że te obchody rzeczywiście powinny być szczególne... Zrobiliśmy taką większą grupę i podzieliliśmy ją na dwie sekcje. Pierwsza sekcja piwna: książeczki i zeszyty w szkolnych torbach ustąpiły miejsca zakupionemu wcześniej browcowi... Wbiliśmy się na tą sale – film ma trwać ze dwie godziny. I gites. Zaraz od początku projekcji z różnych stron słychać tylko psykanie kapsli, ale wszystko na razie elegancko. Wreszcie widzimy jak Lenin wchodzi na trybunę. Druga sekcja, kefirowa, wyciąga z toreb amunicję i rozdaje chętnym. Zdaje się, że to nie tak było w planach, ale chyba Baran już miał dobrze pod sufitem, bo wstał i – jak to miał w zwyczaju na całe gardło: „Za Rodinu !!!” i... zajebał Leninowi z kefira. To co działo się później to całkowity kociokwik. Kto miał kefir – rzucał w ekran. To były sekundy, ale filmiku już nie dało się oglądać... Zaraz ktoś zapalił światło i krzyknął „Milicja !!!” Na ten dźwięk – rozpoczęła się totalna ewakuacja – harmider, krzyki, brzęk dziesiątków pustych butelek...
I co było później ??? A nic... Później wróciliśmy po godzinie do budy i odbyły się normalnie lekcje. Zupełnie nic nam nie zrobili... Tylko już do tamtego kina ani razu nas nie zabrali.

------------------------------------------------

Tak jak się mówi „co to za cela, gdzie nie ma cwela” – tak samo każda klasa musi mieć swojego debila. I takim był Koza. To znaczy, ja go bardzo – jako dostarczyciela niezliczonych okazji do beki – lubiłem, nie mniej jednak uchodził za kompletnego idiotę. Fakt, nie miał do nauki ani serca, ani talentu – pił za to rewelacyjnie...
Koleżka ten miał taka przypadłość, że oceny niedostateczne zbierał hurtowo. Organizowaliśmy mu tak zwane „Jubileusze”. Polegały one na tym, że jak w danym półroczu dostawał dziesiątą, piętnastą, czy dwudziestą „banię” - musiał stawiać nam piwo. Któregoś dnia – z kasiorą coś było krucho, a Koza miał grubą mamonę na płyty z takiego komisu muzycznego na Ursynowie. Wtedy jeszcze czynnie chodziliśmy na rosyjski. Siedzimy na tym ruskim wyjątkowo trzeźwi. Patrzymy tak z Marym po sobie – chujowo – nic nie łykneliśmy i nie łykniem. Pani rozdaje kartkówki – Koza – oczywiście niedostateczny. Szturcham Marego. Sprawdziłem tabelkę Kozy – *****, to jego osiemnasta bańka w tym miesiącu, jutro pewnie będzie stawiał, ale na dziś to ostatnia lekcja. Pani zaczyna sprawdzać pracę domową... Wyczytuje Koze – a on na to, że nie odrobił... Pani na to – „bardzo ładnie, nie wiem jak sobie to wyobrażasz – siadaj – dwa!”. Kikam na tabelkę - do szczęścia brakuje jeszcze jednej „bani...”
I w tym momencie Mary przechodzi sam siebie: „Pani mu jeszcze zeszyt sprawdzi !”
W klasie już rechot, a nauczycielka tekst: „No właśnie dziecinko, pokaż mi swój zeszycik.” A z Kozy wydobył się niemrawy pisk: „Zapomniałem...” Cha cha cha - jest jest jest !!!!
Miał przy sobie sporo tego blitu – więc od razu kupił kratkę. Poprawiliśmy jeszcze jedną. Koza najebany, ale misję kupna płyt, choć już częściowo, zrealizować musi. Uparł się. Wsadziliśmy go w autobus – pojechał. Płytek nie kupił wcale. Proste: część pieniędzy przepił – resztę zgubił...
On w ogóle miał akcje... Baba od chemii próbowała go za uszy ratować. Wszystko miał mieć darowane – pod jednym warunkiem. Miał wiedzieć wszystko o tłuszczach...
No i on się rył tego tydzień chyba. Dostał temat: mydło. Mnie szczena opadła – Koza rysuje te łańcuchy, jakieś równania bez zająknięcia pisze... Ja przepraszam. Już ma być wszystko OK. – baba go tylko pyta – „No dobrze to powiedz nam tylko jeszcze - co to jest to mydło ?” Cisza. Otworzył japę i nic... „No co to jest to mydło?” – chemiczka już wyraźnie poirytowana... „Tłuszcz, tłuszcz !!!” dobiegają szepty od dziewuch. A Kozioł w paroksyzmach umęczenia: „Mydło, mydło... no... taka kostka... wie pani...” i próbuje tą kostkę nakreślić rękami w powietrzu...
Mary i ja pospadaliśmy z krzeseł. Kozę bezduszne babsko wywaliło za drzwi...”

W ogóle chłopak pechowy był. Nie tylko w szkole. Oczy miał duże – panienki na to leciały, ale psom zawsze się wydawał pijany lub naćpany. No, najebani mogliśmy być w opór – jak wchodziliśmy na Legię – i nic. Tylko jego zabierali na bok i kazali mu chuchać... Nawet jak trzeźwy był jak ta przysłowiowa świnia.
Koło Kozy zawsze kręciły się jakieś dupy. Dostał kiedyś od jakichś lasek zaproszenia na koncert Papa Dance – takiej chujowiutkiej kapelki z tamtych czasów. Pojechaliśmy we czterech, biorąc ze sobą Orlasa – klienta z mojej Strefy, niezłego zadymiarza.
Impreza była na Góralskiej na Woli w Domu Kultury czy czymś takim – podbijamy, a tam tłum miejscowej kawalerki próbuje się dostać do środka. Bezskutecznie. My z tymi kwitami pchamy się przez nich – jakieś niezadowolenie, pomruki... Rozkminiam jednego kędziora z Legii, któremu wyraźnie nie pasujemy...
Impra nudna jak *********, po paru piosenkach jakieś zadawanie pytań tym wokalistom nieszczęsnym, alkohol z nas odparował – dno. Wreszcie koniec. Wszyscy się zbierają. My tam koło tych panienek się jeszcze kręcimy – a tu wjeżdża paru koleżków i w taki deseń: „No złaźcie, złaźcie – czekamy na was...” Mary i Koza to do wojowników nigdy nie należeli, wiec spojrzeliśmy po sobie z Orlasem. Nie jest dobrze. Podbija do mnie ten kędzior z Legii – pokazuje na mój sza(L)ik – „Legia Ci dzisiaj nie pomoże...” Orlas mówi, „dobra schodzimy. Jak ich dużo – to każdy w swoją stronę – jakby co zbieramy się na przystanku...” Schodzimy na dół – tak stoi w grupkach ze dwudziestu paru typa...Rozdzielamy się. Widzę kątem oka po lewej jak Orlas zalicza w maskę. Po prawej to samo z Kozą, a przede mną jakiś parking i trawnik. Ciemno – no to rura między te bryki – wtem jeb ! Potężny kop zwala mnie z nóg. Patrzę dwóch takich byków nade mną – to ja: „Aaaaa wątroba, moja wątroba... pękła... *****, jestem po operacji...” W kolesi jakby prąd pieprznął: „Zrywka!” któryś krzyknął i zniknęli. Leżę na tym trawniku. *****, gdzie okulary ?! Ale, zaraz... są ... i nawet całe. Nic mi nie jest, sza(L)ik mam, nikt mnie nie atakuje, wstaję – patrzę na plac boju, a tam niebiesko od milicji. No to sobie wstałem i grzecznie poszedłem na umówiony przystanek. Zero strat, tylko spodnie troszkę brudne. Za chwilę pojawia się Orlas: „Luz, przyjąłem dwa szybkie, nie protestowałem i honorowo mnie puścili. Zrobimy im wjazd ciężką ekipą za jakiś czas. Koze chyba nieźle obiją, bo mordy nie umiał na kłódę trzymać”. Po kilku minutach pojawia się Koza – ja nie mogę... Był w takiej białej kurteczce, która po akcji zrobiła się czerwono biało czerwona. Widzewiak jak w mordę strzelił. A strzelił go ktoś nie raz – masakra... Marego brak. Robimy odwrót na rewir, kur zapiał, no wcięcie.. Co jest. Odwrót. Jedziemy tak autobusem, ludzie na widok Kozy usuwają się w kąt, a on coś ********, że kilku trafił, że stu nas przecież zaatakowało – i takie motywy... Orlas kazał mu się zamknąć i do kina Femina jechaliśmy w milczeniu. Postanowiłem, że odprowadzimy go do domu, pod drzwi – bo coraz gorzej wygląda. Schowaliśmy się na klatkowskiej za winklem - Koza stanął przed drzwiami, nacisnął dzwonek... Usłyszeliśmy tylko kobiecy skowyt: „Jezuuus Marrrriaaaa!!!” I Koze, jak relacjonuje jak jakaś ofiara: „Mamusiu, wiesz byłem na koncercie – napadli nas”. Długo z Orlasem jeszcze prowadziliśmy rechot.
Byliśmy w pobliżu Placu Dzierżyńskiego – poszliśmy więc do „Rzepichy”. Tam było jeszcze otwarte. Kupiliśmy pół litra na ochłonięcie...

CDN....

Pawełek
22-12-2003, 14:29
Text bez cenzury dostępny jest na: http://www.lechia.gda.pl/cgi-bin/forum/post/3430.shtml

Pozdruffki !

emde
22-12-2003, 14:40
Zdaje się, że to nie tak było w planach, ale chyba Baran już miał dobrze pod sufitem, bo wstał i – jak to miał w zwyczaju na całe gardło: „Za Rodinu !!!” i... zajebał Leninowi z kefira.

Ten fragment mnie rozjebal doszczetnie :buhaha: :buhaha: :buhaha:

Adams_
22-12-2003, 18:25
Okazało się, że do tej budy trafiały orły, które nie załapały się gdzie indziej.

Ja tez do takiej szkoly chodzilem. Mimo nieustannego ochlejstwa chyba cos z nas wyroslo. Jedna taka niunia teraz na lwach sie wozi w filmie Jerzego Kawalerowicza.




Byliśmy w pobliżu Placu Dzierżyńskiego – poszliśmy więc do „Rzepichy”. Tam było jeszcze otwarte. Kupiliśmy pół litra na ochłonięcie...

CDN....

"Rzepicha" to klasyk. W 7 klasie podstawowki kupilem tam pol litra Zyta. Sprzedali bez zawachania. Kiedys to byl nocny... kolejki na pol ulicy :D

arczi
22-12-2003, 19:53
Pawelek.
Czytanie twoich wspomnien wyciagneło mnie z niezłej doliny.
Piwo jak nic :>

ems
22-12-2003, 22:30
kiedys to piekne czasy byly
dolaczam sie do postulatu arcziego.

Pawełek
23-12-2003, 08:08
Króciutki c.d. ostatniego opowiadania:

W epoce braku już nawet nie telefonów komórkowych, a jakichkolwiek – trudno było ustalić los Marego, a na Jelonkach gdzie mieszkał – telefon w mieszkaniu mieli raczej tylko wybrańcy władz. Ale pocieszaliśmy się, że przecież musiał jakoś dać radę, bo przecież przeczesywaliśmy tamto osiedle całkiem dokładnie.
Rano wchodzę do „Palestyny” (tak czasem nazywaliśmy swoją budę) – dziewczyny mnie otaczają – jakaś gruntowna obcinka – i pytania „Pawełek – ty w ogóle byłeś na tym koncercie ?” Nie wiem o co im chodzi – a tu się okazuje, że Koza jest już od świtu i w szatni opowiada o wczorajszym wieczorze jak o pacyfikacji Woli w czasie Powstania. Schodzę do szatni – i mnie przytkało – Koza ma kwadratowy łeb z zielono-fioletowymi zapuchniętymi oczami. No i przyszedł, żeby zasiać sensację. Zjebałem go jak psa i pytam gdzie Mary... Jednak nikt go jeszcze nie widział. W szkole tego dnia nie pojawił się...
Do Marego dotarłem z Orlasem wieczorem. Obraz nędzy i rozpaczy. Jak zobaczył wtedy tą załogę - popełnił duży błąd – próbował najpierw uciekać, a potem prosił ich żeby go nie stłukli. No to go skopali... Lewą stroną głowy miał prawie czarną, a ucho ze dwa razy większe niż normalnie...
Na Ursynowie Orlas pozbierał łobuzerską ekipę na rewanż. Jednak on i bracia Zet stanowczo zabronili mi z nimi jechać. Wytłumaczyli mi to w prosty sposób: „Ty jak nie trafisz za pierwszym czy drugim razem, a cię dobrze skontrują – to leżysz i dostajesz buty. Po za tym z twoimi okularami zawsze są problemy.” Nie wiem, może i mieli rację – do bysiorów jak oni – nie należałem, ale i tak uważałem, że przesadzają... Podobno dobrze wypadli w czasie tej wyprawy, ale później był znowu odwet z tamtej strony na Strefie.
Ganiali się tak jeszcze po mieście z pół roku.

*****************

W tym roku to chyba na tyle...

Wesołych Świąt - Najlepszego !

Jaco
08-09-2004, 17:33
No to ten temat też odświeżę, specjalnie dla nowych użytkowników 8)
Może ktoś opisze swoje przygody.... :brawo:

Bastion
08-09-2004, 20:01
Jeden temat lepszy od drugiego :D. Mam nadzieje ze podobne w brzmieniu wspomnienia beda pod tytulem "Droga do Wiednia" :D