PDA

Zobacz pełną wersję : Korespondencja Światowa



Buziek_LG
15-02-2012, 20:52
Tworzę nowy temat by nie zaśmiecać polityki, mój prywatny wybór najciekawszych artykułów i opinii z prasy światowej i polskich agencji informacyjnych.



Rola Kościoła anglikańskiego w życiu społecznym kraju nie jest właściwie rozumiana; nie jest nią obrona własnego statusu kosztem innych wyznań - oświadczyła brytyjska królowa Elżbieta II, będąca tytularnym zwierzchnikiem państwowego Kościoła anglikańskiego.
"Kościół anglikański jest społecznie niedoceniany, a czasami rozumiany niewłaściwie" - oceniła monarchini w wypowiedzi cytowanej przez Press Association.

"W szczególności nie jest rozumiane to, że ma on obowiązek chronić inne wyznania" - zaznaczyła w przemówieniu wygłoszonym w środę w Pałacu Lambeth, siedzibie arcybiskupa Canterbury Rowana Williamsa, gdzie przybyła wraz z księciem Edynburga Filipem.

"Elżbieta II wykazała, że bycie człowiekiem religijnym nie jest niczym nienormalnym ani przejawem jakiegoś ekscentryzmu" - powiedział abp Canterbury, wywołując salwę śmiechu wśród zgromadzonych.

"Religia - zaznaczył abp Williams - ma żywotne znaczenie dla modelu społeczeństwa, którym chcemy się stać. Religijne symbole i tradycje nie są oznaką konserwatyzmu ani nostalgii, lecz tym, co nas łączy jako wspólnotę".

W spotkaniu w Pałacu Lambeth wzięli udział przedstawiciele Kościołów chrześcijańskich i ośmiu religii niechrześcijańskich. Przyniesiono najważniejsze symbole każdej z religii, w większości wypożyczone na tę okazję z Muzeum Wiktorii i Alberta. Elżbieta II odwiedziła abp. Canterbury w ramach obchodów diamentowego jubileuszu - 60-lecia wstąpienia na tron.

Dyskusję o roli religii w życiu społecznym wywołało w W. Brytanii niedawne orzeczenie sądu, który w sprawie wniesionej przez byłego radnego-ateistę Clive'a Bone'a przeciwko władzom samorządowym miasta Bideford zakazał radnym wspólnych modlitw na początku formalnych obrad. Zakaz obowiązuje w Anglii i Walii (modlitwy nadal odbywają się na rozpoczęcie obrad Izby Lordów).

Elżbieta II ma formalny tytuł Fidei Defensor (Obrońcy Wiary) i Supreme Governor (Najwyższego Zwierzchnika) anglikanów.

Kościół Anglii oddzielił się od Stolicy Apostolskiej i od Kościoła katolickiego w 1534 r. za panowania Henryka VIII. W Anglii liczy ok. 25 mln wiernych.

85-letnia monarchini nie ma wprawdzie silnej, realnej władzy w Kościele anglikańskim, ale jej rola uważana jest za ważną w sensie symbolicznym. Mianuje biskupów spośród kandydatów zgłoszonych przez urząd premiera. (PAP)

UE otrzymała odpowiedź od głównego irańskiego negocjatora do spraw nuklearnych Saida Dżalila na prośbę szefowej unijnej dyplomacji Catherine Ashton o wyjaśnienie kwestii kontrowersyjnego programu nuklearnego - poinformowała w środę rzeczniczka pani Ashton.
"Otrzymaliśmy dzisiaj list od pana Dżalila w odpowiedzi na list wysłany przez panią Ashton w październiku 2011 r. Analizujemy ten list z uwagą i we współpracy z naszymi partnerami z grupy 5+1 (skupiającej pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i Niemcy) - powiedziała rzeczniczka szefowej dyplomacji UE Maja Kocijanczicz, nie ujawniając szczegółów korespondencji.

Wcześniej arabskojęzyczna irańska telewizja Al-Alam poinformowała, że Iran przekazał Ashton pismo na temat swej gotowości do wznowienia negocjacji nuklearnych z wielkimi mocarstwami.

Według tego źródła, Teheran "wyraża w nim gotowość do przeprowadzenia w sposób konstruktywny nowych rozmów na temat swego programu nuklearnego".

W liście, który w październiku Ashton przekazała Dżalilemu, czytamy, że głównym celem unijnej dyplomacji jest wypracowanie porozumienia, które "przywraca międzynarodową wiarę w wyłącznie pokojową naturę irańskiego programu nuklearnego".

Ashton napisała, że jeśli Iran "poważnie zaangażuje się w sensowną dyskusję", mocarstwa gotowe są podjąć rozmowy w sprawie irańskiego programu jądrowego w najbliższych tygodniach.

Szefowa dyplomacji UE prowadząca z ramienia "szóstki" (USA, Rosji, Chin, W. Brytanii, Francji i Niemiec) kontakty z Iranem, dała jasno do zrozumienia, że nie może to być powtórka z ostatniej rundy negocjacji, która w styczniu 2011 r. nie przyniosła rezultatów.

Ashton w liście wyraziła zgodę na podjęcie rozmów w nadchodzących tygodniach, o ile Iran nie będzie stawiać warunków wstępnych.

Zachodni dyplomaci często oskarżają Iran o to, że zabiega o negocjacje, aby w ten sposób zyskać na czasie i kontynuować swój program nuklearny bez większych ustępstw.

Iran zgłasza chęć podjęcia negocjacji, ale upiera się przy tym, by inne kraje uznały jego prawo do wzbogacania uranu, na co Zachód nie chce się zgodzić.

Zachód podejrzewa bowiem, że irański program nuklearny ma na celu zdobycie broni atomowej, czemu Teheran systematycznie zaprzecza, twierdząc, iż zamierza wyłącznie produkować energię elektryczną.

W środę irańskie media relacjonowały postępy, jakie poczyniono w pracach nad programem nuklearnym. Prezydent tego kraju załadował wzbogacone uranowe pręty paliwowe do reaktora badawczego, zaprezentowano też nową generację wirówek do wzbogacania uranu. (PAP)

Iran poinformował o wyprodukowaniu własnych prętów wypełnionych paliwem nuklearnym. Irańskie media pokazały prezydenta tego kraju Mahmuda Ahmadineżada, który załadował pręty do reaktorów badawczych w Teheranie. Podczas uroczystości zaprezentowano też nową generację wirówek, których w sumie ma być już 9 tysięcy.
Paliwo uranowe w prętach zostało wzbogacone do 20 procent. Aby wyprodukować bombę nuklearną, potrzeba uranu wzbogaconego do 90 procent. Władze Iranu twierdzą, że dzisiejszy pokaz jest to kolejny przełomowy moment w pracach nad rozwojem programu nuklearnego. Jednak eksperci uważają, że nie można mówić o przełomie, między innymi dlatego, że reaktor w Teheranie jest jedną z mniej istotnych irańskich instalacji, w przeciwieństwie do tych z ośrodków w Natanz i Fordo.

Marcin Piotrowski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreśla w rozmowie z Polskim Radiem, że dzisiejsza uroczystość w Teheranie to raczej pokaz siły niż rzeczywisty przełom. Piotrowski zauważa, że reaktor w Teheranie ma przeznaczenie badawcze i cywilne. Zdaniem analityka PISM, Iran chce w ten sposób pokazać, że mimo sankcji władze są zdolne do opanowania pełnego cyklu nuklearnego i że dążą do samodzielności w tym zakresie.

Irański program nuklearny budzi obawy Stanów Zjednoczonych i Europy. Iran twierdzi, że program służy do celów pokojowych, ale Zachód uważa, że Teheran pracuje nad wyprodukowaniem bomby jądrowej. W przyszłym tygodniu do Iranu kolejny raz mają przyjechać przedstawiciele Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

Program nuklearny stał się powodem nałożenia przez Unię Europejską zakazu eksportu irańskiej ropy do krajów europejskich. Ma on obowiązywać od lipca. Dzisiaj irańska telewizja Press TV poinformowała, że w odwecie Iran już teraz wstrzymał eksport ropy do sześciu krajów Unii. W godzinę później informacjom tym zaprzeczyły jednak władze w Teheranie.(IAR)

Zdaniem prezesa Centrum Stosunków Polska-Azja Radosława Pyffla, Chiny poważnie wesprą finansowo strefę euro. Między innymi temu wsparciu poświęcony jest dwudniowy szczyt UE-Chiny w Pekinie. Szef chińskiego banku centralnego Zhou Xiaochuan zadeklarował dziś, że Chiny wykupią kolejne euroobligacje.
"Chiny wesprą strefę euro, bo im się to po prostu opłaca" - tłumaczy Radosław Pyffel. "Unia Europejska jest największym rynkiem zbytu dla chińskich towarów. W związku z tym o Europę trzeba dbać. UE i Stany Zjednoczone są jak dwie trampoliny, z których Chiny odbijają się do wielkiego wzrostu" - dodaje ekspert.

Przebywający w Pekinie europejscy przywódcy, czyli przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy i szef Komisji Europejskiej Jose Barroso, apelowali też do Chin o szersze otwarcie chińskiego rynku dla europejskich towarów. Zdaniem Radosława Pyfflas stanie się tak nawet bez apeli ze strony Europejczyków. "Bilans handlowy między Unią Europejską a Chinami będzie się w najbliższych latach wyrównywał. Przyszłość ma eksport do Chin. Import z Chin to była poprzednia dekada. Tamtejszy rynek bardzo się rozwija. Ci, którzy mają pomysł na to co sprzedawać Chińczykom, odniosą sukces. Nie ulega wątpliwości, że tendencje w handlu z Państwem Środka się odwracają. Chińczycy przestają być producentami, przestają być importerami kapitału, a stają imprterami dóbr, a eksporterami kapitału" - podkreśla szef Centrum Stosunków Polska-Azja.

Radosław Pyffel dodaje, że europejskim przedsiębiorcom pomaga również umacniająca się powoli chińska waluta.

Informacyjna Agencja Radiowa

Około 270 tys. osób podpisało się na Białorusi pod petycjami przeciwko wykonaniu kary śmierci na dwóch skazanych za zamach z 11 kwietnia 2011 r. w mińskim metrze, w wyniku którego zginęło 15 osób - poinformował w środę opozycyjny portal Karta'97.
Jedną z petycji przygotowała matka Uładzisłaua Kawalioua, skazanego na śmierć za współudział w zamachu. Druga petycja została zamieszczona w internecie z inicjatywy organizacji Stowarzyszenie Praw Człowieka występującej przeciwko karze śmierci.

"Już tyle osób podpisało się pod tymi petycjami, że to robi wrażenie. I świadczy o bacznym śledzeniu sprawy zarówno przez obywateli białoruskich, jak i innych państw. Wielu ludzi oburza i szokuje, że zwykłych chłopaków złapano i prowadzi się ich na gilotynę" - powiedziała szefowa Stowarzyszenia Praw Człowieka Ludmiła Hraznowa.

30 listopada zeszłego roku białoruski Sąd Najwyższy skazał Kawalioua i Dźmitryja Kanawałaua, uznanego za wykonawcę zamachu, na karę śmierci. 25-letniego Kanawałaua oskarżono o przygotowanie i podłożenie ładunku wybuchowego, a jego rówieśnika Kawalioua o współudział i niepoinformowanie o przestępstwie.

Jak podkreśliła Hraznowa, wprowadzenie na Białorusi moratorium na wykonanie kary śmierci jest kluczową sprawą dla poprawy stosunków tego kraju z państwami demokratycznymi. "To bardzo bolesna sprawa i dla nas, i dla nich, zachodnich partnerów Białorusi. Dlatego trzeba wprowadzić moratorium. A w sprawie Kanawałaua i Kawalioua jest potrzebne nowe śledztwo" - oznajmiła działaczka.

Organizacja obrony praw człowieka Amnesty International wezwała w grudniu prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenkę do wprowadzenia moratorium na karę śmierci. Przedstawicielka organizacji Heather McGill podkreśliła wówczas, że istnieje niebezpieczeństwo, iż skazani nie są w rzeczywistości winni. Także szef Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy Jean-Claude Mignon oświadczył, że ma poważne wątpliwości co do ich winy.

Grudniowy sondaż niezależnego białoruskiego ośrodka NISEPI wykazał, że więcej Białorusinów (43,3 proc.) nie wierzy w winę skazanych, niż w nią wierzy (37 proc.).

Wyrok sądu jest prawomocny, ma być wykonany przez rozstrzelanie. Wykonanie kary śmierci wstrzymać może jedynie Łukaszenka. Powiedział on jednak niedawno w rosyjskiej telewizji: "Jako prezydent uważam, że kara za podobne czyny powinna być najsurowsza".
(PAP)

Kilka tysięcy węgierskich studentów protestowało przed budynkiem resortu edukacji w Budapeszcie. Domagali się wycofania przez rząd kontrowersyjnej nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym. Demonstrację zorganizowała studencka organizacja HOOK przy poparciu Europejskiej Unii Studentów..
Studenci przynieśli ze sobą transparenty z napisami "Nie jesteśmy niewolnikami !", " Żądamy pracy a nie represyjnych ustaw!". Najbardziej kontrowersyjnym paragrafem ustawy jest - zdaniem studentów - konieczność podpisywania pisemnego oświadczenia, że po podjęciu pracy za granicą student będzie musiał zwrócić państwu koszt studiów na węgierskiej uczelni.

Lider organizacji HOOK David Nagy przedstawił kolejne postulaty studentów. Chodzi o konieczność zmian w systemie edukacji, które pozwoliłby absolwentom wyższych uczelni na łatwiejsze znalezienie pracy; autentyczny wpływ przedstawicieli studentów na rozdział stypendiów i sposób przeprowadzania egzaminów. Studenci żądają również kredytów na finansowanie swoich studiów. (IAR)

Buziek_LG
15-02-2012, 21:07
Jeszcze to ;]

Serbia zagroziła Unii Europejskiej rosyjskimi bazami wojskowymi na swoim terytorium, jeśli na początku marca nie otrzyma statusu kandydata do UE.

- Żeby nikomu nie przyszło do głowy zaproponowanie Rosjanom wybudowania tutaj baz wojskowych, UE i Ameryka muszą prowadzić wobec nas politykę wolną od uprzedzeń - powiedział wicepremier i minister spraw wewnętrznych Ivica Daczić gazecie "Novosti".

- Co by było, gdyby w Serbii zbudowana została rosyjska baza? - spytał Daczić, który jest też szefem Socjalistycznej Partii Serbii. - Byłoby to problemem dla USA? Z pewnością by było.

Gazeta "Novosti" opatrzyła wypowiedź Daczicia tytułem "Wpychają nas w ramiona Rosjan".(wp.pl)

Buziek_LG
16-02-2012, 11:17
- W przypadku zagrożenia integralności terytorialnej, Rosja użyje swojego potencjału jądrowego - ostrzegł w wywiadzie dla radia "Echo Moskwy" szef Sztabu Generalnego Nikołaj Makarow. Poinformował również, że Rosja bardzo poważnie traktuje swój potencjał strategiczny i pracuje nad jego modernizacją.

Według Makarowa, broń jądrowa to najważniejszy element gwarancji bezpieczeństwa Rosji. Już kilka dni temu szef Sztabu Generalnego zapowiedział, że jego kraj dofinansuje w najbliższych latach rozbudowę potencjału jądrowego i nowoczesnych systemów obrony przeciwrakietowej.

Jednocześnie rosyjscy dziennikarze twierdzą, że w 2012 roku zostanie uszczuplony budżet wojsk lądowych. Ma to między innymi związek z decyzją Ministerstwa Obrony, które zawiesiło na 5 lat kontrakty z rodzimymi firmami produkującymi broń konwencjonalną.

Rosjanie odpowiedzą na atak na Iran?

Oficjalne źródła poinformowały, że Kreml rozkazał dowództwu armii opracować różne warianty rosyjskiej odpowiedzi na ewentualny atak na irańskie instalacje nuklearne. Ministerstwo obrony powołało też centrum, które ma monitorować sytuację Teheranu - podała agencja Middle East Newsline.

Szef Sztabu Generalnego armii rosyjskiej gen. Nikołaj Makarow, powiedział, że Iran jest "punktem zapalnym" i podkreślił, że wokół Teheranu rośnie presja międzynarodowa, która może skończyć się akcją wojskową. - Jakaś decyzja powinna zostać podjęta, prawdopodobnie bliżej lata - oświadczył.

Rosyjski wojskowy dodał, że główna uwaga Kremla skupia się teraz właśnie na Iranie i resort obrony utworzył centrum, które ma monitorować sytuację w tym kraju oraz na całym Bliskim Wschodzie. Jak powiedział, wcześniej poszczególna dowództwa zbierały informacje na własną rękę, teraz pozyskiwanie danych zostanie skoordynowane. (SOL, IAR)


Nowe libijskie władze nie kontrolują kraju, a w wielu regionach niepodzielną władzę sprawują miejscowe bojówki - alarmuje Amnesty International. Organizacja opublikowała raport na temat sytuacji w Libii na dzień przed pierwszą rocznicą powstania, które doprowadziło do obalenia Muammara Kadafiego. Z raportu wynika, że ponad trzy miesiące po zabiciu dyktatora, nowa władza jest słaba, a lokalne grupy powstańców bezprawnie przetrzymują więźniów i torturują ich.
Amnesty International twierdzi, że centralna władza w Trypolisie nie jest w stanie kontrolować tego, co dzieje się w kraju. Lokalne bojówki nie tylko sprawują samozwańcze rządy, ale także nagminnie łamią prawa człowieka. Organizacja pisze w raporcie o co najmniej 12 osobach, które w ostatnich tygodniach zmarły w prowizorycznych więzieniach w wyniku tortur. „Moi koledzy widzieli więźniów bitych na środku więziennego podwórka. Przetrzymywani pokazywali nam widoczne ślady tortur - byli biczowani i poddawani elektrowstrząsom” - podkreśla Carsten Jugersen z Amnesty International. Dwa tygodnie temu podobny raport wydała Organizacja Narodów Zjednoczonych. Według ONZ, lokalne bojówki w Libii bezprawnie przetrzymują około 8 tysięcy osób.

Nowe libijskie władze wciąż nie poradziły sobie z rozbrojeniem bojówek, które w ostatnich miesiącach wspólnie walczyły przeciwko Muamarowi Kadafiemu. Już w październiku wybuchł na tym tle spór, gdy bojownicy z Misraty przez kilka dni nie chcieli wydać nowym władzom ciała Muammara Kadafiego.(IAR)

No i coś dla pokolenia f-b ;]

Kolejny skandal dotyczący prywatności w internecie. Szefowie portalu społecznościowego Twitter przyznali, że kopiują całe książki telefoniczne i adresowe użytkowników. Często bez ich wiedzy i zgody. Według doniesień, podobne zdarzenia zaobserwowano także na innych portalach, między innymi na Facebooku i w serwisie Path.
Dostęp do książki adresowej uruchamia się, gdy użytkownik włącza funkcję „Znajdź przyjaciół” w aplikacji na telefonie komórkowym. Poinformował o tym jako pierwszy programista z Singapuru, gdy zauważył, że cała jego książka adresowa została pobrana z telefonu iPhone i znalazła się w serwisie społecznościowym Path. To samo zauważono na Twitterze i - według niepotwierdzonych doniesień - na innych portalach społecznościowych, w tym na Facebooku.

Dwaj amerykańscy kongresmeni poprosili firmę Apple o wyjaśnienie, dlaczego produkowane przez nią urządzenia iPhone umożliwiają dostęp do prywatnych danych użytkowników.

Szef firmy Path przeprosił internautów, a Twitter obiecał, że jego polityka prywatności będzie bardziej przejrzysta i zrozumiała dla użytkowników.(IAR)

spotter_spotterow
16-02-2012, 12:43
dla mnie to wygląda jak przeklejanie onetu...

Z.
16-02-2012, 12:50
Serbia zagroziła Unii Europejskiej rosyjskimi bazami wojskowymi na swoim terytorium, jeśli na początku marca nie otrzyma statusu kandydata do UE.

Dobry suplement do dyskusji o naszych braciach Serbach :]

KBK
16-02-2012, 13:28
Dziwisz im się?
Rosja to jedyny kraj który wstawiał się za Serbami w czasie wojny w Kosowie, dla nich to naturalny sojusznik także historycznie. Wiadomo, że Ruscy nie robią tego "z miłości", ale tak jest wszędzie.

spotter_spotterow
16-02-2012, 14:45
Serbia chce być kandydatem do UE bo dzięki takiemu statusowi tymczasowo będzie mogła uzyskać różne przywileje handlowe. W taki właśnie sposób tworzyła się obecna siła gospodarcza Turcji. Przy odpowiednich rządach jest to dużo bardziej korzystne niż bycie członkiem unijnego skansenu. Patologiczny przykład serwilistycznej Polski to kompletne zaprzeczenie polityki tego typu.

Buziek_LG
16-02-2012, 16:30
dla mnie to wygląda jak przeklejanie onetu...

Na Onecie nie bywam więc niespecjalnie wiem co tam można przeczytać. Ja bazuję na serwisach informacyjnych PAP, IAR, KAI oraz na przeglądzie bbc.co.uk, interfaxu i itar-tass. Z tych ostatnich jak przeczytam coś naprawdę ciekawego nieprzedrukowanego jeszcze przez PAP lub IAR będę tłumaczył sam. Ot taka rozgrzewka przed startem mojego bloga.
No i rzecz jasna niestety IAR i PAP mają zamknięty dostęp, podobnie jak ITAR-TASS. Reasumując pozastępuję Onet ;)

@Z. Piszesz tak jakbyś był zaskoczony wzajemną sympatią Serbów i Rosjan, oraz Serbii i Rosji

Na dziś coś co mnie zainteresowało najbardziej czyli emerytury w kontekście rekomendacji KE

Komisja Europejska zaleca unijnym krajom wydłużenie wieku emerytalnego i powiązanie go z długością życia. Bruksela przestrzega, że finanse publiczne państw członkowskich mogą w przyszłości nie wytrzymać obciążeń. Unijni eksperci wyliczyli, że kilka lat temu na jednego emeryta przypadały cztery osoby pracujące i tym samym finansujące ich emerytury, do 2060 roku będą tylko dwie takie osoby. „Dotyka nas efekt starzenia się społeczeństwa, osoby z wyżu demograficznego osiągają wiek emerytalny, a na rynek wchodzi coraz mniej osób” - argumentował komisarz do spraw zatrudnienia Laszlo Andor.
Dane Komisji mówią o tym, że Polska ma jeden z najniższych współczynników zatrudnienia osób w wieku od 55-64 lat - około 34 procent. Niższy ma tylko Malta, a dla porównania w Szwecji ten współczynnik wynosi ponad 70 procent.

Jeśli chodzi o rekomendacje dla poszczególnych krajów dotyczące zmian w systemach emerytalnych, to wśród zaleceń dla Polski znalazło się ograniczenie przywilejów służb mundurowych, wydłużenie efektywnego wieku emerytalnego i uzależnienie wysokości składek emerytalnych płaconych przez rolników od dochodów.

Komisja zastrzega, że są to tylko rekomendacje, bo nie może narzucać żadnych rozwiązań państwom członkowskim, reformy emerytalne leżą w gestii europejskich rządów. Bruksela ma jednak nadzieję, że wezmą one jej sugestie pod uwagę.
************************************************** ****
Reforma systemu emerytalnego była jedną z pierwszych inicjatyw rządu Mario Montiego i znalazła się w pakiecie antykryzysowym przedstawionym 4 grudnia ubiegłego roku, czyli zaledwie osiemnaście dni po jego zaprzysiężeniu. Docelowo - do roku 2018 - przewiduje ona podniesienie wieku emerytalnego do 66 lat, tak dla kobiet, jak i dla mężczyzn.
Reforma przewiduje przejście od metody obliczania wysokości przyszłej emerytury na podstawie zarobków do metody biorącej pod uwagę wyłącznie składki emerytalne. Od 1 stycznia tego roku na emeryturę przed ukończeniem ustawowego 62 roku życia może więc iść tylko ten, kto płacił składki przez 41 lat i jeden miesiąc w przypadku kobiet i 42 lata i jeden miesiąc w przypadku mężczyzn. Rezultat tej zmiany będzie bolesny: według dawnego systemu można było liczyć na emeryturę w wysokości 70-80 procent ostatnich zarobków, według nowego może to być jedynie połowa. Przez najbliższe dwa lata nie będzie dodatku inflacyjnego dla osób otrzymujących emeryturę w kwocie powyżej 936 euro.

Średnia włoska emerytura wynosi w tej chwili 1600 euro miesięcznie.
**************************************************
W Hiszpanii przedłużono wiek emerytalny z 65 do 67 lat. By otrzymywać pełną emeryturę, trzeba mieć przepracowanych 37 lat. Nowy system obowiązuje od roku. Rząd zapowiada, że wkrótce wprowadzi w nim zmiany. Pozwoli, aby emeryci pracowali zawodowo bez utraty prawa do emerytury.
Do niedawna kobiety i mężczyźni odchodzili w Hiszpanii na emeryturę w wieku 65 lat. Ponieważ średnia wieku Hiszpanów przekroczyła 80 lat, tamtejszy rząd przedłużył o dwa lata wiek emerytalny. Zgodnie z reformą, przed ukończeniem 67 lat mogą odejść na emeryturę osoby wykonujące niebezpieczne zajęcia oraz wszyscy, którzy przepracowali 37 lat. Kobiety mogą wliczyć do lat pracy dwa lata przeznaczone na wychowanie dzieci, a studenci dwa lata praktyk i stypendiów.

Ci zaś, którzy ukończyli 67 lat i chcą dalej pracować, za każdy dodatkowy rok pracy dostaną premię równą 2% emerytury.

************************************************** **
Wiek emerytalny w Portugalii wynosi 65 lat. Dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i kobiet.
W obliczu starzejącego się społeczeństwa, portugalskie władze już kilka lat temu zauważyły konieczność wprowadzenia zmian w systemie emerytalnym. Ich zdaniem przeprowadzona reforma szybko zaczęła przynosić rezultaty.

Portugalczycy zatrudnieni w sektorze prywatnym oraz funkcjonariusze publiczni, którzy rozpoczęli pracę po 31 sierpnia 1993 roku, planowo przechodzą na emeryturę po 40 latach pracy. Istnieje także możliwość wcześniejszych świadczeń po 55 roku życia i minimum 30 latach pracy. Oznacza to jednak sporo niższą emeryturę - o 6 procent za każdy rok poniżej 65 roku życia. Nieco bardziej korzystne są zasady dotyczące pracowników administracji publicznej, którzy rozpoczęli karierę zawodową przed 1993 rokiem.

Z danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wynika, że statystyczny Portugalczyk przechodzi na emeryturę nieco później, niż obywatele innych państw OECD. Mężczyźni z tego kraju są aktywni zawodowo średnio o dwa lata dłużej, niż wymagają tego przepisy. W zeszłym roku jednak rekordowo wielu urzędników publicznych zdecydowało się na wcześniejsze świadczenia w obawie przed skutkami antykryzysowych cięć budżetowych.
(IAR)

W rezolucji przyjętej w czwartek z inicjatywy frakcji lewicowych PE zagroził, że jeśli Węgry nie zmienią kontrowersyjnych ustaw, to zaproponuje użycie art. 7 traktatu UE, który jest stosowany w sytuacji zagrożenia podstawowych wartości UE.
Za przyjęciem tak daleko idącej rezolucji głosowało 315 europosłów z czterech grup politycznych: socjaldemokratów, Zielonych, liberałów i komunistów.

Przeciw było 263 posłów, w tym konserwatyści i największa w PE frakcja chadecka, której członkiem jest rządząca na Węgrzech partia Fidesz. Ta frakcja przygotowała swój projekt rezolucji uznający, że rząd Węgier rozpoczął zmiany w dobrym kierunku, jednak nie udało jej się przekonać do niego innych ugrupowań.

"Cieszę się, że nasza rezolucja uzyskała większość. (...) Piłka jest po stronie (premiera Viktora) Orbana. Zamiast kontynuować gniewną retorykę, do której nas przyzwyczaił w ostatnich dniach, powinien zrozumieć, że nadszedł czas, aby podjąć działania na rzecz społeczeństwa i przedstawić konkretne projekty legislacyjne zmierzające do poprawy sytuacji narodu węgierskiego" - powiedział lider frakcji socjalistów i demokratów, Hannes Swoboda.

Węgierski rząd powinien przestrzegać podstawowych wartości i standardów UE - stwierdzono w przyjętej rezolucji. Europosłowie wyrazili swoje "poważne zaniepokojenie" sytuacją na Węgrzech, szczególnie w odniesieniu do funkcjonowania demokracji, państwa prawa, ochrony praw człowieka i praw socjalnych, a także poszanowania zasad równości.

Parlament Europejski wezwał węgierskie władze, aby zastosowały się do zaleceń Komisji Europejskiej, Rady Europy oraz Komisji Weneckiej. Polecił swej komisji wolności obywatelskich i sprawiedliwości, aby we współpracy z tymi trzema instytucjami monitorowała sytuację, sprawdzając, czy zalecenia zostały wdrożone, a także by przedstawiła wyniki kontroli w specjalnym raporcie.

Europosłowie przypominają w rezolucji wymagane od Węgier zmiany kontrowersyjnych ustaw, by zapewnić m.in. pełną niezależność władzy sądowniczej i zgodność uregulowań dotyczących węgierskiego banku centralnego z prawem europejskim. Domagają się też przywrócenia prawa węgierskiego trybunału konstytucyjnego do dokonywania przeglądu całego ustawodawstwa oraz zagwarantowania wolności i pluralizmu mediów.

Europosłowie zobowiązali też Konferencję Przewodniczących (czyli przewodniczącego PE i szefów grup politycznych), aby rozważyła uruchomienie art. 7 traktatu UE, który jest stosowany w sytuacji zagrożenia podstawowych wartości UE.

Artykuł ten przewiduje, że na propozycję jednej trzeciej państw UE, PE lub KE, Rada UE może stwierdzić (głosując kwalifikowaną większością czterech piątych głosów) że istnieje zagrożenie praw podstawowych w danym kraju UE. To uruchamia procedurę, która może doprowadzić w przypadku braku poprawy ze strony kraju do ukarania go zabraniem prawa głosu. Dotychczas ta procedura nigdy nie została użyta.


Oderwanie się Szkocji oznaczałoby, że W. Brytania będzie zmarginalizowana w NATO i Radzie Bezpieczeństwa ONZ - ostrzegł brytyjski premier David Cameron w czwartkowym przemówieniu w Edynburgu. "Rozumem, sercem i duszą wierzę w Zjednoczone Królestwo" - dodał.
"Jesteśmy mocniejsi, ponieważ jako stały członek Rady Bezpieczeństwa, czołowy gracz w NATO i w Europie, z którym liczą się sojusznicy, znaczymy w świecie więcej, gdy jesteśmy razem" - zaznaczył premier.

Nawiązując do planowanego przez nacjonalistyczny rząd szkocki rozpisania referendum w sprawie niepodległości Szkocji, Cameron ostrzegł: "Nasz wspólny dom (państwo) jest zagrożony i wszyscy, którym zależy na jego dobru, powinni o tym głośno mówić".

Kancelaria premiera oświadczyła, że w przemówieniu Camerona nie było sugestii, że w razie gdyby Szkocja stała się niepodległa, Zjednoczone Królestwo straciłoby stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Komentatorzy zauważają jednak, że udział W. Brytanii w RB ONZ staje się coraz bardziej niepewny z uwagi na utratę rangi globalnego mocarstwa i zależy od arsenału nuklearnego; w przypadku wystąpienia Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa powstałaby kwestia jego podziału.

Brytyjskie okręty podwodne uzbrojone w pociski Trident z głowicami nuklearnymi w większości rozmieszczone są w Szkocji. W ramach ustaleń wewnątrz NATO ich rolą jest obrona północnego Atlantyku. Gdyby Szkocja wystąpiła z unii z Anglią, okręty te potrzebowałyby nowej bazy.

Lider rządzącej w Szkocji Partii Narodowej Alex Salmond mówił w przeszłości, że niepodległa Szkocja nie byłaby państwem nuklearnym. Londyn ma w planach modernizację pocisków Trident.

Cameron posłużył się też argumentami ekonomicznymi za utrzymaniem Zjednoczonego Królestwa w obecnym kształcie. Podkreślił, że Szkocja jako jedna z jego części składowych jest "silniejsza, bezpieczniejsza, bogatsza i sprawiedliwsza".

W okresie poprzedzającym referendum, które szkocki rząd planuje na jesień 2014 r., na pierwszy plan wysuną się argumenty ekonomiczne, w szczególności zapalna kwestia, czy Szkocja jest subsydiowana przez rząd centralny w Londynie.

Niedawny raport ośrodka badawczego CEBR sugeruje, że przychody z eksploatacji złóż ropy naftowej na Morzu Północnym trafiające do brytyjskiego resortu skarbu i subsydia wypłacane Szkotom przez Londyn według przyjętej formuły równoważą się.

W ocenie komentatorów Cameron ryzykował, jadąc do Szkocji, gdzie jego konserwatywna partia jest niepopularna i ma tylko jednego posła.

Londyn chce mieć wpływ na szkockie referendum, które Salmond zamierza przeprowadzić na swoich warunkach. Sporny jest jego termin, pytanie, status i inne kwestie. Cameron zapowiedział w Edynburgu, że w przypadku zagłosowania przez Szkotów za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie rozważyłby zwiększenie zakresu szkockiej autonomii.

Z ostatniego sondażu z 5 lutego wynika, że przewaga zwolenników pozostania Szkocji w Zjednoczonym Królestwie nad zwolennikami niepodległości wynosi 5 pkt proc.

Szkocja i Anglia zawarły unię będącą unią dwu parlamentów w 1707 r. Od 1603 r. oba państwa miały wspólnego monarchę.

Szkocki parlament został przywrócony w 1998 r. Zamieszkana przez 5 mln ludzi Szkocja już ma szeroki zakres autonomii. (PAP)

Buziek_LG
19-02-2012, 11:42
Ja pytam czemu na tym spotkaniu nie było przedstawicielstwa Polski?

Po sobotnich rozmowach prezydentów Czech, Słowacji, Chorwacji i Serbii na zamku w Lanach koło Pragi gospodarz spotkania, czeski prezydent Vaclav Klaus, pozytywnie ocenił finalizowane przyjęcie Chorwacji do UE i oczekiwaną w późniejszym terminie akcesję Serbii.
"Nasze kraje wiele łączy, na wiele spraw mamy podobne poglądy i uważam, że może się to przejawić w całym szeregu głosowań, w całym szeregu poglądów, czy zgadzamy się z taką czy inną polityką UE, z takimi czy innymi nowymi przepisami" - powiedział Klaus na wspólnej konferencji prasowej czterech prezydentów.

"Wstępują kraje, które należeć będą raczej do tej dolnej połowy gospodarczego zaawansowania UE. I jest to według mnie pozytywne oraz istotne rozszerzenie i trzeba, by UE brała to pod uwagę i by wszystkie przepisy i polityki nie były szyte wyłącznie na miarę tych najbogatszych i gospodarczo najbardziej rozwiniętych państw europejskich" - dodał czeski prezydent.

Znany z eurosceptycyzmu Klaus wyraził jednocześnie nadzieję, że Chorwacja i Serbia "będą naszymi współbojownikami w walce z fałszywą polityczną poprawnością, która szerzy się w Europie i która jest jednym z największych przejawów zła we współczesnym świecie".

Chorwacja ma zostać członkiem Unii Europejskiej 1 lipca 2013 roku, a Serbia oczekuje na przyznanie jej statusu kandydata do UE. (PAP)

Przytłaczająca większość uczestników sobotniego referendum na Łotwie w sprawie uznania języka rosyjskiego za drugi język oficjalny wypowiedziała się przeciwko tej propozycji. Frekwencja przekroczyła 70 proc. uprawnionych.
Według danych Centralnej Komisji Wyborczej, po przeliczeniu ok. dwóch trzecich oddanych głosów, przeciwko propozycji uznania języka rosyjskiego za drugi język oficjalny i wprowadzenia odpowiednich poprawek do konstytucji, wypowiedziało się 77,22 proc. uczestników referendum.

Za propozycją oddało swoje głosy 21,5 proc. uprawnionych do udziału w referendum.

Frekwencja była wysoka i wyniosła średnio 70,37 proc. W stolicy kraju - Rydze przekroczyła nawet 77 proc. Natomiast w rejonach przy granicy z Rosją i Białorusią, zamieszkałych przez ludność rosyjskojęzyczną, w referendum wzięło udział ok. 60 proc. uprawnionych. Agencja BNS podkreśla, że była to najwyższa frekwencja od czasu odzyskania przez Łotwę niepodległości.

"To jest kwestia tożsamości narodowej co wyjaśnia dlaczego ludzie nie uważali tego referendum po prostu za grę polityczną i wzięli w nim w nim tak masowy udział" - powiedział Ivars Ijabs, politolog z Uniwersytetu Łotewskiego.

Głosujący mieli przyjąć lub odrzucić poprawki do konstytucji Łotwy mówiące, że język rosyjski jest drugim językiem państwowym i o tym, że łotewski i rosyjski są językami roboczymi samorządów. Około jednej trzeciej mieszkańców liczącego nieco ponad 2 miliony ludzi kraju uważa rosyjski za swój język ojczysty.

Referendum rozpisano, gdy stowarzyszenie "O Język Ojczysty", zrzeszające mieszkających na Łotwie Rosjan, zebrało na rzecz tych postulatów wystarczającą liczbę podpisów: 187 tysięcy, czyli ponad 12 proc. osób uprawnionych do głosowania. Zgłoszenie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej wymaga co najmniej 10 proc.

Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy języka rosyjskiego jako państwowego przyznają, że na Łotwie istnieje realna dwujęzyczność.

Obie strony oceniają też, że fakt, iż doszło do referendum, świadczy o błędach w polityce wobec mniejszości rosyjskojęzycznej w niepodległej Łotwie. Po rozpadzie ZSRR, Łotwa przyjęła ustawę o obywatelstwie, na mocy której obywatelami zostawały osoby posiadające obywatelstwo do okupacji radzieckiej (1940 r.) bądź ich dzieci.

Wówczas niemal jedna trzecia mieszkańców - emigrantów z czasów ZSRR, którzy przybyli na Łotwę po 1944 roku - nie dostała obywatelstwa. Proces otrzymania obywatelstwa, czyli naturalizacji, wymaga zdania egzaminu z języka państwowego. Obecnie około 40 proc. mniejszości rosyjskojęzycznej (kilkanaście procent ogółu mieszkańców) nie ma łotewskiego obywatelstwa, nie ma więc np. prawa wyborczego. (PAP)

Buziek_LG
19-02-2012, 14:38
http://www.bbc.co.uk/news/world-middle-east-17089953

Iran zaprzestał sprzedawania ropy do Wielkiej Brytanii i Francji, ogłosiło irańskie ministerstwo ds. ropy


Kilka tysięcy Marokańczyków demonstrowało między innymi w Rabacie i Casablance, by uczić pierwszą rocznicę Arabskiej Wiosny w tym kraju. W Rabacie doszło też do kontrdemonstracji, której uczestnicy nosili portrety króla Mohameda VI.
Tak zwany Ruch 20 lutego powstał w Maroku na fali zmian w krajach arabskich. Jego działacze domagali się walki z korupcją i zmiany konstytucji, gwarantującej prawie królowi prawie absolutną władzę. Wtedy protesty gromadziły dziesiątki tysięcy niezadowolonych. Po reformach konstytucyjnych, wprowadzonych przez króla poparcie dla ruchu znacznie zmalało.(IAR)

Paryska prokuratura wszczęła wstępne śledztwo w sprawie przesyłki zawierającej groźby śmierci pod adresem socjalistycznego kandydata na prezydenta Francji i faworyta nadchodzących wyborów Francois Hollande'a - poinformowały w niedzielę źródła sądowe.
Potwierdziły tym samym doniesienia dziennika "Le Parisien". Śledztwo, wszczęte w piątek, powierzono sekcji antyterrorystycznej w wydziale kryminalnym paryskiej policji.

Według strony internetowej popularnej gazety przesyłka została nadana w czwartek w Perpignan, w południowej Francji. W piątek przejęły ją służby odpowiedzialne za ochronę ważnych osobistości (SPHP).

W wiadomości adresowanej do Hollande'a znajdował się rysunek przedstawiający trumnę. Na kopercie znajdował się ponadto napis: "Do tej pory wszystko idzie dobrze", a do przesyłki autorzy dołączyli zdjęcie generała Charles'a de Gaulle'a. Przyznali się także do związków z Służbą Akcji Cywilnej (SAC), formacją paramilitarną powołaną w 1960 roku przez Jacques'a Foccarta, doradcę de Gaulle'a ds. polityki afrykańskiej. Formacja ta została rozwiązana na początku lat 80. za rządów Francois Mitterranda - pisze "Le Parisien".

Autorzy listu oświadczyli, że sprzeciwiają się "prawu głosu dla cudzoziemców spoza CEE" (francuski skrót Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, poprzedniczki UE), "małżeństwom osób homoseksualnych" oraz obecności Francois Hollande'a "na estradzie 14 lipca", w dniu święta narodowego Francji.

Współpracownicy Hollande'a powiedzieli agencji AFP, że nie wiedzieli o pogróżkach. Z kolei sam kandydat, zapytany o tę sprawę, odpowiedział: "Jak widzicie, wyszedłem z tego cało".

Wybory prezydenckie we Francji odbędą się 22 kwietnia, a druga tura - 6 maja. Sondaże wskazują, że Hollande jest faworytem i pokona obecnego prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego. (PAP)

Minister finansów Niemiec Wolfgang Schaeuble naciska na rząd Grecji, by ogłosił bankructwo kraju, ponieważ nie wierzy, że głębokie cięcia nawet, jeśli zostaną wykonane, zdołają postawić grecką gospodarkę na nogi - pisze w najnowszym numerze "Sunday Telegraph".
Według brytyjskiego tygodnika pesymizm niemieckiego ministra przeszedł w rozpacz, gdy zapoznał się z tajnym raportem trojki (Komisji Europejskiej, MFW i Europejskiego Banku Centralnego), z którego wynika, iż nawet, jeśli Ateny spełnią przyjęte zobowiązania oszczędnościowe, to i tak nie wystarczą one do zmniejszenia długu do 120 proc. PKB do 2020 roku, kiedy to w najlepszym razie będzie on na poziomie 129 proc. PKB.

"(Schaeuble) myśli, że Grecy nie są w stanie zrobić tego, co konieczne. A nawet, jeśli jakimś cudem wywiążą się z tego, co obiecali, to zarówno on, jak i rosnąca grupa osób są przekonani, że nie wystarczy to do wyprowadzenia gospodarki z zapaści" - charakteryzuje stanowisko Berlina unijny dyplomata.

"Zamiast tego (drugiego pakietu pomocy dla Grecji w wysokości 130 mld euro - PAP), rząd w Atenach powinien oficjalnie ogłosić, że Grecja jest bankrutem i przystąpić do negocjacji w sprawie jeszcze większego zakresu strat wierzycieli" - dodaje ów dyplomata, cytowany przez "Sunday Telegraph".

Powodem wątpliwości co do praktycznych możliwości rządu Grecji wprowadzenia programu cięć, przyjętego w tych dniach przez rząd i parlament, są społeczne protesty w kraju i wyznaczone na kwiecień wybory parlamentarne.

Nowy pakiet oszczędności przewiduje m.in. zmniejszenie ustawowej płacy minimalnej o 22 procent, redukcję zatrudnienia w sferze budżetowej o około 150 tys. ludzi oraz obcięcie wydatków na służbę zdrowia i obronę.

Cytowany przez "Sunday Telegraph" unijny dyplomata sądzi, że kanclerz Niemiec Angela Merkel nie podziela pesymizmu Schaeublego. "Nadal zdecydowana jest zapobiec finansowemu krachowi w Grecji, ponieważ obawia się reperkusji dla innych państw m. in. Włoch i Hiszpanii" - powiedział dyplomata.

Z kolei Schaeuble jest zdania, że skoro finansowe rynki już teraz uważają Grecję za bankruta, to formalna deklaracja w tej sprawie nie będzie miała negatywnych skutków dla innych członków strefy euro. Według brytyjskiego tygodnika, stanowisko Schaeublego popierają Austria i Finlandia.

PKB Grecji w IV kwartale 2011 roku spadł o 7 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2010 r. Także w 2012 roku gospodarka grecka będzie w recesji. (PAP)

W Hiszpanii rozpoczęły się w niedzielę manifestacje przeciwko reformie rynku pracy, przyjętej dekretem przez prawicowy rząd. Do protestów w 57 miastach pod hasłem: "Nie reformie niesprawiedliwej dla pracowników" wezwały największe związki zawodowe, CCOO i UGT.
Protesty rozpoczęły się najpierw w Kordobie, a następnie w Madrycie, Barcelonie, Sewilli, Walencji i Toledo. Na czele pochodu w stolicy idą sekretarz generalny CCOO Ignacio Fernandez Toxo oraz szef UGT Candido Mendez.

Według syndykatów reforma jest nie tylko niesprawiedliwa, ale także bezużyteczna, gdyż "doprowadzi jedynie do jeszcze większego bezrobocia". "Trzonem tej reformy są arbitralne zwolnienia pracowników, zwolnienia bez porozumienia stron" - twierdzą związki zawodowe.

Przyjęta 10 lutego br. przez rząd Mariano Rajoya reforma m.in. zmniejsza wysokość odpraw dla pracowników oraz oferuje ulgi podatkowe za zatrudnianie osób młodych. Rząd argumentuje, że zapewnienie "większej płynności rynkowi pracy" umożliwi znalezienie zatrudnienia młodym Hiszpanom.

Sprzeciw wobec reformy wyraził sekretarz generalny największej partii opozycyjnej, socjalistycznej PSOE, Alfredo Perez Rubalcaba.

Reforma musi jeszcze zostać przyjęta przez parlament, w którym jednak rządząca Partia Ludowa (PP) ma większość absolutną. Rubalcaba zagroził zwróceniem się do Trybunału Konstytucyjnego, jeżeli reforma zostanie przyjęta, a prawnicy stwierdzą, że jest sprzeczna z konstytucją kraju. Związki zawodowe zapowiedziały w takim przypadku strajk generalny.

"Ta reforma jest niekorzystna dla wszystkich, z wyjątkiem przedsiębiorców, "uprzywilejowanej mniejszości" - uzasadnił Candido Mendez.

Prezes Hiszpańskiej Federacji Organizacji Pracodawców (CEOE), Juan Rosell, poparł reformę. "Żadna reforma nie tworzy miejsc pracy w krótkim okresie czasu, jej efekty będą widoczne w średnim okresie czasu" - uzasadnił.

Bezrobocie w Hiszpanii sięga 23 procent, a wśród osób poniżej 25 roku życia - ok. 50 procent, i jest największe w całej unii Europejskiej.

Grażyna Opińska (PAP)

W Moskwie i kilkunastu innych miastach Rosji odbyły się demonstracje przeciwko fałszerstwom wyborczym. Pod hasłem „białe ulice” demonstrowali zmotoryzowani przeciwnicy premiera Władimira Putina.
W rosyjskiej stolicy kilkaset samochodów z białymi wstążeczkami, symbolem wyborczej uczciwości, przejechało obwodnicą okrążającą centrum Moskwy. W demonstracji wzięli udział liderzy opozycji: Ilia Jaszyn, Borys Niemcow i Siergiej Mitrochin oraz znani dziennikarze i artyści, między innymi pisarz Borys Akunin i prezenterka telewizyjna Ksenia Sobczak. Na wielu samochodach można było zobaczyć plakaty z hasłami: „Putin Stop” i „Rosja bez Putina”. Funkcjonariusze moskiewskiej policji zatrzymywali samochody z białymi wstążeczkami do kontroli, chcąc w ten sposób rozbić kolumnę demonstrantów. Według policjantów protestujący, blokując ruch, usiłowali zwrócić na siebie uwagę przechodniów i dziennikarzy. Według danych stołecznej policji w demonstracji wzięło udział około 150 - 200 samochodów.

Podobne akcje zorganizowano w Petersburgu, Tomsku, Krasnojarsku i kilkunastu innych miastach Federacji. Ogólnie wzięło w nich udział znacznie mniej kierowców niż w akcji poparcia dla Władimira Putina zorganizowanej w sobotni wieczór. Wtedy ulicami Moskwy przejechało prawie 5 tysięcy samochodów.

Informacyjna Agencja Radiowa

Buziek_LG
20-02-2012, 23:46
Iran wstrzyma sprzedaż ropy naftowej do kolejnych krajów europejskich, jeśli Europa utrzyma swe "wrogie działania" wobec Teheranu - ostrzegł w poniedziałek szef irańskiego koncernu naftowego NIOC Ahmad Ghalebani.
W niedzielę irańskie ministerstwo do spraw ropy naftowej poinformowało o wstrzymaniu sprzedaży surowca firmom brytyjskim i francuskim. Wielka Brytania i Francja najbardziej naciskały na zaostrzenie sankcji wobec Iranu.

Wśród krajów, które może objąć kolejne wstrzymanie przez Iran sprzedaży, Ghalebani wymienił przede wszystkim: Niemcy, Hiszpanię, Włochy, Grecję, Portugalię i Holandię.

Teheran odpowiada w ten sposób na embargo na irańską ropę, uzgodnione w styczniu przez Unię Europejską w odpowiedzi na prowadzony przez Iran program nuklearny. Zachód podejrzewa Iran o dążenie do budowy broni atomowej, a Teheran konsekwentnie twierdzi, że jego program ma charakter wyłącznie cywilny.

Wstrzymanie dostaw dla Londynu i Paryża ma wymiar głównie symboliczny, ponieważ oba kraje niemal wstrzymały wszelki import irańskiej ropy w oczekiwaniu na wprowadzenie embarga, które ma wejść w życie 1 lipca.

Bardziej ucierpieć mogą natomiast Włochy, Hiszpania i Grecją, które są głównymi importerami irańskiego surowca.

W 2011 roku Iran sprzedawał do Unii Europejskiej ok. 500 tys. baryłek ropy dziennie (prawie 20 proc. swego eksportu).(PAP)

Amerykańskie media obszernie komentują trudną misję w Izraelu prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa. Tom Donilon ma odwieść władze izraelskie od zamiaru zaatakowania Iranu.
Dziennik „New York Daily News” pisze, że administracja amerykańska „nie jest przekonana, że Iran podjął decyzję o przekształceniu swojego programu rozwoju energetyki jądrowej w program zbrojeniowy”. Dlatego Biały Dom naciska na Izrael, by ten „dał czas sankcjom i europejskiemu bojkotowi irańskiej ropy, by zmusiły one Iran do podporządkowania się zagranicznym inspekcjom”. Jednakże - jak pisze amerykańska gazeta - Izrael, który czuje się zagrożony irańskimi zbrojeniami, dał jasno do zrozumienia, że „jego cierpliwość wyczerpuje się”. Według ekspertów, atak mógłby nastąpić wiosną.

Plan ataku popiera konserwatywny „The American Spectator”. Miesięcznik przypomina na swojej stronie internetowej, że Iran zorganizował ostatnio kilka zamachów na izraelskich dyplomatów.

Telewizyjna i radiowa stacja informacyjna CBS News cytuje innych ekspertów, według których w wyniku izraelskiego ataku na Iran cena ropy wzrosłaby do 200 dolarów za baryłkę.

Irańska armia poinformowała, że wkrótce przeprowadzi ćwiczenia pozorujące atak na swoje instalacje nuklearne. Według komunikatu, wojsko ma trenować na południu kraju wszelkie scenariusze ataków ze strony Izraela czy państw Zachodu. Wszystko to dzieje się w czasie, gdy przez media przetaczają się spekulacje dotyczące możliwości izraelskiego ataku na Iran.
Tymczasem w Teheranie goszczą inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, którzy mają rozmawiać z władzami o postępach w irańskim programie wzbogacania uranu. Zachód obawia się bowiem, że Iran pracuje nad wyprodukowaniem broni jądrowej.

To druga w tym roku wizyta przedstawicieli Agencji. Podczas poprzedniej inspektorzy nie zostali jednak wpuszczeni do najważniejszych irańskich instalacji. Media przewidują, że tym razem będzie podobnie. Szef misji i równocześnie wiceszef Agencji Herman Nackaerts ma nadzieję, że wizyta przyniesie rezultaty. „Najważniejszym zadaniem jest oczywiście możliwy wojskowy wymiar irańskiego programu nuklearnego. Chcemy jednak poruszyć wszystkie najważniejsze kwestie. Mamy nadzieję, że wizyta będzie konstruktywna” - powiedział Nackaerts w Teheranie.

Obawy o rozwój irańskiego programu były powodem wprowadzenia przez Unię Europejską zakazu importu irańskiej ropy. Zakaz ma obowiązywać od lipca. W odpowiedzi, Teheran poinformował, że już teraz wstrzymuje eksport surowca do Francji i Wielkiej Brytanii. Eksperci podkreślają jednak, że sprzedaż ropy do Paryża i Londynu stanowił zaledwie kilka procent irańskiego eksportu.


"Być silnym" - to tytuł kolejnego artykułu programowego, opublikowanego przez premiera Rosji Władimira Putina. Tym razem w rządowym dzienniku "Rossijskaja Gazieta" kandydujący na prezydenta szef rządu przekonuje, że tylko silna i dobrze uzbrojona Rosja będzie w stanie sprostać trudnym wyzwaniom współczesnego świata. Zdaniem Putina, tylko dysponując odpowiednim potencjałem obronnym Rosja będzie mogła utrzymać swoją międzynarodową pozycję, modernizować się i budować demokrację.
Już we wstępie do artykułu rosyjski premier zapowiada zwiększenie wydatków na wyposażenie armii i rozwój przemysłu zbrojeniowego. W pierwszej kolejności Putin chce stworzyć inteligentny system analiz wojskowych i strategicznego planowania. Jednocześnie uspokaja, że - jądrowa wojna światu nie grozi, bo oznaczałaby ona koniec cywilizacji. Szef rosyjskiego rządu widzi jednak zagrożenia dla swojego kraju w rozwoju technologii cybernetycznych i systemów rakietowych precyzyjnego uderzenia. Rekomenduje również rozwój kosmicznych technologii obronnych oraz broni psychologicznych. Władimir Putin obiecuje, że w najbliższym dziesięcioleciu armia dostanie: 400 międzykontynentalnych rakiet balistycznych, 28 okrętów podwodnych w tym 8 zdolnych do przenoszenia rakiet, ponad 100 wojskowych sond kosmicznych, ponad 600 samolotów, około 1000 śmigłowców i 2 i pół tysiąca czołgów oraz ponad 100 nowoczesnych systemów obrony przeciwrakietowej. "Trzeba stworzyć taką armię, która będzie zdolna zagwarantować Rosji suwerenność, szacunek partnerów i pokój" - kończy swoja publikację Władimir Putin.
...

Buziek_LG
23-02-2012, 22:28
.......

Prezydenci Rosji i Iranu wyrazili w rozmowie telefonicznej w środę opinię, że kryzys w Syrii musi być rozwiązany pokojowo, bez zagranicznej interwencji. Miedwiediew rozmawiał także z królem Arabii Saudyjskiej i premierem Iraku - podały służby prasowe Kremla.
Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew i prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad rozmawiali przez telefon dzień po tym, gdy Departamentu Stanu USA oświadczył, że najlepsze dla Syrii byłoby rozwiązanie polityczne, ale jeśli syryjski prezydent Baszar el-Asad je odrzuci, "konieczne może być rozważenie dodatkowych środków".

"Obydwie strony opowiadają się za tym, aby Syryjczycy sami pokonali jak najszybciej kryzys pokojowymi środkami, bez zagranicznej interwencji. Rozmowa koncentrowała się głównie na dramatycznej sytuacji w Syrii. Dmitrij Miedwiediew i Mahmud Ahmadineżad pokreślili konieczność zaprzestania przemocy, rozpoczęcia, bez wstępnych warunków, konstruktywnego dialogu między władzą a opozycją" - podał Kreml.
Prezydent Miedwiediew rozmawiał w środę także z królem Arabii Saudyjskiej Abd Allahem. Saudyjski władca uważa, że dialog na temat kryzysu w Syrii prowadzi donikąd. Skrytykował też Rosję za weto w sprawie rezolucji RB ONZ dotyczącej Syrii.

Kolejnym rozmówcą rosyjskiego prezydenta był w środę premier Iraku Nuri al-Maliki.

"Dmitrij Miedwiediew tłumaczył (w rozmowie z Malikim), że Rosja zrobiła użytek ze swego prawa weta podczas głosowania w RB ONZ, aby utrudnić krajom w regionie i spoza regionu posłużenie się projektem rezolucji ONZ w celu wprowadzenia w życie scenariusza ingerencji" - poinformowano.

Rosja i Chiny potwierdziły w czwartek swój sprzeciw wobec wszelkiej obcej ingerencji w Syrii, Chiny poinformowały, że nie wezmą udziału w konferencji w Tunisie na temat kryzysu syryjskiego. Rosja zapowiedziała to już wcześniej.
Podczas rozmowy telefonicznej szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa z ministrem spraw zagranicznych Yangiem Jiechi (wym. Jangiem Cie-czy) "obie strony potwierdziły wspólne stanowisko swych państw, konsekwentnie opowiadających się za jak najszybszym zaprzestaniem wszelkiej przemocy w Syrii i zainicjowaniem wewnętrznego dialogu między władzami a opozycją (...) bez wszelkiej ingerencji z zewnątrz". Rozmowa odbyła się z inicjatywy strony rosyjskiej.

W październiku roku 2011 i - powtórnie - 4 lutego br. Chiny i Rosja zablokowały przyjęcie przez Radę Bezpieczeństwa ONZ rezolucji w sprawie Syrii. Ostatni projekt rezolucji opracowany na podstawie planu Ligi Arabskiej zakładał m.in. ustąpienie prezydenta Syrii Baszara el-Asada.

Propozycja Komisji Europejskiej, by zmniejszyć przekazywane Węgrom fundusze unijne ze względu na ich nadmierny deficyt budżetowy, jest "całkowicie irracjonalna" - oświadczył w czwartek węgierski premier Viktor Orban.
"Dlaczego chce się zabrać nam pieniądze, podczas gdy gdzie indziej udostępnia się je workami?" - powiedział Orban w wystąpieniu w Niemieckim Klubie Gospodarczym w Budapeszcie.

Komisja Europejska zagroziła w środę, że wstrzyma wypłacenie Węgrom około pół miliarda euro z funduszu spójności UE. Uzasadniono to nieprzestrzeganiem przez rząd w Budapeszcie unijnych norm dotyczących dopuszczalnej wysokości deficytu budżetowego.

Przemawiając do czynnych na Węgrzech przedstawicieli niemieckiego biznesu Orban zarzucił Brukseli stosowanie "podwójnej miary". Według niego "teraz, gdy rząd obniża zadłużenie państwa, przywódcy UE chcą ukarać ludzi na Węgrzech za nieodpowiedzialną politykę poprzedniego rządu".

Zdaniem Komisji Europejskiej od czasu objęcia w maju 2010 roku władzy przez prawicowy rząd Orbana na Węgrzech nie doszło do trwałego obniżenia deficytu budżetowego i długu publicznego. Środową deklarację uzasadniono między innymi tym, że Budapeszt nie zdoła zrealizować wyznaczonej jako cel na rok 2013 redukcji deficytu finansów publicznych do 3 proc. produktu krajowego brutto.

Były dowódca Serbów bośniackich gen. Ratko Mladić na rozprawie przygotowawczej w czwartek oskarżył ONZ-owski trybunał ds. zbrodni wojennych w dawnej Jugosławii, że jest "stronniczym sądem NATO" i sądzi go w imieniu Sojuszu. Proces Mladicia zacznie się 14 maja.
Na czwartkową rozprawę Mladić, oskarżony o zbrodnie popełnione podczas wojny w Bośni i Hercegowinie z lat 1992-95, przyniósł rodzinne fotografie, którymi machał w kierunku miejsc dla publiczności. Pokazując zdjęcie, na którym jest w mundurze armii Serbów bośniackich, oświadczył, że jest "dumny z tej armii i munduru".

"Sądzi mnie pan w imieniu NATO - mnie i mój naród. To stronniczy NATO-wski sąd" - mówił, zwracając do sędziego Alphonsa Oriego.

Nawiązując do pogarszania się stanu swojego zdrowia, dodał, że jest "starym człowiekiem, którego koniec się zbliża". Agencja Associated Press relacjonuje, że Mladić, który ukrywając się przez 16 lat przeżył przynajmniej jeden wylew, mówi niewyraźnie. Wydaje się, że ma osłabioną prawą rękę, którą wyginał, jakby ćwicząc, w trakcie 90-minutowej rozprawy.

Oskarżenia, które wygłosił, nie mają dla sądu wagi, lecz są najprawdopodobniej skierowane do śledzącej proces publiczności w Serbii i Bośni - uważa AP.

Akt oskarżenia przeciwko Mladiciowi zawiera 11 zarzutów, w tym udział w ludobójstwie w związku z masakrą prawie 8 tys. Muzułmanów w Srebrenicy w lipcu 1995 roku. Zarzuty dotyczą też zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Mladić nie przyznaje się do winy

Prezydent Izraela Szimon Peres, czyniąc aluzję do ewentualnego ataku wojskowego, zapewnił w czwartek, że jego kraj mówi "z całą powagą", kiedy ostrzega, że "wszystkie opcje są brane pod uwagę", jeśli chodzi o zastopowanie irańskiego programu nuklearnego.
"Kiedy mówimy, że wszystkie opcje są brane pod uwagę, mówimy to naprawdę z całą powagą" - oświadczył Peres na spotkaniu prezesów głównych organizacji amerykańskich Żydów, które odbyło się w Jerozolimie. Informuje o tym komunikat kancelarii prezydenta Izraela.

Peres podkreślił, że Izrael jest "suwerennym krajem" i "ma wszelkie prawo i całkowitą zdolność do obrony przed każdym zagrożeniem".

"Wyobraźmy sobie, że Iran wygra. Żaden kraj nie zdoła mu przeszkodzić w swobodnym eksportowaniu terroryzmu lub zapobiec jego dominacji nad gospodarką światową. Iran z bombą atomową to katastrofa" -dodał szef państwa izraelskiego, jak poinformował na swym portalu elektronicznym dziennik "Jedijot Achronot".

Cytowane wypowiedzi ukazały się tego samego dnia, kiedy dziennik "Haarec" ogłosił na tytułowej stronie, że Peres zamierza wyrazić wobec prezydenta USA Baracka Obamy na spotkaniu 4 marca w Waszyngtonie sprzeciw wobec przeprowadzenia w najbliższej przyszłości operacji wojskowej w Iranie.

Peres udaje się do Waszyngtonu, wioząc ze sobą poufne informacje dotyczące irańskiego programu nuklearnego zebrane przez izraelskie służby wywiadowcze.

Szef MSZ w Jerozolimie Awigdor Lieberman oświadczył, że podstawowym obowiązkiem Izraela jest samoobrona. Według niego, decyzję w sprawie ewentualnego zniszczenia instalacji atomowych w Iranie, Izrael powinien podjąć niezależnie od zastrzeżeń ze strony USA i Rosji.

Szef dyplomacji Lieberman zareagował w ten sposób na wczorajszy komunikat MSZ w Moskwie, o tym, że izraelskie uderzenie na Iran miałoby tragiczne konsekwencje dla całego regionu. Głębokie rozbieżności w tej sprawie nadal istnieją też między Izraelem a Waszyngtonem. Potwierdził to wpływowy senator republikański John McCaine po tym, jak w Jerozolimie spotkał się z premierem Benjaminem Netanjahu. Tymczasem zarówno Izrael, jak Amerykanie starają się zatrzeć wrażenie, jakoby istniały między nimi poważne różnice zdań.

Inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej opublikują w najbliższych dniach kolejny raport na temat polityki nuklearnej Iranu. Raport zostanie przedstawiony na wiedeńskim posiedzeniu Rady Guberantorów Agencji w pierwszej połowie marca.
Przewodniczący Agencji Yukiya Amano powiedział, że najnowszy raport uwzględni negatywne wyniki dwóch ostatnich misji inspektorów MAEA, które odbyły się w styczniu i w lutym. Amano dodał, że obie misje nie rozproszyły obaw ekspertów ONZ co do wojskowych aspektów wykorzystania irańskiego programu atomowego. "Od trzech lat Teheran nie odpowiada na nasze pytania dotyczące tego programu i odmawia wizytacji ośrodków nuklearnych przez inspektorów Agencji" - podkreślił szef MAEA.

21 lutego inspektorzy nie otrzymali zezwolenia na kontrolę ośrodka wojskowego w Parchin położonego zaledwie 30 km od Teheranu. Inspektorzy chcieli go obejrzeć, ponieważ ze zdjęć satelitarnych wynikało, iż Teheran może tam przeprowadzać testy z elektronicznymi detonatorami bomby jądrowej.

Tymczasem Ebrahim Sheibani - ambasador Iranu w Austrii powiedział telewizji ORF, że "inspektorzy nie zostali wpuszczeni na teren ośrodka w Parchin, ponieważ jest to kompleks wojskowy, a nie nuklearny. Sheibani zarzucił inspektorom szpiegostwo na rzecz Izraela. "MAEA zainstalowała setki kamer w irańskich ośrodkach atomowych, ale nie ma co robić w irańskich bazach wojskowych" - oświadczył Ebrahim Sheibani.

Co najmniej 60 osób zginęło w serii ataków, które wstrząsnęły w czwartek rano Bagdadem i kilkunastoma innymi miastami w Iraku. Jest ponad 200 rannych - podały władze. Najbardziej krwawe były zamachy w stolicy.
Według agencji AP celem zamachowców padły głównie obiekty rządowe i irackich sił bezpieczeństwa; agencja Reutera poinformowała natomiast, że ataki były wymierzone głównie w cele szyickie.

W Bagdadzie zamachy bombowe i ataki z użyciem broni palnej, najpewniej skoordynowane, zostały przeprowadzone w ciągu 2,5 godziny; zginęły co najmniej 32 osoby. Terroryści uderzyli też w 11 innych miastach. Ataki przeprowadzano w pobliżu budynków rządowych, restauracji, komisariatów policji, a w mieście Musajib, 60 km na południe od Bagdadu, niedaleko szkoły podstawowej. W tym ostatnim miejscu zginęła jedna osoba, a ponad 60, w większości dzieci, odniosło obrażenia.

"To, co dziś się dzieje, to nie są zwykłe ataki - to wielka porażka systemu ochrony bezpieczeństwa, katastrofa" - relacjonował Ahmed al-Tamimi z ministerstwa edukacji, w pobliżu restauracji zaatakowanej przez terrorystów w szyickiej dzielnicy Kazimija w północnym Bagdadzie. W szyickiej stołecznej dzielnicy Karrada w wybuchu samochodu-pułapki zginęło co najmniej dziewięć osób, a rannych zostało 27.

Najkrwawszy pojedynczy zamach przeprowadzono w mieście Balad, na północ od Bagdadu, gdzie życie straciło siedem osób, a 33 odniosło obrażenia.

W grudniu 2011 roku zamieszkanymi głównie przez szyitów dzielnicami Bagdadu wstrząsnęła seria zamachów bombowych, w których zginęło ok. 70 osób.

Obecne ataki nastąpiły na kilka tygodni przed planowanym szczytem Ligi Arabskiej. Spotkanie opóźnia się z uwagi na spory między szyickimi władzami w Bagdadzie a niektórymi sunnickimi państwami Ligi.

Do tej pory do zamachów nie przyznała się żadna grupa zbrojna, ale sposób ich przeprowadzenia wskazuje na Al-Kaidę. "Ataki były obliczone na rozniecenie sporu wyznaniowego między Irakijczykami i niedopuszczenie do spotkania Ligi Arabskiej" - powiedział spiker parlamentu Osama Abd al-Aziz an-Nudżaifi. Z kolei ministerstwo spraw wewnętrznych oskarżyło Al-Kaidę i powiązane z nią grupy zbrojne, że poprzez ataki chciała wykazać, iż sytuacja wewnętrzna w Iraku jest wciąż niestabilna.

Irak od końca zeszłego roku pogrążył się w politycznym chaosie, spowodowanym nakazem aresztowania sunnickiego wiceprezydenta Tarika al-Haszimiego; jest on oskarżany o dowodzenie szwadronami śmierci atakującymi służby bezpieczeństwa i przedstawicieli rządu. Haszimi, najwyższy rangą sunnita we władzach kraju, zaprzeczył zarzutom i określił je jako politycznie umotywowane. Obwinił zdominowany przez szyitów rząd o to, że próbuje go wyeliminować.

Dziesiątki tysięcy stronników premiera Władimira Putina wyszły w czwartek na ulice Moskwy, aby zamanifestować poparcie dla jego polityki i - jak określili to inicjatorzy tej akcji - dać odpór siłom, chcącym doprowadzić do rozpadu kraju.
Demonstracja ta jest kulminacyjnym punktem kampanii Putina przed wyznaczonymi na 4 marca wyborami prezydenckimi. Zorganizował ją sztab wyborczy szefa rządu i Ogólnorosyjski Front Narodowy, który stanowi jego zaplecze w walce o prezydenturę. Skupia on sterowane z Kremla organizacje kombatanckie, młodzieżowe, kobiece, związkowe i biznesowe.

W manifestacji uczestniczą nie tylko sympatycy Putina z Moskwy i obwodu moskiewskiego, ale także z innych regionów Federacji Rosyjskiej. Z Jekaterynburga do stolicy przyjechał specjalny pociąg agitacyjny, który przywiózł 700 robotników z uralskich fabryk.

Zwolennicy premiera zebrali się na Bulwarze Frunzeńskim, skąd wyruszyli w kierunku stadionu Łużniki, gdzie odbędzie się wielki wiec, w którym oczekiwany jest udział samego Putina.

Policja podała, że w pochodzie bierze udział ponad 30 tys. osób. Kilkadziesiąt tysięcy stronników szefa rządu zgromadziło się już też na samym stadionie.

Niezależne media od kilku dni informują o ludziach zmuszanych przez przełożonych do uczestnictwa w akcji poparcia dla Putina. Skargi takie napływają tak z Moskwy, jak i innych regionów FR.

Manifestacja odbywa się pod hasłem "Obronimy Ojczyznę!". 23 lutego obchodzony jest w Rosji jako Dzień Obrońcy Ojczyzny (dawniej - Dzień Armii Radzieckiej). Jest to dzień wolny od pracy.

Swoje akcje w Moskwie zorganizowali też inni kandydaci w wyborach prezydenckich. Na placu Aleksandra Puszkina demonstrują sympatycy przywódcy nacjonalistycznej Liberaln-Demokratycznej Partii Rosji (LDPR) Władimira Żyrinowskiego, a na placu Teatralnym - zwolennicy lidera Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej (KPRF) Giennadija Ziuganowa.

Przedstawiciele Korei Północnej i USA rozmawiają dziś w Pekinie o przyszłości północnokoreańskiego programy jądrowego. To trzecia runda bezpośrednich rozmów emisariuszy z obu państw.
Waszyngton i Pjongjang w grudniu ubiegłego roku były bliskie osiągnięcia porozumienia, jednakże negocjacje zostały wstrzymane ze względu na śmierć Kim Dzong Ila.

Wstrzymanie rozwoju programu jądrowego północnokoreańskie władze uzależniają od skali pomocy gospodarczej z Zachodu. Gospodarka Korei Północnej jest zrujnowana, a reżim w Pjongjangu po śmierci Kim Dzong Ila obiecał Koreańczykom z Północy poprawę warunków życia. W Pekinie znajduje się specjalny wysłannik amerykańskiej administracji ds. Korei Północnej Glyn Davies. Przed południem czasu miejscowego spotkał się on w ambasadzie Korei Północnej z zastępcą szefa północnokoreańskiej dyplomacji Kim Kye Gwan. Druga turę rozmów zaplanowano w godzinach popołudniowych na terenie ambasady Stanów Zjednoczonych. Przed rozpoczęciem spotkań Glyn Davies stwierdził, że chęć wznowienia bezpośrednich rozmów to dobry sygnał ze strony Pjongjangu. W jego opinii najważniejsze jest jednak, czy Korea Północna zacznie wypełniać porozumienie z 2005 roku, w którym zgodziła się na zawieszenie programu jądrowego w zamian za pomoc gospodarczą i humanitarną oraz zniesienie części sankcji.